Logo Przewdonik Katolicki

A pani Ania zagrała kurę

Mateusz Wyrwich
Fot.

Wystąpili w kilkudziesięciu spektaklach. W swoim mieście są większymi gwiazdami niż bohaterowie seriali telewizyjnych. Na co dzień pracują w biurze, szkole. Są kupcami, przedsiębiorcami. Dwoje z nich to osoby bezrobotne. - Lubię bawić się w teatr. Traktuję naszą scenę jako odskocznię od powszechności dnia. Ciężkiej pracy. Kiedyś po robocie chodziłem na piwo. Dzisiaj biegnę...

Wystąpili w kilkudziesięciu spektaklach. W swoim mieście są większymi gwiazdami niż bohaterowie seriali telewizyjnych. Na co dzień pracują w biurze, szkole. Są kupcami, przedsiębiorcami. Dwoje z nich to osoby bezrobotne.

- Lubię bawić się w teatr. Traktuję naszą scenę jako odskocznię od powszechności dnia. Ciężkiej pracy. Kiedyś po robocie chodziłem na piwo. Dzisiaj biegnę na próbę. Albo do domu uczyć się roli. Kocham występować, bo nie czuję się anonimowy - mówi kierowca miejskiego autobusu Michał Malok. - Teatr to takie tajemnicze "trzask" i przejście od jednej do drugiej rzeczywistości. Grając, czerpię wartości, których nie mam ani w pracy, ani w domu - podkreśla Zbigniew Woźniak, protetyk. - Scena to poczucie niezależności. Swoboda. Pewność siebie. Kiedy jest się brzydkim kaczątkiem bez pracy, właśnie w takich sytuacjach jest niezwykle potrzebna możliwość obcowania ze sztuką. Teatr podnosi mnie na duchu. Odkładam wówczas na bok kłopoty domowe i znajduję się w zaczarowanym świecie - zwierza się Anna Sułkowska, bezrobotna. - Kiedy mam tremę, to zawsze modlę się do świętego Antoniego, żeby tekstu nie zapomnieć. I mówię sobie: "Jestem tu ważną osobą, bo to mnie ludzie przyszli słuchać". To mi dodaje bodźca. Pewności siebie. I to się przekłada na dalsze życie. - Występowanie na scenie to ogrom odpowiedzialności. To umiejętnie i dobrze wykorzystany czas. Życiowa przygoda. Satysfakcja, że jeszcze potrafię coś zrobić poza pracą zawodową. Że mam wyobraźnię, która mnie trzyma przy życiu - opowiada Michał Rygol, przedsiębiorca.

Kabaret z urzędu

Przed niespełna dziesięciu laty w niewielkim miasteczku Solcu Kujawskim, oddalonym dwadzieścia kilometrów od Bydgoszczy, pojawiał się Piotr Szymański. Realizował dla telewizji bydgoskiej reportaż o rodzinie. - Piliśmy kawę - wspomina po latach. - Moi rozmówcy świetnie prowadzili dialog, okraszając go zabawnymi anegdotami. Odgrywali jakieś scenki. Zaproponowałem im, żebyśmy razem zrobili kabaret. Odpowiedzieli, że nie nadają się do tego. Więc musiałem użyć całych swoich umiejętności psychologicznych, żeby ich do tego przekonać. Kilka tygodni po tym spotkaniu Piotr Szymański rozpoczął organizację sceny kabaretowej w Solcu. W skład pierwszego zespołu weszli nauczyciele, pracownicy urzędów, przedsiębiorca, radny i sekretarz gminy. I ku zaskoczeniu mieszkańców, w kabaretowym tekście znalazła się ostra ironia pod adresem miejscowej władzy, choć ta finansowała kabaret, jako działalność Soleckiego Domu Kultury. - Teksty nie były jakoś szczególnie ostre czy niewybredne. Choć wykpiwające nasze małomiasteczkowe wady i dotykające niektórych osób. Pisałam je jednak, uwzględniając miejscowe realia - mówi Regina Osińska, autorka tekstów do kabaretu i zarazem dyrektor Soleckiego Domu Kultury. - Były po premierze pomruki niezadowolenia. Generalnie jednak miejscowe władze okazały się ludźmi z poczuciem humoru. Może dlatego, że jedną z naszych aktorek była Barbara Grzona-Górna, sekretarz gminy Solec. - Jestem z natury osobą wesołą. Lubię się śmiać. Nie tylko z kogoś, ale również i z siebie - przyznaje Barbara Grzona-Górna, sekretarz miasta i gminy Solec Kujawski. - Ale oczywiście, gra w teatrze małego miasteczka to delikatna sprawa. Taki jest syndrom małych miast. Ludzie cię widzą. A ja tu pełnię dwie role. Wysokiego urzędnika samorządowego i aktora amatorskiego teatru. I w żadnej z tych ról nie mogę się zbłaźnić. Bo wszyscy na mnie patrzą. Ale nie zamierzam się wstydzić, że lubię się bawić. Może nawet zaspokajać niespełnione marzenia z dzieciństwa.

Na pełnym morzu

Po dwóch sezonach kabaret zakończył swoją działalność. Nie z powodu niezadowolenia miejscowych notabli, ale jak mówią jego twórcy i aktorzy: "Wyczerpał swoje możliwości. Bo ileż można naśmiewać się z tych samych wad i tych samych ludzi". Wkrótce jednak z kabaretu powstał teatr. I tak jak kabaret, otrzymał nazwę "Szlaban" - od miejscowego szlabanu kolejowego dzielącego miasto na dwie części. - Jako pierwszy spektakl zaproponowałem jednoaktówkę Mrożka "Na pełnym morzu". Był to w naszej działalności wielki przełom - opowiada reżyser Piotr Szymański. - Bo wcześniej mówiłem im tylko: "Uważaj na dykcję; przejdź w prawo". I kabaret był taką trochę śpiewogrą, układanką. Podczas pracy nad spektaklem przełamana została bariera wstydu i skrytości. Powoli zaczęło okazywać się, że każdy na swój sposób ma ambicje zostać dobrym aktorem. Że chcą swoim sąsiadom powiedzieć o wartościach, które trzeba pielęgnować. Że warto dbać o miłość. Godność. Szacunek dla innych. Zauważyli, że mogą być misjonarzami dobrego. - Głównie wystawiamy Mrożka. Mówi o wielu naszych przywarach - wyjaśnia Piotr Szymański i zaraz dodaje - ale, co tu ukrywać, gramy Mrożka także z bardzo prozaicznych przyczyn. Nie jest potrzebna duża obsada. Łatwo szybko się nauczyć tekstu na pamięć, więc nie trzeba zbyt długo przygotowywać premiery. Dziś gramy trzy jego spektakle: "Na pełnym morzu" i dwie kompilacje jednoaktówek: "Serenadę" oraz "Ryp, pip, czyli ostatnie Tango w Solcu".

Bardziej popularni niż telewizyjni

Każdy kolejny spektakl potwierdzał potrzebę teatru w mieście. Ludzie coraz częściej dopytywali o następną premierę. Często dyskutowali o spektaklach nie tylko w miejscowym liceum. - Byłam na każdym spektaklu. Jestem zachwycona, że mamy swój teatr. Swoich aktorów, którzy według mnie są już bardzo profesjonalni - mówi miejscowa lekarz. - To nasi aktorzy sprawili, że ludzie w miasteczku zainteresowali się czymś więcej, niż tylko telewizją. Mamy swoje talenty. Oni są wśród nas bardziej popularni, niż ci z seriali telewizyjnych. Bo są z naszego środowiska. Spotykamy ich niemal każdego dnia na ulicy. Widzimy, jak wyglądają w życiu codziennym. - Moi sąsiedzi przyjęli z pewnym podziwem to, że gram w teatrze. Że mam odwagę. Coraz więcej osób zaczęło mi się kłaniać. Nawet młodzież. A niektórzy po prostu przyglądają się: no, jak ta Sułkowska wygląda, kiedy nie występuje na scenie. Ale traktują mnie z wielką sympatią. Nie miałam czegoś takiego, żeby ktoś powiedział: " Ee, kobieto, co ty robisz? W tym wieku?" - opowiada pięćdziesięcioletnia Anna Sułkowska. - Fajnie, że nasi mieszkańcy nie zajmują się tylko tym, co powiedziała w sklepie pani Zosia. Ale w sklepie rozmawiają o Mrożku. Albo o wznowieniu innej sztuki - mówi dyrektor miejscowego liceum Wiesława Meggier. - Dyskutują o tekście sztuki, bohaterach, aktorach. Opowiadają sobie, jak gra pani Basia, która mieszka na ich ulicy czy podwórku. Pani Ania idzie po mleko i mówią jej na ulicy, że świetnie zagrała kurę. Albo jakąś inną rolę. Moim zdaniem, to fantastyczne. Oddziaływanie teatru na mieszkańców Solca wyraża się zresztą na różne sposoby. Przed każdym spektaklem wydłuża się kolejka u fryzjera. Po przedstawieniu - zwiększa się ilość wypożyczonych książek w tutejszej bibliotece. Dla Reginy Osińskiej, dyrektor domu kultury, ważne jest również to, że: - Ludzie przychodząc do teatru... chcą wychodzić z domu. Bo dzisiaj nie mają na ogół ochoty po pracy ruszać się za próg mieszkania. Jednych nie stać, a drudzy wolą popadać w marazm, spędzając czas przed telewizorem. Ale u nas, jak zauważyłam, niektórzy przychodzą po dwa, trzy razy na ten sam spektakl.

Nic nadzwyczajnego

- Nic nadzwyczajnego tu nie robimy - zapewnia reżyser Piotr Szymański. - Filozofia naszej grupy jest taka, żeby bawić ludzi, ale mądrze. Nie chodzi o to, by promować wielkie ideologie, ale żeby pokazać, przypomnieć jak być szlachetnym, dobrym, mądrym. Żeby dzięki naszym aktorom przekazać tekst, który przypomina, że należy zwrócić uwagę na drugiego. Że może jest on samotny. I raz to zrobimy bardziej umiejętnie, innym razem mniej. Ci, którzy występują już od pięciu lat, mają pewien warsztat aktorski. Ale jak to bywa z amatorami - w poniedziałek zagrają doskonale swoją scenę, a we wtorek całkiem kiepsko. Na ogół jednak staramy się, by poziom aktorski był wyrównany. Kiedyś wracaliśmy po spektaklu z Solca do Bydgoszczy. Jakaś pani w autobusie zapytała: "Czy to był teatr amatorski, czy zawodowy?" I to już jest jakaś ocena naszego teatru. "Szlaban" i jego spektakle są też niebanalną promocją miasta, z czego bardzo zadowolone są władze Solca. - Kiedy nasz burmistrz jeździ na spotkania z burmistrzami, to mówią mu: "Ale u was jest fajny teatr" - opowiada sekretarz gminy Barbara Grzona-Górna. - Posiadanie grupy teatralnej ma ogromne znaczenie dla miasta. Proponują interesującą rozrywkę, a to wielka promocja dla nas. Podczas samorządowych spotkań w Toruniu, Bydgoszczy, Warszawie zdarzało mi się usłyszeć dobre słowa o naszym teatrze - przyznaje Teresa Substyk, wiceburmistrz Solca Kujawskiego. - Byłam na wszystkich spektaklach naszego teatru. Na niektórych trzykrotnie. Podczas ich występu na deskach profesjonalnego teatru w Bydgoszczy przeżywałam tremę na równi z aktorami.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki