Nie ukrywam, że zjawisku, któremu na imię "Fronda", uległem kiedyś i ja. Ale wcale się tego nie wstydzę. Nie ja jeden. To właśnie dzięki "Frondzie" z ukrycia mogli wyjść wszyscy ci, którzy wcześniej bali się przyznać do swojej wiary i konserwatywnego światopoglądu.
Dziś, gdy mija dziesięć lat od ukazania się pierwszego numeru pisma, można śmiało powiedzieć, że "Fronda" nie zestarzała się nic a nic. Może jedynie stała się nieco dojrzalsza. Ale szokować i prowokować nie przestała i pewnie długo nie przestanie. Choć czy w przypadku frondystów cokolwiek można stwierdzić na pewno?
Czekanie na plusk
Początek lat 90. to był zły czas dla Polski. Opluwanie Kościoła stało się publicznym sznytem. To, co do 1989 roku stanowiło opokę społeczeństwa, nagle z dnia na dzień okazało się "dyktaturą czarnych" i "państwem wyznaniowym". "Walenie w kler" uprawiały "Trybuna", "Nie", "Polityka", ale także "Gazeta Wyborcza" i inne wpływowe tytuły.
Rok 1993 przyniósł ostateczny upadek mitu "Solidarności". Złożyło się na to rozwiązanie skłóconego Sejmu, sromotna przegrana postsolidarnościowych ugrupowań w wyborach parlamentarnych, a wreszcie dojście do władzy postkomunistów, którym dla przeciwwagi wyborcy dodali jedynie "elitarną" Unię Wolności.
Przyszli założyciele "Frondy" traktowali ten czas jako okres "pęknięcia w kulturze", gdzie religia została niemal całkowicie wyrugowana z życia publicznego i gdzie nie istniał ani jeden tytuł prasowy, z którym by się identyfikowali.
Czy można wyobrazić sobie gorszy moment na inicjowanie ambitnego i jednocześnie kontrowersyjnego przedsięwzięcia?
- Tak naprawdę nie wiedzieliśmy, czy nasz pomysł trafi do kogokolwiek. Nie było Internetu, wymiany wiadomości. Trudno było ocenić, jak wielu młodych ludzi ma poglądy pokrewne z naszymi. To tak, jakby wrzucić do studni kamień i czekać na plusk - mówi Grzegorz Górny, redaktor naczelny "Frondy".
Pierwszy numer w nakładzie 1000 egzemplarzy rozszedł się niemal na pniu. Z miejsca też stał się sensacją na rynku medialnym.
- Dla nas samych było to zaskoczenie. Nie prowadziliśmy wcześniej jakiejkolwiek kampanii reklamowej. Widocznie trafiliśmy na lukę, którą można było zapełnić, a nasza propozycja była na tyle wyrazista, że przebiła się i bez reklamy - ocenia Górny.
Wkrótce pismem zainteresował się nowy prezes telewizji publicznej Wiesław Walendziak.
Dzięki temu frondyści błyskawicznie dostali swój własny program telewizyjny i mogli teraz przemówić naprawdę gromkim głosem - z sukcesem. W szczytowym momencie "program poświęcony" oglądało 12 proc. widowni - liczba niesłychana jak na tak "niszowy" produkt.
Proca o mocnym naciągu
Od początku wiadomym było, że autorzy "Frondy" nie stanowią jednorodnej grupy. Stąd brało się ogromne zróżnicowanie tematyczne i poglądowe prezentowane na łamach pisma. Ale ta różnorodność stanowiła w dużej mierze i o jego sile.
Jednak istniało też spoiwo scalające odmienne temperamenty i tożsamości autorów. Tym czymś była religia i otwarte manifestowanie ortodoksyjnego katolicyzmu.
- Dziś tematy "Frondy" są dalece bardziej religijne niż na początku, choć nie określamy się jako pismo religijne. Tyle że nie chcemy wyrzekać się tego, kim jesteśmy. Religia zawsze stanowiła nasz największy autorytet i tutaj nic się nie zmieniło - mówi Marek Horodniczy z "Frondy"
Od początku też frondyści postulowali integryzm, zgodnie z którym całe życie człowieka i wszelkie jego poczynania - również te na niwie publicznej - powinny być zawsze ukierunkowane przez wiarę.
To automatycznie stawiało ich w opozycji do idei, jakie wykuło Oświecenie ze swoją wiarą w potęgę człowieka, prymat rozumu nad Absolutem, zanik szacunku dla prawa naturalnego, a w konsekwencji ateizm, relatywizm i kominy Oświęcimia.
Jednocześnie pismo z numeru na numer stawało się coraz bardziej wyraziste, nie popadając przy tym w - wydawałoby się nieuniknione - skostnienie.
- Ewolucja "Frondy" odzwierciedla proces naszego dojrzewania duchowego. Pierwszy zespół stanowili ludzie dobrani z klucza towarzyskiego. Kiedy pismo stopniowo stawało się coraz bardziej ideowe, część z nich odeszła, tak jak Paweł Dunin-Wąsowicz - mówi Grzegorz Górny.
Tę ewolucję doskonale obrazuje zmiana w postrzeganiu idei "mocnego dobra", jaką "Fronda" zaczerpnęła w początkowej fazie swej działalności ze spuścizny okupacyjnego pokolenia Kolumbów.
- W pewnym momencie stanęliśmy przed dylematem; z jednej strony moc, z drugiej dobro. To, po której stronie się opowiedzieć? Myśmy wybrali dobro. Na tym tle rozeszły się drogi niektórych z nas, ale nasze chrześcijaństwo nabrało chyba wtedy głębszego wymiaru - uważa redaktor naczelny "Frondy".
Niech nas zobaczą
O fenomenie pisma nie przesądził jednak konserwatyzm autorów, ich jawna antyoświeceniowość, czy też bunt przeciwko odarciu współczesnej kultury z jej wymiaru metafizycznego, ale język, jakim "Fronda" przemówiła do odbiorców.
Nikt nigdy wcześniej nie mówił o religii w taki sposób. Stosując intelektualną prowokację, świadome przekraczanie norm, kontrast, retorykę buntu i odwoływanie się do kultury lub raczej kontrkultury młodzieżowej, frondyści osiągnęli swój cel - wyrazisty przekaz, wobec którego nie można było pozostać obojętnym.
Szokujące interpretacją sceny męczeństwa świętych Kościoła katolickiego odtworzone w realiach współczesnej Warszawy, reklama Różańca -"Cudowny aparat leczący! 800 lat tradycji. Prosty w użyciu. Zawsze skuteczny" czy spowiedzi świętej - "Moc. Przygoda. Tajemnica" - na długo pozostawały w pamięci zarówno tych zgorszonych, jak i grona entuzjastycznie nastawionych.
Podobnie jak numery pisma poświęcone kontrowersyjnym silnym ludziom prawicy - Pinochetowi i Codreanu, twórcy nacjonalistycznego rumuńskiego Legionu Michała Archanioła.
Tyle że nie była to zwykła sztuka dla sztuki. Użyte środki miały służyć jednemu: bezkompromisowej walce o zapomniane przez współczesność wartości i ukazywanie związanych z tym zagrożeń.
- Od początku cechowała nas "wrażliwość metafizyczna", jakiej pozbawiona była większość publikatorów, tyle że chcieliśmy o tym mówić naszym językiem. Nie naukowym, akademickim, ale takim, który trafi do młodych ludzi. Poza tym z kulturą masową najlepiej walczyć jej własną bronią - tłumaczy strategię pisma Grzegorz Górny.
Ta bezkompromisowość "Frondy" musiała, rzecz jasna, spotkać się z natychmiastową krytyką ze strony środowisk lewicowo-postępowych.
"Niechęć do postępu społecznego, obskurantyzm, ksenofobia" - tak frondystów określano w kwartalniku "Bez dogmatu". "Wojujący konkwistadorzy" - wtórowała "Gazeta Wyborcza", na łamach której Lidia Burska oskarżała ich o "ideologiczne wiernopoddaństwo oraz zawirowanie myśli, która traci samokontrolę". O tym, co wypisywały w tym samym czasie "Trybuna" i Urbanowe "Nie", lepiej nawet nie wspominać.
Z drugiej strony "Fronda" była doceniana przez innych. "Jeśli jest gdzieś dzisiaj w Polsce "katolicyzm poszukujący", to właśnie na łamach "Frondy"" - pisał Cezary Michalski. Frondyści "pokazują żywotność cywilizacji chrześcijańskiej" - przekonywał Marek Jurek, a arcybiskup Józef Życiński komplementował pismo, "które ostrym wyrazistym i czytelnym językiem podejmuje wielkie kwestie metafizyki i religii".
I choć wraz z ponownym nastaniem rządów SLD "Frondę" bez żadnych merytorycznych powodów zdjęto z anteny telewizyjnej, chociaż obcięto dotacje z Ministerstwa Kultury, pismo trzyma się cały czas zaskakująco dobrze. Ale, co najważniejsze, nie straciło swoich wiernych czytelników.
- Miesięcznie na naszej stronie internetowej mamy 20 tys. odsłon. To absolutny rekord. Z inicjatywy samych internautów na początku października odbędzie się spotkanie przyjaciół "Frondy" w Kazimierzu Dolnym, a po nim w Warszawie listopadowe obchody jubileuszu 10-lecia pisma - mówi Marek Horodniczy.
Wiadomo też, że cały czas trwają negocjacje z nowym zarządem TVP na temat powrotu "Frondy" do telewizji publicznej.
Pytany o najbliższy numer Horodniczy wyjawia jedynie, że ukaże się w grudniu przed świętami. - Więcej nie powiem, bo nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie chcieli zaskakiwać - śmieje się. I ma rację. Ja też lubię niespodzianki.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













