Dekada Kuczmy

W październiku na Ukrainie odbędą się wybory prezydenckie, w których największe szanse na zwycięstwo mają: kandydat opozycji - Wiktor Juszczenko oraz reprezentant partii władzy, obecny premier - Wiktor Janukowycz. W ten sposób nad Dnieprem dobiegnie końca trwająca dziesięć lat era rządów Leonida Kuczmy. Warto podsumować tę dekadę.



Szesnastego lipca 1990 roku Rada Najwyższa Ukraińskiej...
Czyta się kilka minut
W październiku na Ukrainie odbędą się wybory prezydenckie, w których największe szanse na zwycięstwo mają: kandydat opozycji - Wiktor Juszczenko oraz reprezentant partii władzy, obecny premier - Wiktor Janukowycz. W ten sposób nad Dnieprem dobiegnie końca trwająca dziesięć lat era rządów Leonida Kuczmy. Warto podsumować tę dekadę.

Szesnastego lipca 1990 roku Rada Najwyższa Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej proklamowała deklarację o suwerenności państwowej Ukrainy. Leonid Daniłowicz Kuczma, ówczesny deputowany z Dniepropietrowska, nie poparł tej deklaracji. W jego dokumentach w rubryce narodowość figurowało słowo "Rosjanin". Nowy wyraz - "Ukrainiec" pojawił się w aktach dopiero w roku 1992, kiedy Kuczma mianowany został szefem rządu. Wkrótce po swoim exposé świeżo mianowany premier obiecał, że nauczy się jak najszybciej języka ukraińskiego. Słowa dotrzymał dopiero po roku 1994, kiedy wybrano go prezydentem.

Jeden z antykomunistycznych dysydentów stwierdził, że gdyby w latach osiemdziesiątych ktoś powiedział Kuczmie, że za dziesięć lat będzie prezydentem niepodległej Ukrainy, ten z pewnością napisałby sam na siebie donos do KGB.

Kuczma kontra Krawczuk

Paradoksem ukraińskiej niepodległości jest to, że nie wywalczyli jej ci, którzy przelewali za nią krew ani ci, którzy marzyli o niej przez dziesięciolecia, ale ci, którzy jeszcze niedawno najmocniej jej się sprzeciwiali. To przedstawiciele sowieckiej nomenklatury, którzy mieli większość w Radzie Najwyższej, ogłosili 24 sierpnia 1991 r. powstanie niepodległego państwa ukraińskiego. Wybrali "ucieczkę do przodu" - po nieudanym puczu Janajewa obawiali się, że mogą paść ofiarą odwetu Borysa Jelcyna i jego ekipy. Niepodległość Ukrainy miała ich więc chronić przed polityczną zemstą Moskwy. Wiele razy opisywano scenę, kiedy w kuluarach kijowskiego parlamentu przywódca komunistycznej większości Stanisław Gurienko, na wieść o zwycięstwie Jelcyna, powiedział krótko do swych najbliższych współpracowników: - No, to teraz wezmą nas za d...

Nomenklatura zakosztowała szybko uroków niezawisłości - w końcu lepiej być ministrem w rządzie centralnym państwa niż jakimś szefem lokalnego wydziału w jednej z wielu prowincji imperium. W ten sposób niespodziewanie nawet dla samego siebie "ojcem ukraińskiej niepodległości" został niedawny sekretarz ds. ideologicznych Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Ukrainy Leonid Krawczuk - od 1991 roku pierwszy prezydent.

O aferach finansowych z udziałem Krawczuka pisano już sporo (nawiasem mówiąc, przy wyczynach dzisiejszych oligarchów były one niewinną igraszką), jedno trzeba mu jednak oddać - w 1994 roku, w odróżnieniu od wielu innych postsowieckich przywódców, poddał się procedurze demokratycznych wyborów, podczas których nie dochodziło do rażących naruszeń ordynacji. Możliwość przeprowadzenia telewizyjnej debaty, podczas której nie faworyzuje się żadnego z dwóch najważniejszych kandydatów, zaś urzędującemu prezydentowi zadaje się niewygodne pytania (a do czegoś takiego doszło właśnie w 1994 roku) to, zdaniem politologa Maksyma Strihy, brzmi dziś na Ukrainie niczym bajka z innego świata.

O ile jeszcze podczas wyborów w 1991 roku cała, rozbudzona narodowo, zachodnia Ukraina głosowała na byłego antykomunistycznego dysydenta - Wiaczesława Czornowoła, przeciwko aparatczykowi Krawczukowi, którego z kolei mocno popierał zsowietyzowany i zrusyfikowany Wschód kraju, o tyle w 1994 roku sympatie już się odwróciły - teraz patriotyczny Zachód głosował na Krawczuka (który dał się poznać jako przywódca umacniający niepodległość Ukrainy), natomiast prorosyjski Wschód opowiedział się za Kuczmą. Ponieważ najbardziej uświadomione narodowo terytoria Ukrainy Zachodniej (Podole, Galicja i Wołyń) liczą zaledwie 17 proc. mieszkańców kraju, zwycięstwo przypadło w udziale - podobnie jak w 1991 roku temu, kogo poparł Wschód. Stosunkiem głosów 52 do 45 procent zwyciężył więc Kuczma.

Kuczma kontra demokracja

W czasach komunistycznych Kuczma był dyrektorem największego na świecie kombinatu zbrojeniowego Piwdenmasz w Dniepropietrowsku, produkującego m.in. osławione rakiety SS-20. W hierarchii sowieckiej była to funkcja ważniejsza niż stanowisko sekretarza ds. ideologii w Kijowie, które zajmował Krawczuk. Kiedy w 1992 roku Kuczma został premierem, media kreowały go na sprawnego menadżera i fachowca od gospodarki.

Okazało się jednak, że potrafi zarządzać tylko w systemie nakazowo-rozdzielczym, zaś o wolnym rynku nie ma w ogóle pojęcia. Za jego premierowania inflacja wzrosła do poziomu 10 000 procent rocznie. Parlament przyznał mu specjalne pełnomocnictwa w celu zażegnania kryzysu gospodarczego - mógł wydawać nawet dekrety z mocą ustawy - niestety, nie potrafił z nich korzystać. W systemie prezydenckim, jaki panuje na Ukrainie, cała odpowiedzialność za fiasko reform spadła jednak na Krawczuka - i to on zapłacił za to utratą fotela.

Po pięciu latach rządów (1994-99) Kuczma również nie miał najmniejszych szans na zwycięstwo. Kryzys gospodarczy pogłębił się, państwo miesiącami zwlekało z wypłatą pensji i emerytur, rosły natomiast fortuny oligarchów działających na styku polityki i biznesu. Można, co prawda, odnotować za kadencji Kuczmy także pozytywne osiągnięcia, były one jednak raczej wynikiem determinacji innych osób, np. wprowadzenie stabilnej waluty - hrywny to zasługa ówczesnego prezesa Narodowego Banku Ukrainy, Wiktora Juszczenki, zaś uchwalenie konstytucji to dzieło patriotycznych frakcji w parlamencie.

Wybory prezydenckie w 1999 roku zostały jednak przez Kuczmę wygrane. Tajemnica sukcesu była prosta - podczas kampanii dochodziło do zastraszania przeciwników, licznych prowokacji z użyciem siły, zaprzęgnięcia administracji w rydwan sztabu wyborczego prezydenta, blokady informacyjnej kandydatów opozycji itd. Z pewnością elekcji tej znacznie bliżej było do standardów republik środkowoazjatyckich niż europejskich. Podobna sytuacja powtórzyła się podczas referendum konstytucyjnego w kwietniu 2000 roku, które zostało przez obóz prezydencki sfałszowane. Partia władzy podporządkowała też sobie stacje telewizyjne, z których uczyniła instrument propagandy.

Wszystko to sprawiło, że Kuczma coraz częściej krytykowany był przez kraje zachodnie. Największa fala potępienia spadła na niego po tym, jak były ochroniarz prezydenta, pułkownik Mykoła Melnyczenko ujawnił nagrania magnetofonowe, z których wynikało, że zamordowanie opozycyjnego dziennikarza Georgija Gongadze dokonało się na polecenie Kuczmy. Od kilku lat działania prokuratury generalnej zmierzają w kierunku, by sprawę tę raczej zaciemnić niż wyjaśnić.

Kuczma kontra Zachód

Prezydent miał szansę na wyrwanie się z postkomunistycznego marazmu, gdy na początku swej drugiej kadencji, głównie pod wpływem Zachodu, mianował premierem Wiktora Juszczenkę. Nowy szef gabinetu zaczął wprowadzać rynkowe reformy, ograniczając przy tym władzę postnomenklaturowych klanów oligarchicznych. Ponieważ jednak Kuczma postawił na tych ostatnich (jednym z największych oligarchów na Ukrainie jest zresztą zięć prezydenta - Wiktor Pinczuk), zbyt samodzielny premier został zdymisjonowany, a jego reformy wyhamowane.

Reżim Kuczmy bez wątpienia stoi na straży interesów oligarchów. Dość powiedzieć, że za jego prezydentury sprywatyzowano majątek państwowy, którego wartość szacowano na 600 miliardów dolarów, a za który do budżetu państwa wpłynęło mniej niż pół procent jego wartości. Oznaczało to po prostu uwłaszczenie nomenklatury, czyli rozkradzenie mienia publicznego przez postpartyjne grupy interesów.

Nic dziwnego, że te nowe ukraińskie "elity" bardziej ciążą ku Rosji, gdzie sytuacja jest podobna, niż w kierunku zachodnim. Wyrazem tego jest pogłębiające się uzależnienie Ukrainy od Rosji, przede wszystkim w sprawach gospodarczych.

O ile w roku 1994 Ukraina była - podobnie jak republiki nadbałtyckie - postrzegana przez Zachód jako część Europy Środkowo-Wschodniej, o tyle dzisiaj znajduje się ona w zupełnie innej sytuacji niż Litwa, Łotwa i Estonia. Nie tylko nie należy do NATO czy Unii Europejskiej, lecz również - jak przekonują zachodni politycy - nie ma na to szans w dającej się przewidzieć przyszłości. Dla Unii posiada status "sąsiada", podobnie jak Jordania czy Maroko, zaś Departament Stanu USA zaliczył ją do Eurazji.

Prezydent Kuczma, który przez dziesięć lat starał się w polityce zagranicznej balansować między Wschodem a Zachodem, w lipcu br. kazał wykreślić z oficjalnej doktryny międzynarodowej Ukrainy zapis o wejściu do Unii Europejskiej jako strategicznym celu państwa. Komentatorzy podkreślają, że ukraińskiemu prezydentowi bliżej obecnie do Putina i Łukaszenki niż polityków europejskich.

Jeśli dodamy do tego kryzys demograficzny (w ciągu 10 lat ludność Ukrainy zmniejszyła się aż o 3 miliony - z 52 do 49 milionów), gigantyczne bezrobocie (co roku na zarobek wyjeżdża za granicę ok. 7 milionów Ukraińców) oraz pełzającą rusyfikację mediów i kultury (większość programów telewizyjnych, audycji radiowych i wydawanych książek jest w języku rosyjskim) - to zrozumiemy, dlaczego bilans rządów Kuczmy nie przedstawia się imponująco.

Prezydent boi się, że gdy do władzy dojdzie opozycja, może pociągnąć go do odpowiedzialności karnej. Dlatego na wzór rosyjski wyznaczył swojego następcę - Wiktora Janukowycza, na którego potrzeby wyborcze pracuje teraz cała machina państwowa. Jego zwycięstwo oznaczać będzie kontynuację modelu oligarchicznego.

Nic więc dziwnego, że wspomniany już Maksym Striha nazywa ostatni okres w historii Ukrainy "straconym dziesięcioleciem". Uważa on jednak, że pod jednym względem czas ten nie był stracony - otóż mieszkańcy kraju, którzy wcześniej przywykli oglądać się w każdej sprawie na władze, teraz zrozumieli, że od władzy nie można już się niczego dobrego spodziewać i powoli zaczynają brać własne sprawy w swoje ręce. I to - zdaniem ukraińskiego politologa - jest największą nadzieją na przyszłość.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 38/2004