Mało nas do pieczenia chleba

Nie od dziś wiadomo, że postępujący niż demograficzny może stać się jednym z najpoważniejszych problemów polskiej rzeczywistości społeczno-gospodarczej. Jednak negatywne skutki spadku populacji odczujemy najboleśniej dopiero za kilkanaście - kilkadziesiąt lat. Z jednym małym wyjątkiem - już dziś z demograficznymi demonami musi zmierzyć się polskie szkolnictwo.



Rok 2003 był...
Czyta się kilka minut
Nie od dziś wiadomo, że postępujący niż demograficzny może stać się jednym z najpoważniejszych problemów polskiej rzeczywistości społeczno-gospodarczej. Jednak negatywne skutki spadku populacji odczujemy najboleśniej dopiero za kilkanaście - kilkadziesiąt lat. Z jednym małym wyjątkiem - już dziś z demograficznymi demonami musi zmierzyć się polskie szkolnictwo.

Rok 2003 był dla Polski piątym z kolei, w którym odnotowano ubytek rzeczywisty ludności, a jednocześnie drugim z ujemnym przyrostem naturalnym. W ciągu ostatnich czterech lat liczba ludności zmniejszyła się o prawie 90 tysięcy. W 2002 roku zanotowano najniższy od 50 lat współczynnik dzietności (1,25). Według szacunków Głównego Urzędu Statystycznego, w 2003 roku urodziło się 351 tys. dzieci, czyli o 2,5 tys. mniej niż w roku 2002, o ok. 36 proc. mniej niż w 1990 roku i aż o 50 proc. mniej niż w 1983 roku. Do tak niekorzystnych zmian doszło w ciągu zaledwie dwudziestu lat!

Co więcej, prognostycy z GUS przewidują, że liczba ludności w Polsce zmniejszy się do 2020 roku o milion osób w stosunku do dnia dzisiejszego, a w ciągu następnej dekady o dalsze półtora miliona. Jaki to ma wpływ na polskie szkolnictwo?

Deficytowe pierwszaki

W Szafarni w województwie kujawsko-pomorskim mieliśmy niedawno do czynienia z desperacką akcją rodziców, walczących o utrzymanie szkoły, do której uczęszczały ich dzieci.

W obliczu przeniesienia do innej placówki, opiekunowie zdecydowali się w ogóle nie posyłać swoich pociech do nowej szkoły. Podobnie rzecz wygląda w innych regionach Polski: na Podkarpaciu, w Szczecinie czy w Poznaniu cały czas mamy do czynienia z gwałtownymi protestami rodziców, postawionych w obliczu likwidacji przedszkoli i szkół.

Dlaczego tak się dzieje? Przemiany demograficzne w latach 90-tych spowodowały gwałtowne zmniejszenie liczby dzieci w wieku 0-17 lat. W roku 1990 było ich 11 318 tys., a 12 lat później już tylko 8663,7 tys. Dzieci do lat 15 stanowią obecnie 17 proc. ogólnej populacji, podczas gdy w 1990 roku było to prawie 25 procent.

Według szacunków Ministerstwa Edukacji Narodowej i Sportu, w roku szkolnym 2003/2004 uczy się 6,32 mln dzieci; w tym 2,8 mln w szkołach podstawowych, 1,66 mln w gimnazjach, 1,86 mln w szkołach ponadgimnazjalnych. W poprzednim roku szkolnym było 6,58 mln uczniów; w tym 2,98 mln w szkole podstawowej, 1,7 mln w gimnazjach i 1,9 mln w szkołach ponadgimnazjalnych. Natomiast w latach 2001-2002 w murach szkolnych przebywało 6,7 mln uczniów.

Szczególnie widoczny jest spadek ilości dzieci rozpoczynających naukę w szkole podstawowej. Trzy lata temu było ich 487 tys., dwa lata temu 466 tys., w zeszłym roku 437 tys., a obecnie już tylko 422 tysięcy. Tendencja jest więc taka, że więcej uczniów kończy szkołę podstawową niż rozpoczyna w niej naukę.

Ubywa uczniów, ubywa więc i szkół (tylko w ciągu ostatnich czterech lat o 3,3 tys.).

Są nowe ubytki

Spadek liczby dzieci w wieku szkolnym jest zatem najważniejszym powodem tego, że w szkołach robi się po prostu luźniej.

W wielu klasach - szczególnie tych wiejskich - zdarzają się sytuacje, że uczy się zaledwie kilkoro lub w najlepszym przypadku kilkanaścioro dzieci. Dlatego właśnie władze samorządowe zamykają część nieopłacalnych szkół i przedszkoli, bądź też stosują politykę "wygaszania" - w takich szkołach nie prowadzi się nowego naboru i przestają one istnieć z chwilą, gdy ukończy je ostatni rocznik uczniów. Większość szkół i przedszkoli jest jednak "przekształcana" (czyli de facto łączona z innymi szkołami).

Władze gminne, likwidując małe wiejskie szkoły, często zapominają o tym, że jednocześnie niszczą jedyne placówki kulturotwórcze na swoim terenie. A ich brak może spowodować w dalszej perspektywie daleko większe szkody społeczne, niż doraźne pozytywy ekonomiczne.

- Powinniśmy za wszelką cenę uniknąć likwidacji placówek edukacyjnych, a jeżeli jest już taka konieczność, to niech one będą zamieniane w ośrodki społeczno-kulturalne. Jeśli dzieci rodziców z pokolenia z lat 1980-84 przyczynią się do zwiększenia wyżu demograficznego, to trafią na gotową infrastrukturę w postaci systemu powiązań społeczności lokalnych - apeluje Wiesław Łagodziński z Głównego Urzędu Statystycznego.

Szansą dla małych szkół jest ich przejmowanie od samorządów przez stowarzyszenia rodziców. W Polsce funkcjonuje dziś ponad 200 takich placówek. Ich utrzymanie jest znacznie tańsze, ze względu na społeczną pracę rodziców oraz niższe stawki dla nauczycieli, nie związanych w tym przypadku ustaleniami Karty Nauczyciela. Łatwiej także o dotacje gminne.

Jak na razie nie ubywa kandydatów na wyższe uczelnie, ale to już końcówka wyżu demograficznego z początku lat 80-tych. Tym bardziej, że państwowe uczelnie są zapchane studentami do granic możliwości. Zmniejszająca się z roku na rok liczba świeżo upieczonych maturzystów będzie więc, póki co, pewną ulgą dla szkolnictwa wyższego. Niepokoić powinni się za to właściciele uczelni prywatnych - niż demograficzny oznaczać będzie wyrok śmierci dla wielu z nich. Utrzymają się jedynie najlepsze, najbardziej prestiżowe uczelnie prywatne.

Spadek populacji zagraża bezpośrednio także nauczycielom. O ile sytuacja nauczycieli pełnozatrudnionych (a więc tych, dla których praca w szkole jest ich głównym zajęciem) jest w miarę stabilna, o tyle znacznie gorzej przedstawia się w przypadku osób zatrudnionych w niepełnym wymiarze godzin. Od czterech lat nie zmienia się liczba tych pierwszych (435 tys.), natomiast ubyło w tym okresie 88 tys. nauczycieli niepełnoetatowych.

Według pesymistycznych prognoz demograficznych, liczba nauczycieli może jednak zmniejszyć się w przeciągu najbliższych lat aż o 1/5.

Inny obraz wyłania się natomiast z analiz Centralnego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli. Zgodnie z nimi, obniżanie stanu zatrudnienia nauczycieli do roku 2006 nie grozi kryzysem kadrowym, jeśli naturalne odejścia pedagogów na emeryturę i z innych obiektywnych względów będą następować w stałym tempie. Co najwyżej spodziewać się można znikomego zapotrzebowania na nowych nauczycieli.

- Te materiały były jednak opracowywane jakiś czas temu. Nie dysponujemy jeszcze najświeższymi prognozami demograficznymi GUS, dlatego trudno coś precyzyjnie wyrokować - mówi Jadwiga Zarębska, kierownik Zespołu ds. Analiz i Prognozowania Kadr CODN.

Czy niż demograficzny może być mimo to wykorzystany z pożytkiem dla całego szkolnictwa?

Jak najbardziej - zmniejszenie liczby uczniów jest świetną okazją do poprawienia warunków i poziomu nauczania. Klasy będą mniej liczne, co pozwoli nauczycielom na efektywniejszą indywidualną pracę z podopiecznymi, a w konsekwencji na bardziej harmonijny rozwój ucznia. Spadek populacji może także ułatwić młodzieży dostanie się na wybrane uczelnie.

I wreszcie ostatni pozytyw - mniej absolwentów to także zmniejszony napór na rynek pracy, a w konsekwencji mniejsze bezrobocie.

Mimo tych kilku pozytywnych aspektów, niż demograficzny pozostaje niebywale groźnym zjawiskiem społecznym. Dlatego marzeniem polskich demografów jest, by pokolenie urodzone w latach 1980-1984 zechciało pójść w ślady swoich rodziców - na początku lat 80-tych zanotowano w Polsce drugi pod względem wielkości przyrost populacji po 1945 roku.

Wiesław Łagodziński, rzecznik prasowy Głównego Urzędu Statystycznego:

- Widzę dużą szansę na odbudowę demograficzną polskiego społeczeństwa. W latach 1980-1984 mieliśmy do czynienia ze znaczącym wyżem demograficznym. W szczytowym momencie tego okresu rodziło się 720 tys. dzieci rocznie. Obecnie o połowę mniej. Dzieci urodzone w czasie wyżu z początku lat 80-tych są pokoleniem zdrowszym, biologicznie lepszym, wychowywanym w czasach, gdy wszystko normalniało. One są też częścią składową ogromnego boomu edukacyjnego obserwowanego od roku 2000. Większość z nich w tej chwili studiuje, a ich jakość edukacji jest zasadniczo lepsza niż poprzednich roczników. A zatem przygotowanie, wychowanie, edukacja tego pokolenia, które nie było represjonowane, kanalizowane, powoduje, że ma ono naprawdę dużą szansę na odwrócenie niekorzystnych trendów demograficznych.

Wszystko to jednak zależy od spełnienia szeregu warunków: oprócz większej dynamiki gospodarczej, musi rozwinąć się system placówek opiekuńczych: szkół, żłobków, przedszkoli itp. Autorytety społeczne - państwo, szkoła, Kościół - powinny prowadzić taktowną i delikatną politykę społeczno-demograficzną. Nie może być mowy o chirurgii twardej, potrzebna jest chirurgia delikatna: oka, słuchu, mentalności.

Myślę, że np. Kościół może stać się doskonałym oparciem dla tego pokolenia. Polski Kościół jest Kościołem współczującym. Ale równocześnie powinien to być także Kościół przytulający, rozumiejący obawy i lęki ludzi, a nie jedynie gromowładny.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 12/2004