Dziedzictwo "Aksamitnej rewolucji"

Drugi lutego był ostatnim dniem urzędowania Vaclava Havla jako prezydenta Czech. Tym samym na emeryturę przeszedł ostatni polityk środkowoeuropejski, który sprawował władzę nieprzerwanie od upadku komunizmu w 1989 roku.





W innych państwach naszego regionu bohaterom opozycji antykomunistycznej albo w ogóle nie udało się dojść do władzy, albo zostawali od niej po paru latach odsuwani...
Czyta się kilka minut
Drugi lutego był ostatnim dniem urzędowania Vaclava Havla jako prezydenta Czech. Tym samym na emeryturę przeszedł ostatni polityk środkowoeuropejski, który sprawował władzę nieprzerwanie od upadku komunizmu w 1989 roku.

W innych państwach naszego regionu bohaterom opozycji antykomunistycznej albo w ogóle nie udało się dojść do władzy, albo zostawali od niej po paru latach odsuwani (najbardziej spektakularnym przykładem była porażka w wyborach prezydenckich w 1995 roku Lecha Wałęsy z Aleksandrem Kwaśniewskim). Na tym tle Czechy prezentują się wyjątkowo. Specyfika tego kraju polega również na tym, że po 1989 roku w Pradze do rządów nigdy nie doszli byli komuniści. Poza NRD, która de facto została wcielona do RFN, jest to jedyny tego rodzaju przypadek w Europie Środkowo-Wschodniej.

Podstawowa różnica między polską a czeską sceną polityczną polega na tym, że u nas socjaldemokracja ma rodowód nomenklaturowo-komunistyczny, tam zaś nie. Czechom udało się stworzyć formację socjaldemokratyczną, która ma niewiele wspólnego z byłym systemem. To tak, jakby w Polsce partią władzy stała się Unia Pracy, ale na czele z Ryszardem Bugajem, odcinającym się od jakiejkolwiek współpracy z SLD.

Funkcjonariuszom partii komunistycznej w Czechach nie udało się więc, tak jak w Polsce, z dnia na dzień przemianować na socjaldemokratów. Przyczyną tego był inny przebieg wydarzeń w 1989 roku.

Operacja KLIN

Czechy były jedynym krajem, w którym powołano rządową komisję (tzw. Komisja 17 Listopada) zajmującą się wyjaśnieniem wszelkich okoliczności tzw. Jesieni Ludów. Dzięki otwarciu milicyjnych archiwów udało się ustalić, że w czerwcu 1987 roku czeskie służby specjalne rozpoczęły akcję o kryptonimie KLIN. Jak stwierdził odpowiedzialny za jej przebieg wysoki oficer owych służb Miroslav Chovanec: "celem tej akcji było hamowanie jednoczenia się opozycji i zyskiwanie wpływu w jej szeregach, by możliwe stało się regulowane przejście do systemu pluralistycznego". Rok później czeska StB (Bezpieka Państwa) zaczęła tworzyć "nielegalne grupy" i wydawać "konspiracyjne wydawnictwa", a także powołała do życia nowy rodzaj agenta, czyli "zawodowego" dysydenta antykomunistycznego. Jak wykazała Komisja 17 Listopada, jedną z najbardziej naszpikowanych agentami organizacji "antykomunistycznych" był Klub Obroda (Odrodzenie), wchodzący w skład Karty 77. - Agentura, którą mieliśmy w opozycji, po prostu szła z tą opozycją w górę - zeznał później Chovanec.

Jednocześnie w samej partii komunistycznej zaczęto awansować działaczy, mających opinię "niepokornych liberałów", zwolenników "demokratyzacji" i przeciwników "ortodoksyjnego betonu". Najlepszym przykładem może być postać Josefa Bartonczika, w latach 1971-1988 płatnego agenta StB, sekretarza partii komunistycznej w Brnie, późniejszego lidera ludowców.

Dr Pavel Żaczek, który już po upadku komunizmu w Urzędzie ds. Dokumentacji i Badania Działalności StB zajmował się operacją KLIN, pisze: "Chodziło o stworzenie jakiegoś mechanizmu kontrolnego dla zakładanych negocjacji okrągłego stołu, dokładnie według modelu polskiego". Celem operacji służb specjalnych było więc najpierw stworzenie "antykomunistycznej" opozycji, a później podzielenie się z nią władzą przy "okrągłym stole". Opinia publiczna miała to przyjąć oczywiście jako porozumienie dwóch stron reprezentujących całe społeczeństwo.

Kulisy "aksamitnej rewolucji"

"Aksamitna rewolucja" w Czechach rozpoczęła się 17 listopada 1989 roku od brutalnie rozpędzonej przez milicję studenckiej demonstracji w Pradze. O terminie tej manifestacji funkcjonariusze StB wiedzieli wcześniej niż jej oficjalni organizatorzy - studenci z ruchu STUHA. Demonstracja 17 listopada zapoczątkowała ciąg antyrządowych wystąpień, który doprowadził w końcu do ustąpienia władz. Iskrą, która spowodowała wybuch niezadowolenia społecznego, była rzekoma śmierć studenta idącego na czele antykomunistycznego pochodu.

W rzeczywistości prowadzący demonstrację porucznik StB Ludvik Zifczak-Rużiczka udawał martwego i został natychmiast zabrany przez karetkę MSW. Tymczasem plotka o jego śmierci zaczęła zataczać coraz szersze kręgi i prowokować do otwartych wystąpień przeciw reżimowi.

Warto nadmienić, że porucznik Zifczak-Rużiczka był parę miesięcy wcześniej aresztowany przez milicję jako dysydent (co miało uwiarygodnić go w kręgach opozycji), zaś podczas samej demonstracji dążył do tego, by skierować przemarsz studentów trasą zakazaną przez władzę, co zakończyć się musiało starciem z milicją.

Jak zeznał jeden z głównych organizatorów operacji KLIN, generał StB Alojs Lorenc - na nowego przywódcę państwa kreowany był jeden z przywódców Praskiej Wiosny w 1968 roku, zwolennik Gorbaczowa i "socjalizmu z ludzką twarzą", Zdenek Mlynarz. Przebywał on na emigracji, ale został przywieziony do Pragi przez funkcjonariuszy czeskiego wywiadu. Okazało się jednak, że przybył już za późno - sytuacja wymknęła się spod kontroli.

Władimir Bukowski opisuje to następująco: "Wszystko szło bardzo dobrze, zgodnie ze scenariuszem - aż do ostatniej chwili, kiedy wśród wszystkich tych niepokojów, tuż po upadku rządu, w Pradze pojawił się nagle Mlynarz. Miał bardzo wiele wystąpień telewizyjnych, wygłosił przemówienie na Placu św. Wacława. Ludzie jednak buczeli i gwizdali, ponieważ rzucał tylko stare slogany z 1968 roku. Na tym etapie nie chcieli już Czechosłowacji, nie chcieli "socjalizmu z ludzką twarzą", nie chcieli żadnego socjalizmu z żadną twarzą. Wygwizdany Mlynarz wycofał się z gry. Ponieważ reakcja ludzi była inna od tej, której oczekiwał, po prostu obrócił się na pięcie i powrócił do Wiednia. I nagle ten bardzo staranny, bardzo precyzyjny spisek wszedł w impas. Sowieci nie mieli na miejscu żadnego swojego kandydata. Sprawy bardzo szybko wymknęły się spod kontroli. Havel ze swoimi przyjaciółmi byli na miejscu i to oni zgarnęli całą pulę."

Polskie reakcje

Zwróćmy uwagę, że Władimir Bukowski stwierdził: "Sowieci nie mieli na miejscu żadnego swojego kandydata". Ten znany rosyjski dysydent, tuż po nieudanym puczu w Moskwie w sierpniu 1991 roku i po objęciu władzy przez Borysa Jelcyna, wykorzystał moment politycznej zawieruchy i dostał wgląd do archiwów Kremla. Z materiałów, z którymi się zapoznał, wynika jasno, że proces upadku komunizmu był zdarzeniem wcześniej zaplanowanym w Moskwie i przebiegał według określonego scenariusza - a właściwie kilku różnych scenariuszy w zależności od specyfiki danego kraju (np. wariant węgierski różnił się znacznie od rumuńskiego). Według Bukowskiego, jedynymi krajami, w których plan całkowicie zawiódł, były NRD i Czechosłowacja.

Wyniki swojej kwerendy w kremlowskich archiwach zawarł Bukowski m.in. w książce "Moskiewski proces". Jej polskie wydanie zostało w 1999 roku ostro skrytykowane na łamach "Gazety Wyborczej". Autorowi najbardziej dostało się oczywiście za rozpowszechnianie teorii spiskowych. Recenzent gazety radził Bukowskiemu, aby zajął się raczej "bardziej pożytecznym zajęciem - pisaniem thrillerów politycznych w stylu Roberta Ludluma". Owym recenzentem był Lesław Maleszka, zdemaskowany dwa lata później jako wieloletni płatny agent SB.

W swoim tekście Maleszka obśmiewał m.in. przedstawioną przez Bukowskiego wersję "aksamitnej rewolucji" w Czechach. Tymczasem wystarczy wejść na oficjalne strony internetowe czeskiej policji (Policie Ceske Republiky), by w katalogu tamtejszego Urzędu Dokumentacji i Badania Zbrodni Komunizmu odnaleźć teksty dotyczące szczegółów operacji KLIN, potwierdzające prawdziwość faktów podawanych przez Bukowskiego.

Wiedza ta jest w Czechach powszechnie dostępna od roku 1994, kiedy to po raz pierwszy opublikowano wyniki badań komisji. Co ciekawe, wiedza ta nie została upowszechniona w polskich mediach, chociaż w Pradze akredytowanych było wielu korespondentów, a tak sensacyjny temat powinien stanowić łakomy kąsek dla każdego dziennikarza. Dzięki temu widzowie polskiej telewizji i czytelnicy polskiej prasy zostali uchronieni jednak od snucia niepotrzebnych porównań z wydarzeniami w Czechach.

Dopiero w świetle przedstawionych powyżej faktów staje się jasne, dlaczego Czechom bardzo szybko udało się przeprowadzić lustrację i dekomunizację. Gdyby zwyciężył wariant "okrągłego stołu", do którego zasiadłaby "konstruktywna opozycja", zapewne mielibyśmy do czynienia z filozofią "grubej kreski".

Warto dodać, że uchwalenie ustawy lustracyjnej spotkało się z gwałtownym atakiem dużej części czeskich mediów, których publicyści wyczuwali już swąd palonych na stosie czarownic. Ataki umilkły nagle w maju 1992 roku, kiedy dwa konserwatywne dzienniki: "Telegraf" i "Metropolitan" opublikowały legitymacyjne fotografie wraz z danymi osobowymi 400 dziennikarzy, którzy byli niewątpliwymi agentami bezpieki. Niewątpliwymi, czyli takimi, którzy fakt współpracy z StB potwierdzili własnym podpisem, często na pokwitowaniu honorarium.

Na uwagę zasługuje postawa prezydenta Havla, który choć sam nie należał do grona zwolenników ustawy lustracyjnej, to jednak ją podpisał. Powiedział wówczas: - Nie odczuwam potrzeby odwetu, ale jako urzędnik państwowy nie mam żadnego prawa ogłaszania powszechnego prawa łaski w imieniu innych.

I to różni Havla od jego polskich przyjaciół, którzy takie prawo sobie przypisują.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 7/2003