Logo Przewdonik Katolicki

Wychodzi Rywin od Millera

Grzegorz Górny
Fot.

czyli zagryziony buldog wypada spod dywanu Stefan Kisielewski, opisując niegdyś walki między różnymi frakcjami wewnątrz PZPR, porównywał je do kotłowaniny pod dywanem, w wyniku której nagle spod dywanu wypadał zagryziony buldog. W naszych czasach takim "zagryzionym buldogiem" okazał się Lew Rywin. Kisielewskiemu chodziło o to, że mechanizm podejmowania najważniejszych decyzji...

czyli zagryziony buldog wypada spod dywanu


Stefan Kisielewski, opisując niegdyś walki między różnymi frakcjami wewnątrz PZPR, porównywał je do kotłowaniny pod dywanem, w wyniku której nagle spod dywanu wypadał zagryziony buldog. W naszych czasach takim "zagryzionym buldogiem" okazał się Lew Rywin.

Kisielewskiemu chodziło o to, że mechanizm podejmowania najważniejszych decyzji w państwie komunistycznym pozostawał dla opinii publicznej niejawny, był zaś wynikiem zakulisowego ścierania się różnych grup partyjnych. Wydawać by się mogło, że po upadku minionego systemu i proklamowaniu demokracji sytuacja powinna ulec zmianie - żywotne dla kraju rozstrzygnięcia powinny być podejmowane nie za kulisami, lecz przy podniesionej kurtynie, najlepiej na forum parlamentarnym, zaś decydować powinni wyłonieni w demokratycznych wyborach reprezentanci społeczeństwa, kierując się dobrem wspólnym, a nie jakieś "szare eminencje" na półoficjalnych spotkaniach, załatwiając swoje prywatne interesy i wręczając sobie krociowe łapówki.
Tymczasem afera z Lwem Rywinem, który zaproponował spółce Agora (wydawcy "Gazety Wyborczej") korzystną dla niej nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji w zamian za 17,5 mln dolarów łapówki na potrzeby SLD - pokazuje, że instytucje demokratyczne mogą być jedynie parawanem służącym do przyklepywania decyzji, które zapadają gdzie indziej.

Demokracja dekoracyjna


Latem ubiegłego roku Paweł Śpiewak na kartach "Res Publiki Nowej" opublikował tekst pt. "Dekoracyjna demokracja". Pisał w nim m.in., że w Polsce mamy "do czynienia z demokracją fasadową. Odbywają się regularne wybory, przestrzegane są reguły prawa (na przykład rozliczanie kosztów kampanii wyborczych), ale zarazem widzimy, że zasadnicze decyzje zapadają poza wszelkimi ciałami przedstawicielskimi. O ważnych sprawach mówi się zapewne gdzieś na spotkaniach liderów partii i szefów dużych gospodarczych formacji. Teatr demokratyczny przesłania jedynie lub wręcz ukryć ma obszary, gdzie podejmuje się istotne decyzje publiczne oraz ekonomiczne. Rozrasta się niewidoczne państwo. W ten sposób niemal świadomie kompromituje się zasady demokracji."
W podobnym tonie wypowiadała się również prof. Jadwiga Staniszkis, według której duża część polskiej klasy politycznej odgrywa przed wyborcami spektakl teatralny, występując przeciwko sobie po dwóch stronach barykady, podczas gdy w rzeczywistości często łączą ich nici różnych powiązań biznesowo-towarzyskich.
Już po ujawnieniu "afery Rywina" głos zabrał też na łamach "Rzeczpospolitej" Ryszard Bugaj. Jego zdaniem, w Polsce demokracja wypierana jest coraz bardziej przez system oligarchiczny, w którym decyzje zapadają poza procedurami demokratycznymi i ponad głowami społeczeństwa: "Jeżeli elity polityki, mediów i biznesu są spojone ze sobą wspólnymi interesami i wspólną wizją, to demokracja staje się zwykłym teatrem". Według Bugaja, sytuacja ta jest wynikiem trwającej od 1989 roku zmowy części elit solidarnościowych i komunistycznych.

Strach przed podsłuchem


Być może dla niektórych takie postawienie sprawy to uleganie spiskowej teorii dziejów, czyli - jak to się zwykło dziś określać - myśleniu paranoicznemu. Przeciwko takiej postawie występowali zawsze publicyści "Gazety Wyborczej". Tymczasem opisane przez ten dziennik zachowanie jego kierownictwa w obliczu "afery Rywina" zdradza właśnie ślady takiej spiskowej obsesji. Oto bowiem okazuje się, że szefowie Agory i "Gazety" nie czują się bezpieczni we własnym budynku. Adam Michnik, Wanda Rapaczyńska i Helena Łuczywo dyskutują wyłącznie na tarasach, gdyż boją się, że w gabinetach mają podsłuch. Z tego samego powodu unikają jakichkolwiek wzmianek o aferze w rozmowach telefonicznych.
Jednocześnie "Gazeta Wyborcza", chociaż przestępstwo (próba korupcji) nastąpiło już w lipcu ub.r., przez pięć miesięcy zwlekała z ujawnieniem sprawy. Oficjalnie motywowano to koniecznością przeprowadzenia dziennikarskiego śledztwa, jednak w rzeczywistości wyniki owego dochodzenia okazały się niemal żadne.
A można było pójść chociażby tropem biografii Lwa Rywina, która wiele wyjaśnia. Obywatel sowiecki Rywin trafił do Polski z ZSRR w 1959 r. Karierę zrobił błyskotliwą. Został jednym z szefów Interpressu, uznawanego za przybudówkę wywiadu PRL. Swobodnie podróżował między ZSRR a USA. W stanie wojennym został ściągnięty do Radiokomitetu przez generała Mirosława Wojciechowskiego z Wojskowych Służb Informacyjnych i mianowany prezesem Poltelu - instytucji dostarczającej TVP deficytowe dewizy. Jak pisze "Życie Warszawy": "Rywin musiał być zaufanym człowiekiem, bo takie stanowisko (operacje w obcej walucie, wyjazdy za granicę) mógł dostać tylko człowiek cieszący się poparciem MSW i władz partyjnych. Podejrzewano, że pomógł mu radziecki paszport, który ponoć długo posiadał po otrzymaniu polskiego obywatelstwa." Kiedy pierwszym solidarnościowym prezesem Radiokomitetu został Andrzej Drawicz, uczynił Rywina swoim zastępcą odpowiedzialnym za sprawy finansowe.
Gdyby dziennikarskie dochodzenie poszło tym tropem, mogłoby się jednak okazać, że rację ma Ryszard Bugaj - mówiący o psującej państwo zmowie części elit komunistycznych i solidarnościowych. Do takich wniosków "Gazeta Wyborcza" oczywiście dojść nie może. To bowiem, co Bugaj nazywa w negatywnym sensie "umową elit", to Adam Michnik wychwala jako "historyczny kompromis".
Jak zauważa więc Bugaj, wersja wydarzeń przedstawiona przez "Gazetę Wyborczą", obciąża tylko jedną osobę - Rywina, nie rzuca natomiast cienia na klasę polityczną ani żaden jej wpływowy odłam. Tak więc, zdaniem Bugaja, działania "Wyborczej" "nie są podporządkowane interesom opinii publicznej, ale interesom politycznej elity".

Walka o wpływy i pieniądze


Warto w tym kontekście przyjrzeć się nowelizacji ustawy, wokół której rozgrywa się całe to zamieszanie. Otóż jest ona przedstawiana przez większość mediów jako spór o wolność słowa. Tymczasem jest to głównie konflikt o pieniądze i wpływy. Rządowa propozycja przewiduje, że właściciel ogólnopolskiej gazety nie może otrzymać koncesji na telewizję. Uderza to przede wszystkim w Agorę, która przymierza się do kupienia Polsatu. Rząd argumentuje, że chce w ten sposób uchronić polski rynek medialny przed zmonopolizowaniem przez jedną grupę. Trudno jednak w to uwierzyć, skoro ta sama ekipa robi wszystko, by samemu przyjąć polityczną kontrolę nad mediami, a telewizja publiczna została przez nią de facto przekształcona w telewizję partyjną SLD.
Z drugiej strony media prywatne, które tak głośno deklarują, że zależy im głównie na wolności słowa, pluralizmie opinii i dostępie obywatela do informacji, dały się już poznać z przemilczania niewygodnych wiadomości. Tak było chociażby z historią niedyspozycji Aleksandra Kwaśniewskiego nad grobami polskich oficerów w Charkowie, o której "Gazeta Wyborcza" milczała tak samo jak TVP.
Spór o nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji jest w gruncie rzeczy konfliktem dwóch grup polityczno-biznesowo-medialnych. Jednej w tle patronuje prezydent Kwaśniewski, drugiej premier Miller. Takiego podziału na polskiej scenie politycznej oficjalnie nie ma.
Nie zapominajmy jednak, że podobieństwo określeń "scena polityczna" i "scena teatralna" nie jest przypadkowe. Prawdziwe rozgrywki toczą się za kulisami. O ich przebiegu nie dowiemy się ani z głównego wydania "Wiadomości", ani z pierwszych stron dzienników. Chyba że znów spod dywanu wypadnie zagryziony buldog...

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki