Polityk jest jak mucha. Najłatwiej zabić go gazetą". Ten bon mot powtarzany jest w ostatnich miesiącach niemal nieustannie. Wobec słabości świata politycznego czwarta władza przejęła w Polsce rolę, jaką zwykle odgrywa opozycja...
Polityk jest jak mucha. Najłatwiej zabić go gazetą". Ten bon mot powtarzany jest w ostatnich miesiącach niemal nieustannie. Wobec słabości świata politycznego czwarta władza przejęła w Polsce rolę, jaką zwykle odgrywa opozycja polityczna, czyli kontroluje rządzących i formułuje alternatywne programy polityczne. Nie ma dnia, aby gazety, radio czy telewizja nie ujawniały kolejnych afer lub "afer", aby polityk nie znajdował się pod ostrzałem mediów. Jako dziennikarze powinniśmy się cieszyć z własnej siły, z tego, że nareszcie możemy w Polsce docenić rolę wolności słowa, nie tylko jako ochrony wątpliwego liberalizmu obyczajowego, ale jako parasola chroniącego obywateli przed nadużyciem władzy.
Tę radość musi mącić jednak świadomość, że siła rażenia mediów nader często wykorzystywana bywa w złych intencjach. Znany polityk powiedział kiedyś mało elegancko, że "im wyżej małpa wlezie, tym bardziej tylną część ciała odsłania". Media wspięły się bardzo wysoko, stając się graczem na głównej scenie politycznej. I zaczynamy dostrzegać, że coraz mocniej są one poddawane naciskom i manipulacjom świata polityki. A jest to tym łatwiejsze, że potęga wolnych mediów w Polsce wyrosła w dużej mierze na kredyt. Obywatele oczekują, że widoczna gołym okiem bezczelność i pazerność lokalnych elitek (boć przecież nie elit) zostanie ukarana. I mamy aferę starachowicką pokazująca jak na dłoni mechanizm korupcji powiatowej oraz jej związki ze szczytami piramidy władzy. Cała historia może wręcz służyć za podręcznikowy przykład gnicia struktur politycznych.
Cena prawdziwego słowa
Mamy też historię młodziutkiej dziennikarki agencji prasowej, która zapamiętała rozmowę z bardzo ważną panią minister (nota bene, też dziennikarką z zawodu) i jest o krok od spowodowania - paru zdaniami zeznań - głębokiego kryzysu rządowego. Oto bowiem została jak na dłoni pokazana technologia okłamywania opinii publicznej przez świat polityki.
I mamy historię paskudną. Wpuszczenia tak zwanego dziennikarskiego szczura przez rządowego doradcę (znów z zawodu dziennikarza). Wystarczyło kilka telefonów, by poważne gazety zaatakowały przewodniczącego komisji śledczej w sprawie Rywina, zarzucając mu konflikt interesów, gdyż jego żona pracowała przy ustawie badanej przez komisję. Aby było jeszcze zabawniej, w tej samej komisji zasiada spokojnie młodziutka pani poseł, która skutecznie zniszczyła lokalną gazetę w Pabianicach, bardzo jej nieprzychylną.
Świadomie nie używałem przed chwilą nazwisk bohaterów opisanych historyjek. Wszyscy wiedzą w większości wypadków, o kogo chodzi. Mnie interesuje jednak mechanizm, a nie opisane fakty.
Tak się składa, że piszący te słowa jest jednym z nielicznych przykładów względnie udanego balansowania na granicy dzielącej świat dziennikarski od politycznego. Nie pozwala mi to na udawanie obiektywizmu w różnych kwestiach politycznych. Często też unikam komentowania rzeczy i spraw, w których mógłbym być zbyt oczywiście stronniczy. Jednocześnie jednak doskonale znam mechanizmy nacisków i manipulacji, jakimi posługuje się świat władzy wobec świata mediów (a bywa, że i odwrotnie). Najpotężniejsze są naturalnie ukryte mechanizmy nacisku ekonomicznego. Gazety i stacje radiowe w Polsce, szczególnie te regionalne, są po prostu biedne. Najłatwiej jest zniszczyć niewygodnego wydawcę, odbierając mu reklamy bądź ogłoszenia, albo podnosząc czynsz za zajmowany lokal. Metoda taka nie jest wynalazkiem powiatowych działaczy partyjnych. Na wielką skalę stosował ją na Białorusi Aleksander Łukaszenka, wymuszając na drukarniach odmowę druku albo windowanie do absurdalnych cen kosztów wydawania opozycyjnych gazet. Czasem wystarczy odebranie gazecie ogłoszeń miejskich lub sądowych. Niekiedy potrzebny jest nacisk zaprzyjaźnionych z władzą firm. Cel jest jeden - przy użyciu mechanizmów ekonomicznych wykończyć przeciwnika. W jeszcze większej skali z tego mechanizmu korzystają potężne firmy. Mało kto, nawet z wielkich stacji telewizyjnych czy ogólnopolskich gazet, pozwoli sobie na krytykę Telekomunikacji, Poczty albo Ery czy Orlenu, dlatego, że są to najwięksi reklamodawcy. Z kolei poprzez powiązania polityczne wielkich firm bardzo często ludzie władzy naciskają na wydawców mediów. Ostracyzm reklamowy wobec "Życia" po publikacji "Wakacji z agentem" czy systematyczne zwalczanie "Gazety Polskiej" są tylko wierzchołkiem góry lodowej. Sam słyszałem opowieści przedstawicieli wielkich międzynarodowych koncernów, którzy dowiadywali się, że jeśli tu i tu zamówią kampanię reklamową, to mogą pożegnać się z lukratywnym zamówieniem rządowym.
Przeciek kontrolowany
Inny mechanizm to wykorzystywanie kontrolowanych przecieków. Konkurencja na naszym słabym rynku mediów jest tak ostra, że gazeta lub nadawca da się pokroić, by zdobyć wiadomość jako pierwszy. Polityk, mając dostęp do poufnych informacji, wybiera sobie medium, któremu je przekazuje, ale przekazuje to, co chce i tyle, ile chce. Jeśli gazeta nie ma możliwości sprawdzenia (a zwykle słyszy przy takiej okazji, że "oczywiście jeśli was to nie interesuje, to pójdę do..." i tu wymienia się konkurencyjny tytuł) szybkiego i solidnego, co znów jest funkcją posiadanych pieniędzy, to publikuje to, co dostała, wpadając w pułapkę sterowanej stronniczości. Czasem zresztą tej stronniczości nie skrywa, będąc zaangażowanym uczestnikiem gry pomiędzy politykami. Bywa, że nawet staje się ważniejsza od partii, którą popiera. Takim przypadkiem jest rola "Gazety Wyborczej" i Adama Michnika. Przez całe lata mówiło się o Unii Wolności jako o partii przy Gazecie. Teraz Gazeta stała się promotorem kompromisu historycznego lewicy laickiej i "światłych postkomunistów". Tracąc oczywiście przy tej okazji rolę obserwatora polityki na rzecz uczestnika partyjnej gry.
Lista niebezpieczeństw politycznych czyhających na wolne media jest daleko dłuższa od wymienionej przeze mnie. Dlatego tak ważne jest istnienie bufora w postaci mediów publicznych. Nie mam wątpliwości, że większość uczestników nieustającej awantury wokół publicznej telewizji w Polsce jest zainteresowana przejęciem tego medium, a nie jego niezależnością. Na szczęście większość, a nie wszyscy. Telewizja dworsko-rządowa, jaką mamy obecnie, jest zaprzeczeniem medium publicznego. To ostanie ma bronić zasady dziennikarskiego obiektywizmu. Dostaje różne przywileje, a przede wszystkim publiczne pieniądze właśnie po to, by nie była poddana naciskom opisanym wyżej. Medium publiczne zamiast zajmować się sensacjami i pornografią, powinno wyznaczać standard debaty publicznej. Wymuszając na innych podnoszenie poziomu. A jest zupełnie odwrotnie. Przecież wojna w sprawie Rywina jest w gruncie rzeczy walką o odejście Roberta Kwiatkowskiego i jego ekipy.
Zdetronizować Urbana
Siła mediów i ich znaczenie polityczne w Polsce mogą się stać ich przekleństwem. Dlatego tak ważną rzeczą, może nawet ważniejszą niż w innych krajach, jest pilnowanie zasad dziennikarskiej etyki. Banalna i drobna sprawa sterowanego przecieku skierowanego przeciwko Tomaszowi Nałęczowi powinna stać się sygnałem do samooczyszczenia się środowiska. Niedopuszczalne jest, by czasopisma czy programy redagowali ludzie będący funkcjonariuszami służb specjalnych (a to się zdarza). Należy stosować stare zasady ostracyzmu wobec gangsterów tego rynku. Niby niewiele, ale dopóki czytelnik będzie dostrzegał spoza zasłony dymnej informacji częściowych i nieprawdziwych jedynie fragment życia publicznego, dopóty nie powrócą do niego elementarne wartości. W końcu Samoobrona i Andrzej Lepper są też dziećmi chorego systemu informacji. A jego królem nie bez powodu pozostaje Jerzy Urban. Na koniec coś pro domo sua. Ogromna rolę w niezbędnym procesie oczyszczenia ma do odegrania prasa katolicka. Z natury rzeczy mamy stabilną grupę czytelników i dzięki oparciu w instytucji Kościoła nie jesteśmy tak bardzo uzależnieni od gry rynkowej. Jest nam łatwiej mówić, że czarne jest czarne, a białe jest białe. Polskie życie polityczne, a szerzej sfera publiczna jest chora. Bez jej oczyszczenia staniemy się trzeciorzędnym państewkiem wasalnym w Unii Europejskiej o statusie republiki bananowej. To nie jest perspektywa kasandryczna, tylko realne niebezpieczeństwo dnia dzisiejszego. Dyskusja o Konstytucji Europejskiej, żałośnie nieprofesjonalna i poddana politycznemu sterowaniu, dowodnie na to wskazuje. Żeby było inaczej, trzeba posłuchać wezwania mickiewiczowskiego księdza Robaka: "posprzątać dom dzieci".
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!











