Logo Przewdonik Katolicki

Eutanazja ducha

Piotr Krysa
Fot.

Obraz starszego człowieka przez speców od wizerunku został uznany za trudny do sprzedania. Z reklam i ekranów telewizorów jedna po drugiej znikają siwe głowy, które mogą jeszcze odnaleźć swoje publiczne miejsce w prasie, która nie stawia jedynie na jakość fotografii. Kult siły i młodości łatwiej sprzedać. Takie reklamy, podobnie jak papierosy, powinny być opatrzone wyraźnym ostrzeżeniem...

Obraz starszego człowieka przez speców od wizerunku został uznany za trudny do sprzedania. Z reklam i ekranów telewizorów jedna po drugiej znikają siwe głowy, które mogą jeszcze odnaleźć swoje publiczne miejsce w prasie, która nie stawia jedynie na jakość fotografii. Kult siły i młodości łatwiej sprzedać. Takie reklamy, podobnie jak papierosy, powinny być opatrzone wyraźnym ostrzeżeniem - nasze produkty nie uwalniają od starości i śmierci.


Czym więc jest kultura śmierci w czasie atakującego nas zewsząd kultu życia wyrażanego przez młodych, silnych i pięknych, chociaż najczęściej plastikowych herosów? Dlaczego osoba starsza może funkcjonować w tym zaprojektowanym publicznym świecie jedynie do momentu, kiedy wigorem nie ustępuje młodości?
Tylko pozornie wygląda to na sprzeczność, afirmując życie siłę i witalności, praktycznie skazuje na śmierć społeczną tych, którzy do tego wizerunku nie pasują. Nie bez powodu chirurdzy plastyczni starają się ratować za wszelką cenę pozory młodości gwiazd ekranu, a producenci rozmaitych preparatów przedłużających młodość, o ile nie zmuszają starszych aktorów w reklamówkach do biegania, to często każą im chociaż wsiąść na rower. Starość stała się tabu, a śmierć zaczęła należeć do innego świata, którego kultura stara się nadać sens śmierci na własne życzenie. Drugą stroną tego samego medalu jest już znacznie bardziej powszechne indywidualne przyzwolenie na narodziny. Nawet, kiedy pominiemy wszelkie szczególne sytuacje, które relatywizują poglądy ludzi na aborcję, nadal zostanie spora grupa tych, którzy taką decyzję pozostawiają jedynie własnej uznaniowości. Może nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że różnicują wartość życia, w zależności od jego cyklu, warunków w których przyszłoby je spędzić, stawiają się w roli sędziego, tak w cudzej, jak i we własnej sprawie.
To pułapka, która prędzej czy później postawi ich samych przed pytaniem o sens życia. Los bywa ironiczny i czasami dopiero u schyłku swojego ziemskiego istnienia przekonujemy się, że żyliśmy wbrew sobie, że źle wyznaczaliśmy priorytety, że zrealizowane cele osiągnęły cenę znacznie powyżej swojej wartości. Nie jest wcale dziełem przypadku, że pytania o sens życia najczęściej stawiają sobie ludzi prawdziwie religijni, ale oni wiedzą, że czas Wielkiego Postu nie jest li tylko sprawą technologii wstrzemięźliwego żywienia. Wielki Post to czas pytania o wartości, czas rozmowy z samym sobą, ale także z Bogiem. To także czas refleksji nad całą naszą społecznością.




















Polacy o Kohelecie


Pod koniec ubiegłego stulecia, ale także u progu Wielkiego Postu Anno Domini 1997 Centrum Badania Opinii Społecznej zapytało Polaków o sens życia, wartości i marzenia. Powstał z tego wielce ciekawy materiał, któremu autorzy nadali tytuł "Portret Polaka frasobliwego". Materiał z jednej strony nie najświeższy, ale z drugiej przemiany w obyczajowości nie zachodzą aż tak szybko, chociaż w chwili tak ważnych dla całego narodu polskiego decyzji przydałoby się takie badania powtórzyć. Na społeczne motywacje naprawdę warto spojrzeć nie tylko okiem ekonomisty. "Portret Polaka frasobliwego" to badanie raczej nietypowe, a i pytania opracowane w sposób interesujący, bo nieczęsto świeckie instytucje badają respondentów, prosząc o opinię na temat różnych wersetów wybranych z Księgi Koheleta, jednego z ojców zapisanej melancholii. Zdecydowana większość Polaków podziela najbardziej znany pogląd Eklezjasty - "Wszystko powstało z prochu i wszystko znowu w proch się obraca". Być może tutaj też kryje się część prawdy o zadziwiającej frekwencji w Środę Popielcową. Zdecydowanie mniej ankietowanych (58 procent) zgadza się z twierdzeniem o marności wszelkich ziemskich wysiłków - "Spojrzałem na wszystkie moje dzieła, których dokonały moje ręce i mój trud, który włożyłem w pracę. I oto: wszystko jest marnością i gonitwą za wiatrem". Nie bez znaczenia jest to, że taki pogląd pięć lat temu w największym stopniu towarzyszył emerytom i bezrobotnym, w najmniejszym prywatnym przedsiębiorcom oraz uczniom i studentom. Tu rzeczywiście pojawia się pytanie, czy aby nic się nie zmieniło? Prawie dwie trzecie ankietowanych (63 procent) przyznało, że zdarza im się myśleć, że to nie zdolności czy zasługi decydują o powodzeniu, karierze, ale przede wszystkim "odpowiedni czas i przypadek". Najrzadziej (50 procent) z wykorzystanych w badaniu myśli Eklezjasty badani podzielali tę o wiecznej powtarzalności zjawisk - "To co było, znowu będzie, co się stało, znowu się stanie. Nie ma nic nowego pod słońcem." Stosunek Polaków do Księgi Koheleta jawi się jako ciekawy materiał do przemyśleń nie tylko dla kapłanów, ale i dla polityków. Ciekawy również dla nas samych, katolików, chociaż musimy tu przypomnieć, głównie tym, którzy odwiedzają świątynię jedynie w Popielec, że zrozumienie chrześcijaństwa tylko w oparciu o Księgi Starego Testamentu to mniej więcej tak samo, jak wybrać się na wycieczkę krajoznawczą z Zakopanego do Kołobrzegu z mapą urwaną na wysokości Poznania.

Znamy odpowiedzi


Nietrudno zauważyć, że powyższe określenia "mniej" lub "więcej" i tak sytuują się w zasadzie powyżej połowy społeczeństwa. To oznacza, że na pewno, licząc demokratycznie, nie jesteśmy narodem bezrefleksyjnym i często myślimy o sensie życia. Z deklaracji badanych wynika, że częstotliwość tej refleksji zależy głównie od wieku, ale tego rodzaju kwestii wcale najczęściej nie rozważają osoby starsze, a wręcz przeciwnie - najmłodsze. Aż 55 procent badanych liczących do 24 lat przyznaje, że zdarza im się to dosyć często. Zdarza się to również emerytom i aż 57 procent bezrobotnych. Zatem jeszcze raz potwierdza się teza, że bezrobocie bardzo silnie działa na psychikę człowieka i stawia pod znakiem zapytania cel i sens życia. Rzadziej nad sensem życia zastanawiają się osoby zapracowane i, co ciekawsze, osoby z wyższym wykształceniem. Jednak najczęściej (61 procent) tego rodzaju przemyślenia pojawiają się w życiu osób głęboko wierzących i praktykujących nawet kilka razy w tygodniu.
Ponad połowa, bo aż 56 procent Polaków na pytanie o sens życia spontanicznie odpowiada, że jest nim rodzina, ale już tylko niecała jedna trzecia mówi o dzieciach i wnukach. Przy tej pierwszej odpowiedzi ankietowani podkreślali, że musi to być rodzina dobra i pełna miłości. Spośród 30 procent wskazujących dzieci jako cel swojego życia, 5 procent uważa, że najważniejsze jest dla nich w ogóle posiadanie dzieci, a 15 procent wskazuje na konieczność dobrego wychowania potomstwa. Bardzo wysoko w hierarchii wartości sytuuje się praca i oczywiście zdrowie. Jedynie co ósmy badany przyznaje, że jego życiowy cel ma wymiar czysto materialny.
Deklaracje i chęci powinny napawać optymizmem, ale praktyka życiowa często temu przeczy. Pewne światło na tę rozbieżność powinno rzucać to, że zaledwie 7 procent badanych jako cel życia podkreślało przede wszystkim wiarę w Boga, dążenie do zbawienia czy unikanie grzechu.

Krok do śmierci


Powyższe zestawienie nie oznacza oczywiście, że pewne priorytety wykluczają pozostałe, chociaż niektórych oczywiście pogodzić się nie da. Ktoś, kto stawia rzeczywiście po pierwsze na rodzinę, nie wyklucza wiary w Boga. Kłopoty zaczynają się wtedy, kiedy Jezus Chrystus spada po drabinie priorytetów na coraz niższe stopnie. Może się wtedy okazać, że wiele z pozostałych naszych wartości, mimo że nadal się ich nie wypieramy, gdzieś ginie albo zaczynamy się oszukiwać, przewartościowując cały system. Przykłady konfliktów wartości w naszym życiu można mnożyć, ale jednym z najbardziej popularnych współcześnie jest ten na linii kariera-rodzina. To oczywiście można pogodzić, ale kiedy niebezpiecznie przesuwamy środek ciężkości ku karierze cierpi na tym rodzina. Jedni to widzą i czują, inni zaczynają swoje małe samooszustwo w myśl hasła "kariera dla rodziny". Sytuacja się pogorszy, a reakcją człowieka bez wiary będzie jeszcze większe zaangażowanie w pracę, niż powrót do potrzebującej go rodziny. To klasyczny przykład przewartościowania, o który niejeden współczesny katolik otarł się zapewne osobiście.
To tylko początek drogi, która wymaga coraz większej relatywizacji elementarnych wartości zapisanych nie tylko w Kościele ale i w naturze. W obecnych czasach szczególnie dotkliwie przeżywają taką sytuację kobiety, bo potrzeby macierzyństwa oszukać się nie da.
Kolejnym przykładem "kreatywnego" podejścia do wartości jest stosunek do aborcji. Obrazują to inne badania CBOS, które w zależności od tego, jak sformułuje się pytania, czy chociażby zostanie w nich użyte same słowo "aborcja", zmieniają diametralnie rozkład odpowiedzi respondentów. Jeszcze bardziej, zdaniem samych statystyków opracowujących badania, takie zjawisko uwidacznia się przy pytaniu o eutanazję.
Negacja życia, odsuwanie Boga musi skutkować pytaniem o sens istnienia, a manipulowanie elementarnymi wartościami okazuje się być krokiem ku śmierci. Śmierci ducha czy człowieka? Trudno oceniać, co jest tak naprawdę bardziej przerażające.

Nie porzucajmy nadziei


Pytanie o sens i wartość życia towarzyszy człowiekowi od zarania dziejów i byłoby nadmiernym uproszczeniem sprowadzanie tego dylematu do czasów współczesnych, które być może jedynie nam zdają się takie nieludzkie i bezrefleksyjne. Nie można jednak lekceważyć zjawisk dokonujących się w świadomości współczesnych społeczeństw coraz bardziej tłumiących sferę ducha materialną pragmatycznością. Nie jest oczywiście przesądzone, że tak już będzie, bo śledząc historię narodów, kultur czy całych cywilizacji, można zauważyć pewną prawidłowość - po okresie obyczajowego rozluźnienia przychodzi okres wstrzemięźliwości, a po szalonych latach zachwytu nad ludzką inwencją - okres duchowej konstatacji i weryfikacji uprzednich osiągnięć. Nie oznacza to jednak, że wolno nam spocząć na laurach, bo czas obecny wymaga właśnie wzmożonej pracy ludzi ducha, głosicieli Dobrej Nowiny. Ksiądz Józef Tischner określił kiedyś melancholię jako chorobę braku nadziei. Melancholia z pewnością nie jest wynalazkiem współczesnym, bo wiek XX skupił się raczej na sposobach jej maskowania. Maskowanie jednak nie jest niczym innym, jak ukrywaniem prawdy tak samo społecznej, jak zupełnie indywidualnej. O tym, że udaje się to jedynie powierzchownie świadczy, zarówno plaga narkomanii i alkoholizmu, jak też lęk do posiadania dziecka i obawa przez starością, przed którą możemy uciec w śmierć na własne życzenie. I choć trudno stawiać na równi te wszystkie przykłady, to nie przypadkiem prawdziwa wiara ratuje ludzi z tragicznych nałogów i pozwala docenić "banalne" wartości życia. Jeśli ktoś odmawia sobie tej szansy, to zawsze może zamówić szklaneczkę najdroższej whisky w najdroższym lokalu, ale na jej dnie raczej nie znajdzie nadziei, tylko pragnienie.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki