18 stycznia zaczyna się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Czym tegoroczne wydarzenie będzie się różnić od poprzednich? Jego hasło brzmi: „Jedno Ciało. Jeden Duch. Jedna nadzieja” (por. Ef 4, 4), ale siłą tych dni jest cykliczne przypominanie o dążeniu do jedności…
– Jestem odpowiedzialny za te kwestie, jako przewodniczący Rady KEP ds. Ekumenizmu, od niecałego roku, robię to pierwszy raz. Kluczowy wpływ na program tego Tygodnia mają na pewno ci, którym powierzono przygotowanie rozważań i modlitw dla chrześcijan na świecie. Są to chrześcijanie z Armenii, czyli przede wszystkim Apostolski Kościół Ormiański, przedchalcedoński (odłączył się od Rzymu po Soborze w Chalcedonie w drugiej połowie V wieku), a także działające tam wspólnoty katolickie i protestanckie.
Armenia jest uważana za najstarsze państwo chrześcijańskie, już na początku IV wieku król Tridates III przyjął chrzest, uznając tę religię za państwową. Jest to zatem naród o bardzo starej tożsamości chrześcijańskiej. Ogromne znaczenie dla ewangelizacji Ormian miała posługa i świadectwo Grzegorza – z czasem nadano mu przydomek Oświeciciel. Światło, symbol przychodzącego Boga, pełni dużą rolę w tej tradycji, co widać w tekstach tegorocznych modlitw ekumenicznych. Ono pokazuje brak naszej jedności, ale zarazem pokazuje drogę do jej odzyskania.
Kto wybrał Ormian?
– Za organizację Tygodnia odpowiada Dykasteria ds. Popierania Jedności Chrześcijan w Watykanie i Światowa Rada Kościołów, w porozumieniu z lokalnymi Kościołami.
W zeszłym roku mieliśmy na łamach wywiad ze znakomitym ekspertem od chrześcijaństwa w Armenii, prof. Krzysztofem Stopką z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Apostolski Kościół Ormiański należy do Kościołów wschodnich, o których bardzo mało się u nas mówi. Jest ich kilkadziesiąt i prawie wszystkie są dużo starsze od Kościoła w Polsce. Na tym przykładzie dobrze widać, jak bardzo zróżnicowana jest nasza religia. Pierwsi apostołowie w Armenii to znani nam św. Bartłomiej i Juda Tadeusz. Niezależnie od tego istnieją aż 23 katolickie Kościoły wschodnie, nasz rzymskokatolicki nie jest jedyny! Czy da się zmienić świadomość Polaków, którym często brak tzw. wyobraźni ekumenicznej?
– Można to zmienić, a nawet trzeba. Jednak nie brałbym za punkt wyjścia poczucia winy, bo problem z różnorodnością wynika z naszej historii. Od początku mamy doświadczenie tożsamości katolickiej, obok nas są prawosławni, a z drugiej strony tradycja protestancka. Trzy wyznania stanowią nasz krąg życia, funkcjonowania na co dzień. Trudno się dziwić, że nie za bardzo orientujemy się w istnieniu wspólnot na Bliskim Wschodzie, w Azji oraz Afryce. Dziś jesteśmy na takim etapie rozwoju, że ludzie podróżują, migrują, spotykają się z innymi wyznaniami chrześcijańskimi, a nawet religiami i kulturami. Dowiadujemy się o nich z mediów, z internetu. Wzajemne poznawanie siebie, tego bogactwa chrześcijańskiej różnorodności, jest teraz dużo łatwiejsze niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu, czyli za PRL-u. Nawet urlop możemy wykorzystać do tego, aby otworzyć oczy i zobaczyć tradycję w nowym świetle. Jest ona dużo bogatsza niż tylko wersja rzymskokatolicka. Nasz obrządek jest łaciński, są też jednak inne.
Mamy w kraju sporo grekokatolików, to właśnie katolicki Kościół wschodni.
– W czasie sesji Synodu biskupów o synodalności w Rzymie papież Franciszek zainicjował liturgię w jednym z rytów wschodnich. Opowiadał o tym kard. Grzegorz Ryś, który w niej brał udział. Większość uczestników stanowili rzymscy katolicy obrządku łacińskiego, ale wielu z nich było zdumionych tym, że można się modlić w taki sposób – i to jest katolickie. Lepiej wykorzystać każdą okazję, jaka się pojawi, do poszerzenia swojej wyobraźni, niż załamywać ręce nad tym, że jest źle.
Jeśli – wbrew naturze – staliśmy się po II wojnie światowej zbyt monoreligijni, w efekcie wymordowania przez nazistów polskich Żydów, a potem przymusowych wysiedleń, teraz musimy włożyć więcej wysiłku niż inni, by ograniczenia przełamać. Kościół katolicki jest powszechny, globalny i różnorodny, a chrześcijaństwo – jeszcze bardziej. Mówię po prostu o tym, że z powodu historycznych uwarunkowań mamy realny kłopot z wcielaniem w życie nauczania Stolicy Apostolskiej. A bieda z Kościołami wschodnimi jest realna, nawet na konferencjach naukowych o ekumenizmie – na uczelniach katolickich – temat jest niemal nieobecny. Pozycja Kościoła dominującego zobowiązuje?
– Tak, w stu procentach się zgadzam. Pozycja dominująca może ułatwić otwartość na inne denominacje i wspólnoty, gdyż one nam nie zagrażają. Nie powinna być wykorzystywana jako pretekst do spoczęcia na laurach. Mówiąc kolokwialnie, „duży może więcej”, co trzeba rozumieć jako większe możliwości do rozpoczynania dialogu, a nie do ugruntowania swojej siły i przewagi.
U nas zlały się stereotypy religijne i narodowe, co doprowadziło do zbitki Polak-katolik.
– Dziś niezbędne jest ponowne przemyślenie związku Kościoła i narodu. Nie jesteśmy już pod zaborami, kraj jest wolny i suwerenny. Znaleźliśmy się w nowej sytuacji państwowej i politycznej. Na to dodatkowo nakłada się postępujący proces globalizacji, który wynika z postępu technologicznego i jest nieodwracalny. Jednak trzeba postępować ostrożnie, unikać gwałtownych ruchów. Pierwiastki chrześcijańskie to realna i bardzo wartościowa część naszej narodowej tożsamości. Jestem przekonany, że nie byłoby dobrze ją z wiary wydestylować. Ale potrzebne jest przemyślenie naszej katolickiej tożsamości.
Nie da się jej przenosić na kolejne pokolenia, pokładając ufność jedynie w tzw. christianitas, to znaczy chrześcijaństwa pojętego jako struktura kulturowa, obyczajowa, a nawet prawna. Ona sama się kontynuuje, odtwarza, jeśli tylko zabezpiecza się jej żywotność. Tyle że może po drodze zabraknąć ewangelizacji. Życie w „chrześcijańskim klimacie” nikogo nie czyni z automatu wyznawcą Chrystusa… Do tej pory to działało, zwłaszcza jeśli było związane z troską o niepodległość. Teraz, kiedy wiarę trzeba przekazać „z serca do serca”, jako osobistą i wybraną, bez pomocy „skrótów” zewnętrznych, jest problem. Pojawia się napięcie, dylemat – jak odejść od tego, co powierzchowne, tylko kulturowe, aby iść w głąb, a zarazem nie ulec logice wahadła, popadając w drugą skrajność? Sama kultura i wychowanie do wartości, do rytuałów, chociaż potrzebne, to jednak za mało. Jednak wiara rodzi się i rozwija we wspólnocie i odnosi się do prawdy zewnętrznej, transcendentnej i obiektywnej. Nigdy nie przetrwa jako indywidualne, jedynie subiektywne przeżycie, choćby było najbardziej szczere i intensywne.
Będąc katoliczką z nawrócenia, z wyboru, nie rozumiem nacisku na rytuały, moralność czy obronę struktur. Chrześcijaństwo z istoty jest relacją. Długo do tego dochodziliśmy, tak jednak uważają ostatni papieże, w tym Leon XIV. I pewnie nie ma szans na to, aby było inaczej, skoro Bóg jest Relacją Trzech Osób – to absolutnie nietypowy monoteizm. Człowiek jest stworzony na obraz Boga – Relacji, miłość do Boga też jest relacją (nie jednostronnym aktem woli), tak samo jak nakazana w najważniejszym przykazaniu Jezusa miłość bliźniego. Relacja wytycza inny kierunek niż stare dwie opcje: instytucja czy jednostka? Instytucja, rytuały to środki do celu, jakim jest miłość! Poplątały nam się priorytety. Kościół nie jest wartością sam w sobie, dla siebie.
– Zgoda. Postawienie sprawy w ten sposób, że wystarczy ocalić christianitas, aby wiara przetrwała, jest naiwne i nie działa. Widać to gołym okiem, nawet bez badań sekularyzacji. I działać nie będzie. Na pewno chrześcijaństwo nie jest też możliwe w formule niewcielonej, bez tego, co materialne i obserwowalne: struktury, obyczajów, kultury itd. Konieczne jest również to, aby wiara była stanem serca i konkretną duchowością, a także wyborem moralnym. Bez osobistego wyboru wiele rzeczy zewnętrznych będzie w środku pustych, pozornych.
Nie jest mi wstyd, nie czuję się zażenowany, że Polacy są kojarzeni z katolicyzmem. Bo to jest piękna, bardzo wartościowa tradycja naszego narodu, źródło pięknej wrażliwości. Jestem z tego dumny. Ta tradycja zasługuje na szacunek wszystkich, którzy uważają się za Polaków. Katolikiem jednak człowiek staje się przez chrzest i osobiście wybraną wiarę, a nie przez polskie obywatelstwo. Dziś jest to bardzo widoczne, że „transmisja polskości” nie pokrywa się z przekazem wiary, tak jak to silniej było widoczne w poprzednich pokoleniach. Dlatego trzeba jednak wyraźnie odróżnić Kościół jako wspólnotę wierzącą w Boga, misyjną, która głosi Dobrą Nowinę każdemu narodowi i każdemu człowiekowi, w kolejnym pokoleniu, od narodu z chwalebną nawet, potężną tradycją wiary katolickiej. Tradycja może wspierać ewangelizację, ale jej nigdy nie zastąpi. Taka pokusa zastąpienia ewangelizacji tradycją jest silna, gdy się doświadcza, że troska o tradycję jest dużo łatwiejsza niż ewangelizacja.
Naród jest widzialny, Bóg – nie. W naród nie muszę wierzyć... Żeby kogoś pociągnąć do Boga, trzeba go przekonać, że jest, mogę z Nim porozmawiać, że działa w moim życiu, jest żywy. Jeśli ktoś ma doświadczenie pobożności bez relacji z Bogiem, co ma przekazać? Wróćmy jednak do tematu, bo dialog z chrześcijanami jest czymś innym niż brak wiary. Braci i sióstr z innych Kościołów nie nawracamy, są czasem bardziej wierzący od nas. Podzieleni, tracimy natomiast wiarygodność. Papież Leon XIV napisał w grudniu list do uczestników konferencji katolicko-prawosławnej w Loppiano, apelując o zmianę języka: wzajemne wyrzucenie z niego epitetów „heretyk”, „schizmatyk”. W Polsce katolicy go usłyszą?
– Ucieszyłem się postulatem papieża. A te idee dotyczące zmiany języka znajdziemy już w Ut unum sint Jana Pawła II. Uważam jednak, że wymaga to pewnej refleksji, aby być właściwie zrozumianym. Jeżeli używamy terminów „heretyk” i „schizmatyk”, tworząc klimat ekskluzywizmu i poczucia wyższości („my jesteśmy prawdziwymi chrześcijanami, wy jesteście ci gorsi”), zgoda. Te słowa mogą budować wysokie mniemanie o sobie samym. Wiadomo, to nie ja zbłądziłem, ale ten drugi! Nie podziela mojej wiary, przynależności konfesyjnej. Narasta we mnie poczucie wyższości. Wiąże się z tym ocena, negatywny osąd, odrzucenie. Nie dostrzegam w drugim brata. Lituję się nad nim. Język kształtujący postawy tego typu, nie powinien mieć miejsca i musimy zacząć nad nim pracować. To wymaga – od nas katolików również – konkretnych zmian.
Co nie zmienia jednak faktu, że od wieków są między nami różnice. Nie jesteśmy jedno. Pierwotnie oddawały to właśnie terminy „herezja” i „schizma”. Zatem zmiana języka nie ma wpływu na to, że ustaną problemy wynikające z różnic. Dobrze byłoby uwolnić się od języka, który blokuje pojednanie. Brak jedności jest w takim samym stopniu – i po równo – problemem nas wszystkich, ludzi wierzących w Chrystusa. Patrząc na innych z góry, raczej podkreślamy, że problem ma wyłącznie ten, kto nie jest katolikiem. Zmiana języka jest uwspólnieniem problemu podziału, w poczuciu braterstwa. Doświadczamy pragnienia tej jedności, dążymy do niej, każdy ze swojej strony, robiąc krok w przód. Rezygnacja ze słów pełnych osądu, oceny, ma być po to, aby iść w tym kierunku…
Kiedy słucham Księdza Biskupa, znów mam wrażenie, że mamy zaburzone priorytety. Jeśli chcemy skupić się na prawdzie, a tak rozumiem podkreślanie „nie zapominajmy o faktach, herezja i schizmy istnieją”, to robimy to zazwyczaj kosztem miłości. Przykazanie jest jedno – najważniejsze: kochaj Boga i bliźniego jak siebie, a nie: mów ludziom prawdę na ich temat! Jeśli koleżanka ma nadwagę, mogę w prawdzie jej mówić co dzień: jesteś za gruba. Nigdy żadna życzliwa relacja nam z tego nie wyjdzie. Przez całe wieki kłóciliśmy się o prawdy, zamiast uczyć się kochać wzajemnie, a to po tym – jak uczy Jezus – mają nas rozpoznawać inni. Miłość jest pierwsza.
– Na pewno to też koleżanki nie zmotywuje do dbania o zdrowie. Nie zgodzę się z tezą, że prawda jest wrogiem miłości. W kontekście ekumenicznym prawda jest nazywaniem po imieniu tego, co nas łączy, i tego, co nas dzieli. Miłość jest tutaj nieodzowna, aby to, co nas dzieli, nie czyniło nas wrogami, a to, co nas łączy, napędzało dawanie świadectwa wobec świata.
Ekumenizm to jest ruch, postawa, wynikające z uznania faktu: nie jesteśmy w jedności. To, jak jest teraz, nie odpowiada woli Pana Boga. Dlatego nazywamy to problemem. Chcemy z Bożą pomocą jakoś go rozwiązać. Na pewno się to nie uda, jeśli nasze relacje będą wrogie, jeśli będziemy patrzeć na siebie z nienawiścią, pogardą. Zachowywać się agresywnie. Obrażać, dyskredytować, wyszydzać itd. Osądzanie, ocenianie, nie rozwija relacji braterskich. One po tylu wiekach rozłamu są skomplikowane, dlatego m.in. przez cały ten tydzień chcemy się modlić o łaskę pojednania. Bez Boga i Jego łaski to się nie uda. W tym sensie, jeśli brakuje w relacjach między nami miłości, jesteśmy na nią zablokowani, choćby przez używanie pogardliwego języka, trzeba to zmieniać.
Szukanie pojednania – co jest ważne – nie może się jednak odbywać bez prawdy. Ekumenizm nie może polegać na życzliwych rozmowach, w których jesteśmy grzeczni i nikogo nie chcemy urazić. Widzialnym znakiem jedności byłaby dla nas wspólna Eucharystia, a to jeszcze nie jest możliwe. Dlatego wspólnie się modlimy, organizujemy wspólne wydarzenia, działamy razem, żeby choć trochę zmniejszyć dystans między nami. Pojednanie jest długim procesem. O wiele łatwiej się podzielić, niż pogodzić.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















