Słowo Boże karmi, lecz kazanie może zabić

Homilia ma przybliżać słowo Boże, a nie być popisem ani wyrzutem frustracji. Od jej jakości zależy więcej, niż się wydaje – dobrze przygotowana buduje wiarę, źle wygłoszona potrafi zniechęcić i oddalić.
Czyta się kilka minut
Kazanie, rycina Cateriny Piotti Piroli na podstawie obrazu Giuseppe Molteniego, Wystawa Sztuk Pięknych w Mediolanie, 1845 r. fot. DEA/BIBLIOTECA AMBROSIANA/Getty Images
Kazanie, rycina Cateriny Piotti Piroli na podstawie obrazu Giuseppe Molteniego, Wystawa Sztuk Pięknych w Mediolanie, 1845 r. fot. DEA/BIBLIOTECA AMBROSIANA/Getty Images

W życiu wysłuchaliśmy wielu homilii i kazań. Niektóre nas budowały i podnosiły na duchu – wracaliśmy do domu nakarmieni słowem Bożym. W innych wypadkach wychodziliśmy z Kościoła zniesmaczeni albo zanudzeni słowami kaznodziei. Czasem kaznodzieja mówił tak długo, że traciliśmy wątek. Były też kazania lub nauki rekolekcyjnie, które niepokoiły, zadawały nam trudne pytania i wymagały, by odpowiedzieć na nie życiem.

Długie kazania to jeszcze nie koniec świata, ale wiemy z Dziejów Apostolskich, że są niebezpieczne i mogą człowieka zabić. Pewnego razu Paweł Apostoł, przemawiając podczas Eucharystii, mówił bardzo długo i kiedy „przedłużał mowę, [pewien młodzieniec] zmorzony snem spadł z trzeciego piętra na dół. Podniesiono go martwego”. Gdy Paweł przywrócił go do życia, wrócił na miejsce przewodniczenia, „łamał chleb i spożywał, a mówił jeszcze długo, bo aż do świtania” (Dz 20, 7–12). Ryzykowne są długie kazania, ale są tacy mistrzowie mowy, że lud, choć utrudzony słuchaniem, czuje się pocieszony i zmotywowany.

„Jako wdzięczny deszcz na suchą ziemię, tak słowo Boże na serca ludzkie padać ma” – pisał wybitny kaznodzieja Piotr Skarga. Przepowiadanie „nie jest po to, aby było słyszane, ale po to, aby było przeżyte” – przypominał ks. Józef Tichner. Ma ono pouczać i pocieszać, cierpliwie upominać i podnosić na duchu (por. 2 Tm 4, 2).

Głoszenie Słowa to nie refleksja i autopromocja

Ludzie każdej epoki potrzebują pocieszenia i chętnie słuchają słów, które podnoszą na  duchu. Natomiast pouczanie dorosłego człowieka w czasach demokracji nie jest najlepiej odbierane, wydaje się nie na miejscu. Bezpieczniej dzielić się z innymi osobistą refleksją niż nauczać z mocą. Czy jednak po to Jezus powołał apostołów, by szli na cały świat i dzielili się z ludźmi swoimi refleksjami?

Homilia, która ze swojej natury jest przybliżaniem wspólnocie słów Pisma Świętego, nie może być okazją do wylewania przed tłumem własnych frustracji. Nie jest też mową kogoś, kto próbuje zgadnąć, co się lepiej sprzeda. „Człowiek, który najpierw próbowałby odgadnąć, czego pragnie publiczność, a potem głosił to jako chrześcijaństwo tylko dlatego, że publiczność tego chce, byłby dość osobliwą mieszanką głupca i łotra” – pisał C.S. Lewis w książce O modlitwie. Listy do Malkolma.

Arcybiskup Józef Kupny i abp Wojciech Polak w niedawnych swoich wypowiedziach zwrócili uwagę na podobną tendencję wśród katolickich influencerów internetowych. „Ksiądz jest powołany do tego, aby wskazywać na Jezusa, a nie na siebie – przypomniał metropolita wrocławski. „Nie jesteśmy księżmi po to, aby oczy ludzi były w nas utkwione” – powiedział w Wielki Czwartek ksiądz prymas. Jezus nie potrzebuje „lajków”, lecz uczniów.

Wspólnota stołu

Greckie słowo homilia tłumaczy się jako „przebywanie razem, towarzyszenie”, a homilein oznacza wyjaśnianie czegoś w bliskiej relacji, wtajemniczanie osób w kontekście intymnej więzi. Homilia karmi ludzi zgromadzonych przy wspólnym stole.

Gdy Paweł Apostoł pisze, że „złe homiliae psują dobre obyczaje” (1 Kor 15, 33), ma na myśli czerpanie nauki z przebywania w złym towarzystwie. Dobra homilia jest ściśle związana z umacnianiem relacji nie tylko z Chrystusem, ale również między członkami wspólnoty. Homilii nie głosi się do niewiernych na areopagu, lecz we wspólnocie wiernych.

Poza wspólnotą homilia nie jest homilią. Nawet bardzo poruszające słowa kaznodziei na nagraniu w internecie nie zastąpią nauczania we wspólnocie, w której wierni są dla siebie braćmi i siostrami. Nie ma wiary w pojedynkę. W chrześcijaństwie istotą religii jest relacja, a homilia jest liturgiczną potrawą podaną do wspólnego stołu.

Kazanie natomiast, jak podpowiada nam znaczenie prasłowiańskiego kazati, jest ukazywaniem, uwidacznianiem, wskazywaniem, a także napominaniem, choć dalekim od moralizatorstwa. Nie powinno być wykładem akademickim ani autoprezentacją kaznodziei, lecz pokarmem dla wiernych. Od tego samego rdzenia kazati pochodzi dzisiejsze słowo „skaza”, które oznacza coś widocznego na gładkiej, jednolitej powierzchni. Nie chodziło tu pierwotnie o jakiś feler, lecz o to, co wybija się na pierwszy plan, co należy dostrzec i właściwie odczytać. Kazanie zwraca uwagę na to, czego ludzie do tej pory nie dostrzegali, lub wyjaśnia to, czego dostrzegając, nie rozumieli.

Głoszenie kazania to nie to samo co używane w przenośnym znaczeniu „prawienie komuś kazań”, ani też długa, nużąca przemowa przewodniczącego. To nie strumień świadomości, podczas którego charyzmatyczny mówca nie wie, jakie będzie jego kolejne zdanie.

Jakość, a nie bylejakość

Gdy przyjmuję zaproszenie do wygłoszenia nauk rekolekcyjnych w parafii, mam zawsze nadzieję, że proboszcz – przedstawiając mnie – nie doda, że podzielę się swoimi refleksjami. Tak się niestety zdarzało. Wtedy mówię do wiernych: Nie będę snuł żadnych refleksji. Będę was nauczał. Czy jesteście na to gotowi? Słowo Boże, które będę wam przybliżał, będzie wymagało od  as zmiany myślenia. Czy na to też jesteście gotowi? Wtedy widzę niepewność w ich oczach, które jednocześnie mówią: Damy mu szansę.

Praca kaznodziei to w dużej mierze przygotowanie i przećwiczenie przygotowanej wypowiedzi. Nie zgadzam się z twierdzeniem, że prawda się sama obroni. Gdyby tak było, kaznodzieja nie byłby w ogóle potrzebny. Ważne treści potrzebują adekwatnej formy przekazu, nie mogą być wypowiedziane byle jak.

Brak superwizji księży głoszących nauki rekolekcyjne, kazania i homilie oraz brak solidnej wiedzy biblijnej i umiejętności retorycznych powodują, że wierni są ćwiczeni w cierpliwości lub skazywani na poszukiwanie solidnej strawy duchowej poza wspólnotą. Jan Chryzostom ostrzegał, że jeśli kaznodzieja nie jest biegły w sztuce mówienia, diabeł może to wykorzystać i „splądrować owczarnię” (De Sacerdotio, księga IV).

Wiarygodność i moc słowa

„Niech mowa wasza będzie: tak – tak, nie – nie” (por. Mt 5, 37). W tych słowach Jezus nie mówi, że świat jest czarno-biały, że złych trzeba piętnować, a dobrych chwalić. Mówi tu o wiarygodności człowieka i jego słów, o jego autorytecie.

W sztuce kaznodziejskiej wiarygodność jest kluczowa. Słowo Boże ma moc, gdy jest głoszone przez autentycznych ambasadorów Bożej miłości, którym zależy i którzy są świadkami tego, co głoszą. Jakość i wiarygodność muszą iść w parze.

Kościołowi potrzebni są wiarygodni kaznodzieje, a nie czarodzieje słowa, którzy potrafią oczarować tłum swoimi oratorskimi umiejętnościami. Gdy w świecie nie ma już nic „na słowo”, gdy niewiele ono znaczy, gdy każdy je inaczej pamięta lub inaczej rozumie, kaznodzieja powinien zawalczyć o wiarygodność swojego przesłania.

Już za czasów Jezusa słowa traciły na wartości. Szczerość przestawała się opłacać. Prostotę zaczęły zastępować konwenanse i zarozumiałość. Skromność stała się zabiegiem manipulacyjnym, a prawdomówność przegrała z populizmem. I dzieje się tak nadal. Aby nasze słowa przekonywały, powołujemy się na Boga, papieża, sondaże, ulubioną telewizję, przeczytany ostatnio artykuł.

Dzisiaj nie ma już nic „na słowo” i tęsknimy za ludźmi, na których zdaniu moglibyśmy polegać, których można obdarzyć zaufaniem bez legitymowania i lustrowania. Ewangelista Mateusz, przywołując dwa proste słowa Jezusa „tak” i „nie”, przypomina, że warto zawalczyć o bycie osobą wiarygodną.

Nie wystarczą zasięgi w internecie, tytuł naukowy i pogłębiające dystans szaty, by uchodzić za osobę wiarygodną. Nie wystarczy odwoływanie się do ludzkich emocji. Potrzebne jest świadectwo życia i przede wszystkim wewnętrzna wolność, by dobrze przygotowane i przemodlone kazanie było wymagającym wyzwaniem, słowem penetrującym ducha, zmieniającym myślenie, a nie tylko miodem na ludzkie serca.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.

Co otrzymujesz w subskrypcji?

- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów

- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym

- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej

- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online

- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży

- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF

Najlepsza cena

Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.

- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł

↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 16/2026