Sychów to największe blokowisko Lwowa, kilka kilometrów na południowy wschód od centrum miasta. Wieczorem 8 lipca przed jeden z bloków podjechało kilka furgonetek TCK (Terytorialne Centrum Kompletowania), formacji odpowiedzialnej za nabór rekrutów na rosyjski front. Funkcjonariusze chcieli ująć na miejscu mieszkającego tam młodego mężczyznę, który notorycznie uchyla się od służby wojskowej. Nie udało się. Dzięki sprawnie działającej poczcie pantoflowej z otaczających bloków wyskoczyło kilkuset osiłków, równieśników poszukiwanego, i ruszyło na mundurowych. Wywiązała się regularna bitwa, w trakcie której przewrócono furgonetki. Są poważnie ranni po obu stronach, na szczęście nikt nikogo nie zabił.
To najpoważniejszy jak dotąd incydent narastającej fali sprzeciwu wobec poboru do wojska. I nic nie zapowiada rozwiązania. Władze Ukrainy muszą się teraz zdecydować na krok szybki, odważny – i jednocześnie rozsądny. Nikt nie wie jaki, lecz wszyscy wiedzą, że jest niezbędny.
Armia w dwóch trzecich pusta
Problem z niechęcią do poboru oraz unikaniem go jest widoczny od początku tej ponad czteroletniej wojny. Lecz z każdym rokiem występuje coraz silniej, a ostatnie miesiące dają już sygnał czerwonego światła. O ile w 2022 roku, roku moralnego wzmożenia w walce o samo istnienie państwa, zjawisko przemocy wobec rekruterów praktycznie nie istniało (odnotowano pięć przypadków), o tyle w 2024 roku takich incydentów wykazano już 118, zaś w roku ubiegłym aż 341. Na oko widać, że w roku bieżącym zjawisko to jest rekordowo silne. I rekordowo kłopotliwe.
Według sondażu z marca 2025 roku prawie 60 proc. mieszkających na Ukrainie obywateli odnosi się z sympatią do osób uchylających się od wojska, a jedynie niecałe 40 proc. widzi w takim zachowaniu powód do wstydu. Te liczby alarmują.
Z drugiej strony, liczebność przeciętnej ukraińskiej jednostki wojskowej sięga dziś zaledwie jednej trzeciej wymaganego stanu osobowego. Państwo nie radzi sobie z powoływaniem własnych obywateli – i jest tego stanu rzeczy co najmniej kilka przyczyn.
Po pierwsze, przestarzały system weryfikacji obywateli. Stary, sowieckiego jeszcze chowu model dystrybucji kart powołania już nie działa, gdyż możliwość pocztowego wyegzekwowania powołania do wojska kogoś, kto na przykład od trzech lat siedzi na budowie w Polsce (albo udaje, że tam siedzi), jest praktycznie niewielka. Drugą przeszkodą jest korupcja, a ta występuje wszechobecnie. Nie trzeba uciekać na zachód Europy, aby uniknąć wcielenia do armii – wystarczy łapówka dana lekarzowi lub oficerowi z komisji poborowej. Są tu nawet niepisane cenniki.
Osobnym problemem jest postawa zakładów pracy, które na wszelkie sposoby próbują wyreklamować z wojska swoich pracowników. To dla rządzących kłopot wyjątkowo trudny, bowiem fabryki też przecież działają dla dobra i bezpieczeństwa państwa. I czasem naprawdę nie wiadomo, gdzie obywatel jest pilniej potrzebny – czy w okopach, czy też jako specjalista, przy warsztacie pracy.
Bohaterowie już nie żyją
Efekt? Dwa miliony niezarejestrowanych młodych mężczyzn oraz 200 tys. dezerterów. Tylko od listopada zrzuciło nielegalnie mundury ponad 56 tys. Ukraińców! Z czego 80 proc. uczyniło to jeszcze podczas szkolenia. Dodajmy do tego ćwierć miliona ich rówieśników (dane z 2024 roku), którzy unikają poboru za granicą.
Jesienią 2024 roku parlament ogłosił nawet swoistą amnestię dla tych spośród dezerterów, którzy dobrowolnie i w stosownym czasie powrócą do jednostek. Z tej wyjątkowej okazji skorzystało jednak stosunkowo niewielu: w ciągu pierwszych ośmiu miesięcy ubiegłego roku zaledwie niecałe 30 tys. uciekinierów. Problem pozostał.
Można go wyjaśnić na dwa sposoby – broniący racji państwa oraz racji obywatela. Z jednej strony nie można się dziwić walczącej o byt Ukrainie, że w sposób desperacki, a nawet brutalny werbuje ludzi na front. W mediach społecznościowych krążą dziesiątki filmików, na których umundurowani funkcjonariusze TCK siłą wrzucają do furgonetek rękami i nogami broniących się młodzieńców. Robi to wrażenie, lecz niby jak mają te formacje chwytać maruderów, jeśli nie brutalną siłą? Przecież jest wojna. Pamiętajmy też, że pokolenie entuzjastów, którzy z pieśnią na ustach szli walczyć za Mariupol czy Bachmut, już zostało tam wybite. Bohaterowie już nie żyją. A walczyć trzeba nadal – siłami, jakie się ma. Ludźmi dalekimi od heroizmu, często tchórzliwymi, czasem nawet podłymi.
Zamiast rusyfikacji – busyfikacja
Z drugiej jednak strony za stawiającymi opór masami stoją poważne racje moralne. Przede wszystkim egzystencjalna świadomość wyboru: jeśli nie dam się schwytać, będę żył w zagrożeniu i poczuciu dyskomfortu, jeśli dam, prawdopodobnie szybko zginę na froncie – i nic to w ogólnej sytuacji nie zmieni. Wśród milionów niewykształconych Ukraińców daje się już słyszeć groźne pomruki, jakie wiosną 1917 roku wydawali prości Rosjanie. Wiadomo, do czego doprowadziło to światowe przecież mocarstwo. Rewolucję zaczęli żołnierze, którzy na niemieckim froncie cisnęli karabiny do okopów i spontanicznie wrócili koleją do domów, buntując po drodze Piotrogród i Moskwę.
Sprzeciw wywołuje też rosnąca świadomość (szerzą ją głównie sami dezerterzy), że na front posyłane są w pośpiechu falangi niewyszkolonych i niedozbrojonych młokosów. „Mięsne szturmy”, o których wieści dochodzą nas z Rosji, są także, niestety, zjawiskiem powszechnym w armii Ukrainy.
Na koniec, brutalność TCK – przed chwilą usprawiedliwiana przez autora – nie zawsze jest potrzebna i nie zawsze skierowana przeciw tym, co trzeba. Na ulicach ukraińskich miast zwyczajnym widokiem są ordynarne łapanki rekrutów. Ukraińcy, widząc ludzi przypadkowo wciskanych do busów żandarmerii, ukuli nawet na to specjalny termin: dawniej mieliśmy rusyfikację, teraz nastała busyfikacja.
Reformator zbyt popularny
25 marca minister obrony narodowej Mychajło Fedorow zapowiedział szeroko zakrojoną reformę systemu rekrutacji. Miała ona polegać na objęciu maksymalnie dużej liczby potencjalnych poborowych systemem weryfikacji elektronicznej. Ogłoszono nadto, że jest to wstęp do radykalnej przemiany struktury armii: zamiast obowiązkowego poboru będzie ona uzupełniała stany przez kontrakty.
Fedorow wszedł do rządu w 2019 roku jako najmłodszy w historii ukraiński minister, miał bowiem wtedy zaledwie 28 lat. Dał się poznać jako obiecujący informatyk i skuteczny zarządca dużych zespołów badawczo-rozwojowych. Jako taki zyskał wśród Ukraińców niespotykanie dużą popularność, w pewnym momencie wyprzedzając pod tym względem nawet prezydenta Zełenskiego.
Cóż z tego, skoro na początku lipca Fedorow zmuszony został do dymisji. Na Ukrainie, w odróżnieniu od nas, prezydent ma wpływ, i to decydujący, na poczynania rządu, dlatego ogół opinii publicznej – nie bez racji – wini za to prezydenta. 17 lipca Kijowem wstrząsnęły potężne uliczne manifestacje w obronie usuniętego ministra. Był to sygnał silny na tyle, że Zełenski w odpowiedzi poszedł na kompromis i 21 lipca… usunął naczelnego dowódcę armii, rodowitego Rosjanina Aleksandra Syrskiego. Tego samego, który w lutym 2024 roku zastąpił na owym stanowisku innego popularnego Ukraińca, Wałerija Załużnego. Syrski z Fedorowem darli koty, z kolei Załużnego i Fedorowa łączy jedno: zbyt duża popularność, a tego prezydent, jak widać, nie lubi. Syrski był pod tym względem nienaganny, bo nie dał się polubić, szczególnie za szafowanie ukraińską krwią w Bachmucie.
Wołyń trampoliną do frontowych sukcesów?
Co teraz zrobi Zełenski? Nie wiadomo. Trudno nawet powiedzieć, czy zapowiedziana przez Fedorowa reforma będzie wdrażana w życie. Prezydent, poza dronami – flagowym projektem Ukrainy, nie ma tu dużo możliwych ruchów.
Jest co prawda jeden atut – choć nie wiadomo, czy należy się z niego cieszyć. Ogólnie defensywna postawa Ukraińców wobec własnej armii, przestarzałej i skorumpowanej, nie dotyczy jednostek takich, jak na przykład Brygada „Azow”. Nacjonalistycznych, opartych na kulcie Bandery. Formacje te, co ważne, nie zostały przez Ukrainę odziedziczone po armii sowieckiej, lecz powstały oddolnie, z woli społeczeństwa, i już jako ukształtowane zostały wcielone w struktury wojska ukraińskiego. Dlatego „Azow” i pokrewne im militarne formacje nie mają żadnych problemów z rekrutacją, młodzi ludzie garną się tam dobrowolnie i chętnie.
We wrześniu ubiegłego roku Zełenski mianował generałem brygady półlegendarnego już wodza „Azowa” (słowo „wódz” jest tu jak najbardziej na miejscu) Andrija Biłeckiego. To dziwny człowiek: z jednej strony zagorzały ukraiński nazista, z drugiej – zwolennik współpracy z Polakami.
Czego nie można powiedzieć o samym Zełenskim, który, jak widać ostatnio, z eskalacji konfliktu z Warszawą chce zrobić trampolinę do militarnych sukcesów Ukrainy na froncie rosyjskim. Lecz chyba mu się to nie uda. Rewolucji 1917 roku też nie udało się stłumić za pomocą wiernych carowi Kozaków. Liczy się to, czego chce naród.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Zyskaj codzienny dostęp do wartościowych treści, które pomagają lepiej rozumieć świat, wiarę i współczesne wydarzenia — gdziekolwiek jesteś i kiedy tylko chcesz.
Co otrzymujesz w subskrypcji?
- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów
- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym
- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej
- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online
- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży
- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF
Wypróbuj bez ryzyka
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu i sprawdź wszystkie możliwości serwisu.
Po okresie próbnym subskrypcja kosztuje tylko 19,90 zł miesięcznie.
↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.
Subskrypcja roczna

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.
Co otrzymujesz w subskrypcji?
- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów
- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym
- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej
- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online
- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży
- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF
Najlepsza cena
Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.
- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł
↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.















