Młodzieńcze zauroczenia wielu z nas wspomina z mieszanką sentymentu i zawstydzenia. Nie warto się od tych wspomnień odcinać – szkolne miłości i nastoletnie flirty są ważnym elementem ludzkiego rozwoju, a pierwsze miłosne relacje mają wpływ na to, jakie relacje budujemy w dorosłości.
Nasze tunele czasoprzestrzenne
Pewnego czasu po internecie krążył „ewangelizacyjny” mem, który zawierał pytanie: jeśli Bóg nie istnieje, to kto ochronił cię przed ślubem z twoim eks? Pod obrazkiem można było znaleźć wiele komentarzy, których autorzy wyrażali wdzięczność wobec Opatrzności (lub sprzyjającego losu) za to, że relacja z byłym partnerem zakończyła się odpowiednio wcześnie. Obecnie mało która osoba wiąże swoją przyszłość i zakłada rodzinę z pierwszym chłopakiem czy pierwszą dziewczyną, z którymi połączyła nas nić romantycznego uczucia (a tym bardziej jednostronne zauroczenie). Sama popularność internetowego obrazka oraz liczba emocjonalnych komentarzy pod nim stanowi jednak kolejne potwierdzenie bardzo istotnej życiowej prawdy: pierwsze zakochania, szkolne flirty i nieporadne związki, które próbujemy budować jako dzieci i nastolatkowie, „żyją” w nas jeszcze długo po tym, jak osiągniemy życiową stabilizację. Wspomnienie nieszczęśliwej miłości sprzed lat albo przywołanie w myślach spaceru po łąkach, który odbyliśmy z sympatią z podstawówki, stanowi niekiedy psychologiczny tunel czasoprzestrzenny, za sprawą którego znów spotykamy młodzieńczą, pełną sprzecznych uczuć i często nieco naiwną wersję siebie sprzed ślubu, dzieci, kredytu i pracy na etacie. Osoba, którą jako pierwszą obdarzamy romantycznym uczuciem, zwykle jest przez nas pamiętana przez wiele lat – a często nawet do końca życia. To, jak potoczą się losy naszej pierwszej miłości, ma również wpływ na nasze późniejsze miłosne wybory, na przekonania dotyczące osób odmiennej płci oraz na to, czego właściwie oczekujemy od związku. Bolesne odrzucenie przez pierwszą miłość, np. związane z upokorzeniem i kłamstwem, może sprawić, że trudno będzie nam zaufać osobie ubiegającej się o nasze względy – z kolei generalnie pozytywne wspomnienia związane z pierwszym zauroczeniem przyczyniają się do utrwalenia przekonania, że w relacjach damsko-męskich możemy czuć się bezpiecznie.
Zatopiony brylant i miłosne wybory
Pierwszy chłopak czy dziewczyna (lub pierwsza osoba, którą chcielibyśmy widzieć w tej roli) bywa także punktem odniesienia podczas późniejszych poszukiwań miłości: czasami nawet nieświadomie dążymy do tego, by życiowy partner był podobny do ukochanego sprzed lat – kiedy indziej próbujemy unikać osób, które choć w pewnym stopniu przypominają szkolną sympatię. Nie wiemy dokładnie, jak potoczyły się losy Rose, głównej bohaterki superprodukcji Jamesa Camerona Titanic, po dotarciu przez nią do Ameryki. Możemy jednak przypuszczać, że ocalała z katastrofy kobieta związała się z mężczyzną podobnym do tragicznie zmarłego Jacka, czyli kimś, kto rozumiał jej pragnienie osobistej wolności i nieco buntowniczą naturę – jednocześnie dziewczyna zapewne unikała mężczyzn kontrolujących i zarozumiałych w typie Caledona Hockleya. Scena zatopienia w ciemnych wodach Atlantyku wartego fortunę brylantu (wywołująca konsternację u spłacających kredyty widzów) oraz słowa, iż Jack „uratował jej życie w każdym znaczeniu tego słowa” stanowią fikcyjny, choć wyrazisty zapis tego, jak bardzo pierwsze romantyczne uniesienia potrafią kształtować nasze dalsze życie. Młodzieńcze zauroczenia dostarczają także cennych informacji na temat przebiegu rozwoju psychoseksualnego osoby i jego ewentualnych zakłóceń. Przykładowo; dziewczyna, której imponują chłopcy bardzo agresywni i władczy, może „dryfować” w kierunku zaburzenia określanego mianem osobowości zależnej, natomiast zainteresowanie młodego chłopaka dużo starszymi kobietami przy jednoczesnej pogardzie wobec rówieśniczek może sugerować, że dorasta on w rodzinie, w której międzypokoleniowo przekazywany jest brak szacunku wobec kobiet z wyłączeniem matki czy babć. Na terapeutycznych i seksuologicznych kozetkach czy fotelach temat pierwszych miłości jest zatem nie mniej ważny niż tematy związane ze zdrowiem intymnym czy prokreacją. Rodzice, którzy chcą lepiej rozumieć swoje dziecko i być dla niego prawdziwym oparciem, nie powinni bagatelizować tematu pierwszych zauroczeń i – choćby trwających kilka dni – związków swoich dzieci.
„Jeszcze nie raz się zakochasz!”
Dziecko przychodzące do domu i obwieszczające, że ma chłopaka, dziewczynę lub że doświadczyło zakochania, nierzadko mierzy się z ironicznymi komentarzami i docinkami ze strony osób dorosłych. Zauroczony kilkulatek słyszy, że przecież „jeszcze wiele razy się zakocha”, „taka miłość kończy się po dwóch dniach” czy „absztyfikanta to można mieć po maturze”. Tego typu cyniczno-agresywne reakcje dorosłych wynikają bardzo często z lęku przed dorastaniem własnych dzieci (które konfrontuje nas z własnym starzeniem), obawami przed konsekwencjami niewłaściwego lokowania uczuć oraz przekonania, że romantyczne uczucia kilkulatków (czy nawet nastolatków) zazwyczaj nie są trwałe. Faktem jest, że większość zauroczeń, których doświadczamy w latach szkolnych, szybko przemija – ale to nie oznacza, że uczucia dziecka, choćby najbardziej płoche, nie zasługiwały na szacunek. Pierwsze zauroczenia pełnią istotną rolę w dorastaniu człowieka, a reakcja rodzica na wieści o młodzieńczych relacjach miłosnych warunkuje to, czy w przyszłości dziecko podzieli się z nim informacjami o ważnych wydarzeniach w swoim życiu i czy dopuści go do świata swoich emocji. Dziecko, które ma dwanaście lat i deklaruje, że właśnie znalazło przyszłego męża lub żonę, zasługuje na rozmowę o tym, kim jest jego „wybranek”, jak się przy nim czuje i co sprawia, że akurat ta osoba wydaje się córce lub synowi atrakcyjna. Pierwsze zauroczenia to wspaniały pretekst do rozmowy o szacunku, którym powinny wzajemnie obdarzać się osoby będące ze sobą w bliskiej relacji oraz o odpowiedzialności, z jaką wiąże się miłość. Nie chodzi tu oczywiście o wykład na temat znaczenia przysięgi małżeńskiej, którą prawdopodobnie dziecko złoży za wiele lat komuś zupełnie innemu, ale o to, by wytłumaczyć dziecku, że jeśli dwie osoby chcą być razem, to powinny uważnie słuchać siebie nawzajem i dbać o swoje dobro. Odnosząc się z życzliwym zaciekawieniem i akceptacją do emocji dziecka, uczymy je także postawy przyjmowania i rozumienia własnych uczuć – to, jak traktujemy wewnętrzny świat latorośli, rok po roku zmienia się w sposób jego traktowania samego siebie. Możemy być też niemal pewni, że dziecko w pewnym momencie doświadczy bólu nieszczęśliwej miłości. Uciekając przed tematem związków i zauroczeń, nie uchronimy dziecka przed złamanym sercem – przeciwnie, to traktowanie tego tematu jako naturalnej części życia pomaga dziecku budować odporność psychiczną i świadomość, że nawet jeśli zostanie odrzucone i zranione, to może liczyć na naszą obecność i wsparcie. Łagodne i empatyczne podejście do młodych „zakochańcow” powinno cechować nie tylko rodziców, ale także nauczycieli. Ważne jest, by pedagodzy stanowczo reagowali, gdy pod adresem „mających się ku sobie” młodych ludzi ktoś rzuca zawstydzające żarty i nuci prześmiewcze piosenki typu: „Jacek i Barbara, zakochana para, siedzą na kominie i całują świnie ”. Uczucia – w tym te romantyczne – nie są powodem do wstydu, lecz częścią społecznego funkcjonowania niemal każdego człowieka na świecie.
Nenufary muszą zwiędnąć
Większość Czytelników pamięta zapewne popularność Naszej Klasy, czyli polskiego portalu społecznościowego, który w swoim przekazie opierał się na sentymencie i nostalgii. Za pomocą tego medium można było w łatwy sposób odnaleźć znajomych z dawnych lat, wymienić z nimi wiadomości czy posiadane zdjęcia z okresu podstawówki czy liceum (oczywiście w dobie Facebooka czy Instagrama te opcje nie wydają się spektakularne, jednak dwie dekady temu przyprawiały wielu badaczy własnej przeszłości o zawrót głowy). Jednym z efektów popularności NK i odnawiania kontaktów ze znajomymi ze szkolnej ławy był także powrót do świata dawnych sympatii i zauroczeń, które budziło niekiedy niepokój obserwatorów. Rzecz jasna porzucanie współmałżonków dla miłości sprzed lat nie stało się – wbrew niektórym tabloidowym artykułom – zjawiskiem masowym. W istocie jednak w internecie i poza nim można znaleźć świadectwa osób, w których życiu za sprawą mediów społecznościowych (nie tylko NK, która zaprzestała działalności parę lat po powstaniu) pojawiły się osoby, z którymi niegdyś łączyło je „coś więcej”. Wiadomym jest zaś, że kiedy w drzwiach staje nasza upostaciowana przeszłość, w życiu zwykle pojawia się chaos: i rzeczywiście, spotkania z dawnymi sympatiami po wielu latach doprowadziły niejedną osobę do zadania sobie pytań w stylu „co by było, gdybyśmy wtedy nie zerwali pod wpływem impulsu?”, „czy chłopak, którego kochałam na początku technikum, nie byłby bardziej odpowiedzialny niż mój mąż?”, „czy gdybym wcześniej wyznał uczucia dziewczynie, którą podziwiałem, bylibyśmy dziś razem?”. W pewnych momentach życia – na przykład podczas relacyjnych kryzysów, przytłoczenia obowiązkami lub w chwilach odczuwanej samotności – takie rozważania mogą doprowadzić do nieprzemyślanych decyzji o przeprowadzeniu życiowych rewolucji. Zazwyczaj tego typu działania oraz idealizacja przeszłości nie prowadzą jednak do życiowego spełnienia. W rzewnym wspominaniu ukochanego z liceum nie musi chodzić wcale o tęsknotę za realną osobą, do której niegdyś „czuliśmy miętę”. Tęsknota za eks czy pierwszą miłością to zwykle raczej sentyment wobec minionej wolności (którą również idealizujemy) oraz młodą i nieco szaloną wersją samego siebie. Barbara Niechcic najprawdopodobniej nie osiągnęłaby szczęścia, nawet gdyby po latach uciekła od Bogumiła z panem Toliboskim. Jej utrzymujący się latami podziw dla tego (przyznajmy, czarującego!) mężczyzny nie miał wiele wspólnego z racjonalizmem. Przez Barbarę przemawiała raczej tęsknota za poczuciem własnej wyjątkowości, które przecież pojawiłoby się w każdym z nas, gdyby ktoś przyklęknął przed nami z naręczem własnoręcznie zerwanych nenufarów. Nawet najpiękniejsze kwiaty muszą jednak zwiędnąć, a młodość – jak śpiewał Jacek Kaczmarski w – nomen omen – Naszej klasie, „szybko się zabliźnia”. Pozostając w medycznej konwencji: zdolność do tworzenia blizn jest ważną „umiejętnością” zdrowego ludzkiego organizmu, dzięki której możemy przetrwać pomimo zadawanych nam w różnych okolicznościach ran – i wybierać na partnerów te osoby, których postawa działa na nie jak kojący opatrunek.
Próby rozpaczliwego powrotu do tego, co bezpowrotnie minęło i utrzymującą się idealizacja dawnych miłości nie zatrzyma biegu życia, a może sprawić, że przestaniemy dostrzegać to, co pięknego udało nam się zbudować w dorosłości.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











