Szkoły z internatem. Samodzielność czy wygnanie?

Liceum czy technikum z internatem może być sprzymierzeńcem rodziny w procesie kształtowania młodego człowieka – ale nie powinno stawać się substytutem rodzicielskiego zainteresowania życiem córki lub syna. Nie dla każdego jest też dobrym rozwiązaniem.
psycholożka, psychoterapeutka
Czyta się kilka minut
il. Jan Kłużny
il. Jan Kłużny

Szkoła z internatem może być dla młodego człowieka wspaniałą przygodą, a czas w niej spędzony – czasem odkrywania własnego potencjału. Należy przy tym pamiętać, że nie dla każdego dziecka i nie dla każdej rodziny nauka z dala od domu stanowi bezpieczne rozwiązanie.

Fantazje o wolności 

W popularnych – teraz lub przed laty – tekstach kultury szkoły z internatem jawią się jako miejsca, w których przeżywa się niezwykłe przygody, nawiązuje trwałe przyjaźnie oraz buduje własną asertywność. Internat w zbiorowej wyobraźni stanowi swoistą ziemię niczyją – nie sięga tam autorytet rodziców, a zasady tworzone przez nauczycieli aż proszą się o to, by próbować je złamać. Korytarze internatów w Tajemnicy Abigel, Buszującym w zbożu, Dziwnych przypadkach w Black Holsey High czy wreszcie sadze o przygodach Harrego Pottera tętnią skrywaną przed dorosłymi popędowością, młodzieńczymi sekretami i konfliktami, które „ustawiają” nieformalną hierarchię między uczniami. Szkoły z internatem nierzadko fascynują dzieci, niepokoją dorosłych i pociągają młodzież, która pobyt w tego typu placówkach postrzega jako rodzaj legalnej ucieczki od domowych obowiązków, rodzicielskiego nadzoru i samotności. Mało które inne miejsce jawi się przecież jako tak „gęste” od relacji, jak właśnie internat – przybytek młodości, swobody i postępującej z każdym rokiem niezależności. Jednak na przekór młodzieńczym fantazjom (i dorosłym lękom) szkoły z internatem zawierają w sobie również to, przed czym wielu młodych ludzi chciałoby uciec: powtarzalną codzienność, dyscyplinę oraz konieczność nauki. 

Nadmiar samodzielności 

Jedna z najbardziej znanych polskich influencerek wyznała na jednym ze swoich stories, że do szkoły z internatem trafiła jako sześcioletnia (!) dziewczynka. Kobieta opowiadała, że dzięki temu nauczyła się perfekcyjnie języka obcego (bo językiem wykładowym w szkole był niemiecki) i nauczyła się zaradności – podkreśla jednak, że sama nie wysłałaby swoich dzieci w tak młodym wieku do tego typu placówki. Te słowa są ciekawym głosem w dyskusji na temat znaczenia pobytu dziecka w szkole z internatem. Z jednej strony bowiem nie sposób odmówić tym placówkom pewnych zalet: młody człowiek otrzymuje w nich często edukacyjną szansę, jakiej nie miałby np. w swojej szkole rejonowej lub położonej w pobliżu miejsca zamieszkania. Wiele szkół artystycznych (np. państwowe szkoły baletowe) oferuje miejsca w internatach uczniom z całej Polski – bez nich pewne ścieżki edukacyjne zarezerwowane byłyby wyłącznie dla dzieci pochodzących z największych miast. Internat bywa także okazją do rozwoju umiejętności społecznych – w grupie rówieśników trzeba się przecież dogadać i znaleźć własne miejsce, co w dobie smartfonów i relacji online jest dla młodych ludzi nawet trudniejsze niż jeszcze w latach 90. Jednak nauka połączona z mieszkaniem pod obcym dachem – i to nie w mieszkaniu krewnych, lecz de facto w instytucji – dla wielu osób stanowi znaczące obciążenie psychiczne. Z punktu widzenia współczesnej psychologii i pedagogiki dziecko na etapie nauczania wczesnoszkolnego nie jest gotowe do rozłąki z rodzicami. Nawet najczulszy wychowawca i najbardziej wyrozumiały nauczyciel nie zastąpi siedmiolatkowi codziennych pocałunków na dobranoc i porannego przytulania przez mamę, tatę lub dziadków.

Szansa na edukacyjny sukces

Oferty szkół z internatem bywają bardzo kuszące: niektóre spośród nich umożliwiają uczniom korzystanie z licznych zajęć praktycznych, nęcą nowoczesnym i atrakcyjnym wizualnie wnętrzem i deklarują gotowość do wspierania uzdolnień uczniów również poza standardowymi godzinami lekcyjnymi. Niektóre spośród nich – zwłaszcza szkoły wyznaniowe – wydają się także ciekawym rozwiązaniem dla tych rodziców, którym zależy na wychowaniu własnych dzieci w zgodzie z wyznawanymi przez siebie wartościami. Internat rozwiązuje również niektóre problemy codziennego życia rodzin. Rodzic, który wie, że jego dziecko musiałby spędzać niemal dwie godziny dziennie na dojazdach do szkoły i który ma pracę zmianową, a zatem nie zawsze może doglądać swojej pociechy, czasami postrzega placówkę z internatem jako ciekawą i bezpieczną opcję kształcenia. Rzeczywiście, zapisanie dziecka do szkoły z internatem, w której pracuje wykwalifikowany personel oraz która posiada bogate zaplecze dydaktyczne, może być dla dziecka wręcz edukacyjnym odpowiednikiem zdobycia Złotego Biletu do magicznej fabryki czekolady Willego Wonki. Jednocześnie internat – choć sam w sobie wydaje się miejscem nadzorowanym – nie musi oznaczać psychologicznego bezpieczeństwa dziecka. Nie każdy nastolatek – nawet taki, który początkowo wykazywał entuzjazm wobec pomysłu życia w internecie – czuje się w nim komfortowo. Część młodych ludzi doskonale odnajduje się w codzienności, której rytm wyznaczają nie rodzice, lecz wychowawcy – dla części młodzieży jednak życie w internacie bywa prawdziwą katorgą, cyklem zdarzeń powodujących wręcz traumę. Może to dotyczyć dzieci w spektrum autyzmu, tych z zaburzeniami opozycyjno-buntowniczymi (osoby te nie z własnej woli mają trudności w dostosowaniu się do narzuconych z zewnątrz zasad), mniej otwartych na nowe towarzystwo czy takich, dla których samodzielna organizacja czasu stanowi wyzwanie. Istnieje także grupa dzieci, która w wieku kilkunastu lat po prostu nie jest gotowa na życie z dala od rodziców, rodzeństwa czy dziadków – i nie musi to być oznaka niczego niepokojącego. Młodzi ludzie osiągają psychologiczną niezależność w bardzo różnym czasie – umieszczenie niegotowego na separację piętnastolatka w internacie raczej nie przyspieszy jego dorastania, a może być dla jego psychiki okaleczające i sprawić, że będzie on czuł się rodzinnym banitą. Wracając do porównania z Charliem i fabryką czekolady – Złoty Bilet do niej nie ucieszy i nie będzie stanowił szansy dla osoby, która ma uczulenie na kakao.

Chciwość i chęć naprawy

Niektórzy uczniowie i absolwenci szkół z internatem deklarują, że czas spędzony w tego typu placówce był jednym z najbardziej rozwijających i barwnych w całym ich życiu. Dotyczy to przede wszystkim tych osób, które same chciały uczyć się w szkołach tego typu i które były do tego odpowiednio przygotowane: miały możliwość wcześniejszego poznania chociaż części kadry (a na pewno wychowawcy), rozumiały, co dana placówka ma im dać (np. możliwość artystycznego rozwoju) i wiedziały, że jeśli coś pójdzie nie tak, będą mogły wrócić do domu. Komunikat wystosowany do dziecka, że skoro wybrało daną szkołę, to ma ją skończyć, nie dodaje młodemu człowiekowi otuchy, a raczej zwiększa stres i napięcie. Rodzice, którzy rozważają zapisanie swojego dziecka do szkoły z internatem czy bursą powinni przedstawić mu również w miarę adekwatny obraz życia, które staje się udziałem uczniów: dziecko musi wiedzieć, że szkoła to nie kolonie i że będzie tam miało swoje obowiązki, a pojawiająca się czasami tęsknota za domem jest czymś naturalnym. Bardzo krzywdzące jest natomiast traktowanie szkoły z internatem jako miejsca, do którego dziecko ma zostać wysłane za karę – młody człowiek, który czuje się odrzucony, może stać się jeszcze bardziej sfrustrowany, przez co trudne zachowania mogą wręcz przybrać na sile. Co więcej, szkoła z internatem to nie miejsce „naprawy” dla dzieci. Nauczyciele czy wychowawcy w tych placówkach nie zajmują się resocjalizacją, o czym opowiada Ewa, nauczycielka z kilkudziesięcioletnim stażem, która pracowała również w jednej z mazowieckich szkół z internatem. – Uczyłam w szkole z internatem przez ponad dekadę i uważam, że tym, co niszczy sens istnienia tych miejsc, jest chciwość – mówi. – Technikum, w którym pracowałam, znajdowało się w dość małej miejscowości i kusiło bliskością natury, zajęciami na świeżym powietrzu i małymi klasami. Część uczniów przychodziła do nas, bo tego chciała. To byli dobrzy, zorganizowani uczniowie, którzy chcieli zdobyć zawód i być finansowo samodzielni. Taki siedemnastolatek mógł mieć stypendium, uczyć się i wygodnie żyć. Ale byli też uczniowie z tak zwanymi trudnościami. Oni nie powinni być w szkole z internatem, tylko pod czujnym okiem rodziców. To była młodzież, która miała za sobą już doświadczenia z narkotykami, alkoholem, czasem nawet na koncie ucieczki z domu. Rodzice przysyłali takie dzieci do nas, bo sobie z nimi w domu nie radzili, albo nie chcieli, żeby takie dziecko demoralizowało młodsze rodzeństwo czy przynosiło wstyd całej rodzinie. Powtarzam: takie osoby nie powinny być w internacie, my nie byliśmy w stanie „naprawić” dzieciaka, który ewidentnie szedł w złą stronę. I dyrekcja wiedziała, że z takimi osobami są problemy, że one uciekają, próbują wnosić alkohol. Na spotkaniu z rodzicami i kandydatami było widać, kto i po co chciał przyjść do naszej szkoły. Ale dla dyrekcji liczyły się chyba głównie pieniądze i prawie wszyscy zainteresowani byli przyjmowani. Ani taka młodzież nie była zainteresowana nauką, ani my nie mogliśmy jej do tej nauki skłonić. Rodzice po prostu zrzucali na nas problem i oczekiwali, że nauczymy ich dzieci dyscypliny – podsumowanie z żalem.

Uczęszczanie przez dziecko do szkoły z internatem może stać się szansą dla całej rodziny: noclegi blisko szkoły mogą ułatwić logistykę i umożliwić młodemu człowiekowi „rozwinięcie skrzydeł”, co przekłada się na dumę dorosłych. Czasami rodzice są zdumieni i wzruszeni tym, jak doskonałe dziecko radzi sobie w nowej sytuacji: niekiedy nastolatek, który wcześniej żył w nadmiernej bliskości z matką czy ojcem (niekiedy wręcz w symbiozie z rodzicami), zaczyna się za sprawą internatu w rozsądny sposób usamodzielniać, przez co w rodzinie pojawiają się zdrowe granice. Niemniej żadna szkoła – ani z internatem, ani bez – nie zastąpi obecności rodziców w procesie wychowania dziecka. Liceum czy technikum (oby nie podstawówka!) z internatem może być sprzymierzeńcem rodziny w procesie kształtowania młodego człowieka – ale nie powinno stawać się substytutem rodzicielskiego zainteresowania życiem córki lub syna.

Ani żyjące w internacie, ani nawet akademiku dziecko nie przestaje potrzebować swoich rodziców i poczucia, że jest przez nich kochane. Latorośli, która uczy się z dala od domu, warto okazać, że jest dla nas ważna, dbając o przytulny i pełen ciepłych rozmów klimat podczas jej powrotów. Młody człowiek „naładowany" bliskością łatwiej stawia czoła wyzwaniom związanym z czasową rozłąką i – szerzej – całym wymagającym procesem dorastania.

Niektóre szczegóły wypowiedzi Ewy zostały zmienione. 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.

Wypróbuj za darmo

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie
  • Możesz zrezygnować w dowolnym momencie
19.90 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 19.90 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 35/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Samodzielność czy wygnanie?