Fantazja o magicznej tabletce. Dlaczego pochłaniamy suplementy?

Współczesny zachwyt nad możliwościami suplementów diety i poszukiwania magicznej tabletki łagodzącej wszelki ból – w tym także ból istnienia – jest od strony psychologiczno-antropologicznej nowym wydaniem tego samego pragnienia, które nosili w sercach nasi przodkowie.
psycholożka, psychoterapeutka
Czyta się kilka minut
Il. Jan Kałużny
Il. Jan Kałużny

Kiedy cierpiący z powodu twórczego zastoju pisarz Eddie, główny bohater thrillera Jestem Bogiem, sięga po tajemniczą tabletkę zwaną NZT, jego problemy zawodowe natychmiast się rozwiązują. Mężczyzna ze sfrustrowanego autora zmienia się w geniusza, rekina biznesu i obiekt pożądania wielu kobiet. W prawdziwym życiu żadna tabletka nie ma prawa zadziałać w ten sposób, choć obserwując wart miliony rynek suplementów, możemy zastanawiać się, czy przypadkiem podświadomie nie wierzymy w istnienie cudownej „pigułki mocy”.

W poszukiwaniu ambrozji

Fantazje o istnieniu magicznego środka, który zapewni nam długowieczność – a nawet nieśmiertelność! – są co najmniej tak stare, jak ludzka kultura pisana. W antycznym uniwersum wieczne życie mogło zapewnić bogom spożywanie ambrozji, według średniowiecznych legend – Święty Graal, w epoce nowożytnej – poszukiwany przez alchemików kamień filozoficzny. Co ciekawe, wszystkie te mityczno-magiczne artefakty miały uaktywniać swoją moc po kontakcie z układem pokarmowym (czyli mówiąc językiem psychoanalizy: przez sferę oralną) człowieka. Współczesny zachwyt nad możliwościami (realnymi lub dopowiedzianymi) suplementów diety i poszukiwania magicznej tabletki, łagodzącej wszelki ból – w tym oczywiście Weltschmerz – jest od strony psychologiczno-antropologicznej nowym wydaniem tego samego pragnienia, które nosili w sercach nasi przodkowie. Współcześnie nie szukamy na Olimpie śladów bogów, a raczej ładnego kadru do wakacyjnego zdjęcia; Święty Graal traktujemy jako element popkultury, a wzmianki o alchemii przywodzą na myśl twórczość znanego brazylijskiego pisarza, wykazującego tendencję do egzaltacji. W epoce (pozornego) racjonalizmu nadal powszechnie wierzymy jednak, że na tym świecie istnieje lub może zaistnieć substancja, która uczyni nas szczupłymi, pełnymi energii, radosnymi i wypoczętymi jednocześnie. Część z nas skłania się ku produktom aptecznym, opracowanym z precyzją przez naukowców; inni zaś liczą na to, że substancja pochodząca z natury (np. zawarta w korze drzew) pokona zarówno zmiany miażdżycowe, jak i otyłość. Pierwsza grupa zapomina niestety, że suplementy to nie lekarstwa – i nie przechodzą one tak szczegółowych badań, jak wprowadzane na rynek antybiotyki lub środki przeciwbólowe. Druga część „fanów” suplementów popełnia natomiast błąd naturofilii, polegający na zakładaniu, że to, co naturalne, jest zdrowe i bezpieczne – a przecież naturalny jest również muchomor sromotnikowy, jad skorpiona czy prątki gruźlicy.

Modne suple z internetu

To, jakie bierzemy suplementy, zmienia się w czasie i podlega prawom rynkowym. Kilkanaście lat temu do zakupu konkretnych tabletek namawiali nas przebrani za lekarzy lub farmaceutów aktorzy z telewizyjnych reklam – dziś dźwignią parametrycznego handlu stali się influencerzy. Sportowcy, modele czy trenerzy personalni, których wygląd i formę oceniamy jako godną pozazdroszczenia, nie tylko polecają nam konkretne substancje, których stają się „ambasadorami”, ale niekiedy także tworzą własne linie produktowe. Podziw wobec promiennej cery celebrytki to często trigger do tego, by kupić promowany przez nią suplement mający poprawić jędrność skóry, zaś wyniki sportowca popychają nas do dodania do koszyka tabletek, które według niego zwiększają siłę i wytrzymałość. Wiara w słowa sprzedawców suplementów oraz fantazja o zyskaniu zdrowia dzięki tabletkom dostępnym bez recepty ma także dodatkowy „dopływ”, który stanowi spadek zaufania do lekarzy i innych osób wykonujących zawody medyczne. Popularność teorii spiskowych i alternatywnej medycyny sprawia, że jesteśmy skłonni lekceważyć zalecenia specjalistów lub odnosić się do nich z dystansem. Jednocześnie wciąż chcemy cieszyć się wolnością od chorób i mieć poczucie, że robimy coś dla siebie – stąd też sięgamy po suplementy, które mają zadbać o nas lepiej niż medycy, których wielu Polaków postrzega jako chciwych i skłonnych szkodzić pacjentom w imię interesów firm farmaceutycznych. Taki tok myślenia wiąże się jednakże z przeoczeniem bardzo ważnej informacji: otóż produkcja i dystrybucja suplementów to nie działalność dobroczynna, lecz potężny biznes, który monetyzuje nasze pragnienia zdrowia, nieufność wobec „tradycyjnych” autorytetów oraz zwykłą nieświadomość. Jak bowiem podają analizy ekonomistów, polski rynek suplementów diety osiągnął w 2024 roku wartość 7,1 mld zł, a według prognoz w ciągu trzech lat mógł wzrosnąć do ponad 9 mld zł.

Oczywiście samo to, że ktoś zarabia na sprzedaży produktu – w tym przypadku suplementu diety – nie czyni tego produktu szkodliwym lub nieskutecznym. Jednak w oceanie kampanii marketingowych „supli” informacje o wartościowych produktach giną w morzu doniesień o kolejnej cudownej pigułce, mającej stanowić „lek na całe zło”. Co więcej, wielu użytkowników suplementów ulega złudzeniu, że suplementy stanowią substancje absolutnie bezpieczne – w rzeczywistości łączenie ich ze sobą, z niektórymi lekami bądź stosowanie w złej dawce może człowiekowi bardzo zaszkodzić, gdyż zawarte w nich substancje także mogą wchodzić w interakcje z żywnością i przyjmowanymi lekami. Wreszcie, musimy pamiętać, że suplementy – jak wspomniałam wyżej – nie muszą przechodzić badań klinicznych jak zarejestrowane i dopuszczone do obrotu leki. Nie wszystkie „suple”, które możemy kupić w sklepach internetowych i stacjonarnych, są zatem przebadane pod kątem bezpieczeństwa i skuteczności działania. Ulegnięcie czarowi pseudomedycyny może zatem doprowadzić nie tylko do strat finansowych, ale także do poważnych kłopotów ze zdrowiem. 

Recepta na longevity

Polska „suplementoza” bez wątpienia ma także podłoże systemowe. To, że tak chętnie sięgamy po kolorowe i łatwo dostępne tabletki czy zawiesiny, które mają nam zapewnić zdrowie i długowieczność, stanowi próbę radzenia sobie przez Polaków z kryzysem obecnym w ochronie zdrowia. Poważny niedobór lekarzy, dietetyków, pielęgniarek, psychoterapeutów czy fizjoterapeutów przyjmujących w ramach NFZ sprawia, że próbujemy poradzić sobie na własną rękę – a robimy to, kupując leki bez recepty czy właśnie suplementy diety. Mechanizm ten został unaoczniony (zapewne nie do końca świadomie) przez producenta leku przeciwbólowego, który zachęcał do zażycia go w razie bólu zęba i przedłużającego się oczekiwania na wizytę u dentysty. Tym właśnie – trwającym czasami miesiące oczekiwaniem, niepewnością i brakiem zaufania – karmią się producenci substancji, które mają stanowić remedium na ból głowy, bezsenność, rozdrażnienie czy problemy żołądkowo-jelitowe. Aby zażyć pachnące, ziołowe tabletki rzekomo poprawiające pracę jelit, wystarczy złożyć zamówienie w sklepie internetowym bądź udać się do pobliskiego dyskontu; rzetelna diagnoza dolegliwości ze strony układu pokarmowego wymaga czasami długiego oczekiwania w kolejce, niewygodnego dojazdu do dużego ośrodka miejskiego, a także nakładów finansowych i zmierzenia się z bolesnymi badaniami. Stosowanie odpowiednio dobranych suplementów, rzecz jasna, może być bardzo korzystne dla zdrowia – wiemy chociażby, że kobiety planujące ciążę oraz spodziewające się potomstwa powinny przyjmować kwas foliowy, a wielu z nas powinno zażywać również witaminę D oraz kwasy omega. Suplementy pochodzące ze sprawdzonych źródeł i te o udowodnionym działaniu mogą wspomóc nas w dbaniu o własne zdrowie i stanowić cenny element profilaktyki wielu chorób, ale – podkreślmy! – to faktycznie jest jedynie element. 

To tylko element

Problem z „suplementozą”’polega między innymi na tym, że stosowanie suplementów daje sporej grupie osób poczucie niezniszczalności i bycia zwolnionymi z innych działań prozdrowotnych. Owszem, istnieją na rynku suplementy, które mogą poprawić stan skóry, koncentrację czy wydolność fizyczną – jednak żaden z nich nie zastąpi wizyty u dermatologa i dermatoskopii (umożliwiającej chociażby wykrywanie nowotworów skóry), diagnozy i terapii nadpobudliwości psychoruchowej czy leczenia astmy. Co więcej, zdrowie jelit, które można wspomagać za sprawą niektórych substancji, korzystnie wpływa także na zdrowie psychiczne – żaden modny „psychobiotyk” nie zastąpi jednak psychoterapii i leczenia farmakologicznego w przypadku klinicznej depresji czy zaburzeń lękowych. Żadne zioła ani olejki witaminowe nie zastąpią nam także odpowiedniej ilości snu, racjonalnego sposobu odżywiania oraz relacji międzyludzkich – bo samotność, podobnie jak wiele używek i szkodliwych nawyków, działa destrukcyjnie na nasze ciało i umysł. Tymczasem podczas pracy na uczelni zdarza mi się spotkać studentów, którzy zamiast poświęcić czas na sen, stymulują się suplementami z kofeiną, co ma ułatwić im naukę do egzaminów. Jeśli takie działanie stanie się stałym schematem, to zdolności poznawcze (np. pamięć i uwaga) mogą na tym wyraźnie ucierpieć. Wskazane jest, aby – zanim zdecydujemy się na zażywanie suplementu – przeczytać dokładnie dołączoną ulotkę, a także skonsultować się z lekarzem lub dietetykiem. Miejmy również dystans wobec doniesień o odkrytych cudownych właściwościach kolejnego środka – jeśli zaś interesuje nas tematyka zdrowotno-lifestyle'owa i szukamy na ten temat informacji w internecie, to obserwujmy osoby, które w racjonalny sposób mówią o działaniu i możliwościach suplementów. Przykładowo, tacy twórcy internetowi jak Paulina Ihnatowicz, Damian Parol czy Michał Wrzosek nie unikają tej tematyki i polecają wspieranie swojej diety suplementami – czynią to jednak, odwołując się do aktualnej wiedzy, a nie modnych haseł i zbiorowych fantazji o superpigułce.

Żadna tabletka – nawet reklamowana przez tuziny influencerów i posiadająca naprawdę przebadany skład – nie stanowi zdrowotnego poręczenia i remedium na wszelkie dolegliwości. Zażywanie suplementów nie powinno być zatem traktowane jako alternatywa wobec badań profilaktycznych, dobrze zbilansowanej diety i aktywności fizycznej, lecz jedynie jako element zdrowego stylu życia. Tego rodzaju stwierdzenie możemy zresztą znaleźć nawet na ulotkach samych suplementów – warto, byśmy dawali wiarę tym słowom, a nie legendarnym opowieściom i fantazjom o cudownej pigułce na każdą bolączkę. 

 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.

Wypróbuj za darmo

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie
  • Możesz zrezygnować w dowolnym momencie
19.90 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 19.90 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 34/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Fantazja o magicznej tabletce