W encyklice o miłości Deus caritas est Benedykt XVI przypomina całemu Kościołowi, że nie moglibyśmy przyjąć miłości Chrystusa, gdybyśmy nie mieli w sobie erosa, czyli miłości ludzkiej, podarowanej nam przez Stwórcę w chwili naszego poczęcia. Eros – miłość stworzona, pragnąca, pożądająca, cielesna, seksualna, nastawiona na przyjmowanie i dążąca do zjednoczenia z różnego rodzaju dobrami, a ostatecznie z samym Bogiem – jest „podłożem, bez którego pierwiastek chrześcijański «nadzmysłowy», «łaska» w ogóle nie może się zakorzenić i rozwijać” (Joseph Pieper). Błąd, który piętnuje Benedykt XVI polega na tym, że traktujemy miłość Boga, Ducha Świętego, jakby On zamieszkał gdzieś poza naszym ciałem, poza naszym życiem, poza tym, co specyficznie ludzkie. Tymczasem niczego w tym życiu nie moglibyśmy przyjąć, łącznie z pokarmem i napojem, gdybyśmy nie zostali stworzeni jako istoty pragnące, jako istoty erotyczne.
Wiara nie buduje świata równoległego
Kiedy dzisiaj słyszymy słowo „eros”, to często na myśl przychodzi jego wąskie rozumienie, zredukowane do seksualności, często traktowanej z podejrzliwością, skojarzonej nadto z filmami dla dorosłych. Papież doskonale wyczuł, że przyczyny tego nieporozumienia, zwłaszcza w chrześcijaństwie zachodnim, tkwią w niebezpiecznym i subtelnym zanegowaniu dobroci Stworzenia i Wcielenia. Benedykt XVI chyba jako pierwszy papież w historii rehabilituje ludzkiego erosa, przyznając wpierw, że chrześcijaństwo „w przeszłości było przeciwnikiem cielesności; faktycznie, tendencje w tym sensie zawsze były” (5). Dodaje jednak, że już w judaizmie, a potem w chrześcijaństwie, „wiara biblijna nie buduje jakiegoś świata równoległego, czy jakiegoś świata sprzecznego z istniejącym pierwotnie ludzkim zjawiskiem miłości, lecz akceptuje całego człowieka, interweniując w jego dążenie do miłości, aby je oczyścić, ukazując mu zarazem jej nowe wymiary” (8).
Właśnie to pierwotne zjawisko ludzkiej miłości, właściwej wszystkim ludziom, w zachodnim chrześcijaństwie padło ofiarą dramatycznego oddzielenia: miłość ludzka, czyli eros, została odcięta od miłości boskiej – tej bezinteresownej, całkowicie zapominającej o sobie. Dla przykładu, Karl Barth, luterański teolog, w Dogmatyce kościelnej pisze, że „cała obcość chrześcijaństwa wobec otaczającego je świata przejawia się w oddzieleniu – zaznaczającym się również w samych chrześcijanach – miłości chrześcijańskiej od każdej innej miłości”. Tak dalece odsunęliśmy to, co ludzkie od tego, co boskie, że wielu wierzących postrzega miłość do Boga jako coś narzuconego z zewnątrz, niemal przeciwnego wszystkim ludzkim pragnieniom i potrzebom, jakby między tymi dwoma obliczami miłości toczyła się nieustanna wojna. Przejawia się to na przykład w lękowym przekonaniu, że wola Boża z góry musi się przeciwstawiać ludzkim potrzebom i pragnieniom. Albo jeśli coś jest wolą Bożą, to z zasady musi być nieprzyjemne, trudne i „krzyżujące” człowieka. Najczęściej przywołuje się tutaj św. Piotra, którego Jezus zganił za to, że myśli „nie na sposób Boży, lecz na ludzki” (por. Mt 16, 23), nie dodając jednak, że wcześniej Jezus pochwalił tego samo Piotra za to, że rozpoznał objawienie udzielone mu przez Ojca i wyznał Jezusa jako Mesjasza.
Za Tobą tęskni moje ciało
W wypaczonym rozumieniu wiary, w którym duży nacisk kładzie się na moralność i prawo i nieświadomie poniża się erosa, zapominamy, że żadna forma miłości nie byłaby w tym życiu możliwa, gdyby nie nasze pragnienia, pożądania i potrzeby. Właśnie od tego zaczyna się cała przygoda człowieka z Bogiem, gdy otwieramy Katechizm Kościoła katolickiego: „Pragnienie Boga jest wpisane w serce człowieka, ponieważ został on stworzony przez Boga i dla Boga. Bóg nie przestaje przyciągać człowieka do siebie i tylko w Bogu człowiek znajdzie prawdę i szczęście, których nieustannie szuka” (KKK, 27). Wiara, a także miłość, nie zaczynają się gdzieś na antypodach codziennego życia, poza granicami ciała i duszy człowieka, a Bóg nie jest kimś, kto przychodzi do człowieka jak „obce ciało” czy homeryckie syreny, lecz raczej jako Ten, który pociąga, przyzywa, jest jak pokarm i woda, które dają ukojenie i nasycenie.
Świadectw takiego spojrzenia na relację Boga z człowiekiem w Piśmie Świętym jest wiele. W tym miejscu należy przywołać chociażby tak mocno hebrajską, konkretną metaforę, a właściwie modlitwę, wydobywającą się z głębi serca ludzkiego: „Boże, Ty Boże mój, Ciebie szukam; Ciebie pragnie moja dusza, za Tobą tęskni moje ciało, jak ziemia zeschła, spragniona, bez wody” (Ps 63, 2). Gdybyśmy nie mieli wbudowanego w nasz organizm pragnienia i głodu, w ogóle nie szukalibyśmy napoju i pokarmu. Autor biblijny chce powiedzieć, że pomiędzy Bogiem a nami jest jakaś odpowiedniość, jakiś rodzaj „zgodności”, chociaż Bóg jest radykalnie inny niż my.
Kiedy na początku Ewangelii według św. Jana uczniowie Jana Chrzciciela, idąc za wskazaniem swego Mistrza, poszli za Jezusem, usłyszeli z Jego ust znamienne pytanie: „Czego szukacie?” (J 1, 38). Odpowiedzieli nieco zakłopotani, ale jednak poszli za Nim, by zobaczyć, gdzie Jezus mieszka. Nigdzie by się nie ruszyli, gdyby w ich sercu nie odkryli wcześniej pragnienia Mesjasza. A „mieszkanie”, o którym mówi Jezus ma niewiele wspólnego z domem z kamienia, lecz chodzi o „zamieszkiwanie” samego Boga w naszym świecie, w sercu uczniów, ale także wewnątrz Trójcy Świętej.
Kościół uczy, że Boga można pokochać jedynie wtedy, gdy się Go pragnie, gdy rozpozna się w sobie to dążenie ku Niemu. Chyba najpiękniej wyraził to tym św. Augustyn na początku swoich Wyznań, gdy pisze: „Stworzyłeś nas bowiem dla siebie, Panie, i niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie”. Cała dalsza opowieść Augustyna to opis długoletniej i mozolnej drogi, pełnej zakrętów, na której w końcu biskup Hippony odnalazł w sobie, w jego wnętrzu, samego Boga.
Niewłaściwe przywiązanie
Wydaje mi się, że jedną z głównych przyczyn odchodzenia od Boga i Kościoła jest wyparcie gdzieś na obrzeża duszpasterstwa i duchowości tego, co nazywamy mistyką. Tam właśnie jest miejsce na ludzkie pragnienia i eros. Nieprzypadkowo mistycy piszą o miłości Boga do człowieka i na odwrót jak o miłości erotycznej dwojga zakochanych. Przypominają, że za wszystkimi naszymi grzechami stoi pragnienie zjednoczenia się i posiadania jakiegoś dobra. Każde ludzkie przywiązanie i uzależnienie zaczyna się od tego, że w konkretnej rzeczy, zachowaniu czy substancji szukamy jakiegoś dobra. Do tej prawdy nawiązuje Katechizm, gdy definiuje grzech jako brak „prawdziwej miłości względem Boga i bliźniego z powodu niewłaściwego przywiązania do pewnych dóbr” (KKK, 1849). Problem nie leży ani w dobrach, ani w naszym dążeniu do posiadania pewnych dóbr, lecz w „niewłaściwym przywiązaniu”, w „nieprawdziwej miłości”. Innymi słowy, grzech to szukanie zaspokojenia pragnienia Boga, naszego erosa, szukanie samego Boga tam, gdzie Go nie ma, albo rzucenie się w objęcia temu, co nie zaspokoi najgłębszego głodu ludzkiego ducha. Gdy mistycy piszą o oczyszczeniu serca ludzkiego, tak naprawdę traktują o oczyszczeniu, a nie wyrugowaniu naszych pragnień, ludzkiego erosa, który dzięki agape – miłości danej z góry – podnosi go wyżej i dalej.
Sprowadzenie erosa do seksu, pomniejszanie ludzkich pragnień oraz skrajnie negatywna wizja człowieka powodują, że w miejsce pragnień wchodzi zewnętrzne prawo, nakazy i zakazy. Tam gdzie znika mistyka, rządy zaczyna obejmować moralność sprowadzona do czystej powinności. Jest to niewątpliwie istotna przyczyna naszych trudności z miłością do Boga. Czujemy wtedy, jakby Bóg chciał nam narzucić miłość do siebie zewnętrznym przymusem, który słusznie możemy odczytywać jako ciężar nie do uniesienia. Człowiek nie tyle zachowuje wtedy przykazania, bo chce, bo widzi w nich dobro dla siebie, ile przez to, że ktoś lub coś mu tak każe. Gdy z naszej relacji do Boga znika eros, w jego miejsce wchodzi strach, przymus, opór. Trudno kochać kogoś, kogo się nie pragnie. Trudno kochać kogoś, kogo musi się kochać.
Z miłości, nie z bojaźni
Jeśli już mówimy o chrześcijańskiej moralności, to trzeba zaznaczyć, że Katechizm zachowuje jedność między stworzeniem a odkupieniem. Miłość podarowana nam przez Boga na mocy zmartwychwstania Chrystusa rozwija się w nas na fundamencie cnót ludzkich, niezależnych od wiary. To one „uzdalniają wszystkie władze człowieka, by doszedł do zjednoczenia z miłością Bożą” (KKK, 1804). Wśród nich jest roztropność, „która uzdalnia rozum praktyczny do rozeznawania w każdej okoliczności i naszego prawdziwego dobra do wyboru właściwych środków do jego pełnienia” (1806). To w sumieniu każdy człowiek szuka „swego prawdziwego dobra”. Jeśli przyjmujemy tę prawdę, to jednocześnie afirmujemy dobroć ludzkiej miłości, która wprawdzie nie jest doskonała, bo wymaga oczyszczenia, ale nie jest też zła i bezwartościowa.
Eros oznacza pragnienie Boga. Bóg nas pociąga i przyciąga, a prawdziwa miłość może być tylko odpowiedzią na piękno, doświadczenie bliskości i obdarowania. Moralizm mówi najpierw o tym, co my mamy zrobić, aby pociągnąć sobą i zachwycić Boga. A przecież Boży sposób działania jest dokładnie odwrotny: „Nowe Prawo jest nazywane prawem miłości, ponieważ pobudza do działania bardziej z miłości, którą wlewa Duch Święty, niż z bojaźni” (KKK, 1972). Odpowiedzieć na miłość można tylko miłością, której źródło tkwi także w naszych pragnieniach, potrzebach, w seksualności, tej wspaniałej energii życiowej, która jednoczy ludzi między sobą, a także ostatecznie prowadzi do zjednoczenia z Bogiem.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.







