Zostawmy póki co na boku pytanie o samą naturę miłości. Spróbujmy skupić się na dwóch słowach w przykazaniu miłości do Boga: „będziesz” i „cały”.
Uczymy się miłości całe życie
Św. Paweł mówi, że wprawdzie Bóg nadał Prawo Izraelowi, które opiera się na przykazaniu miłości Boga i bliźniego, ale Lud Wybrany nie był w stanie go zachować. Prawo jedynie obnażyło bezsilność człowieka. Spełniło raczej funkcję wychowawcy i strażnika, przygotowującego na nadejście wiary (Por Ga, 3, 23–24). Dość powiedzieć, że już prorok Ezechiel zapowiada Izraelitom w niewoli oczyszczenie i utworzenie nowego serca, czyli wylanie Ducha, aby mogli żyć według nakazów Boga i przestrzegali Jego przykazań (Por Ez 36, 33). „Będziesz” w przykazaniu miłości, także wtedy, gdy potwierdza je Jezus w Ewangelii, należałoby raczej postrzegać jako rzecz możliwą do osiągnięcia w przyszłości. „Będziesz” nie oznacza rozkazu w trybie natychmiastowego wykonania. Raczej jest to obietnica dana człowiekowi, że z Bożą pomocą kiedyś będzie to w pełni możliwe. Kiedy w Pierwszym Liście do Koryntian apostoł pisze, że „jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni” (1 Kor 15, 22), to zapewne w pierwszej reakcji wydaje się nam to zdumiewające. Jak to wszyscy? Niewierzący, inaczej wierzący, grzeszni i walczący z Bogiem też? A jednak taką nowinę ogłasza nam św. Paweł. Myślę, że ona przekracza wąskie ramy naszego rozumu. Podobnie będzie z naszą zdolnością do pełnej miłości do Boga.
„Będziemy”, ponieważ po tej ziemi chodzimy jako pielgrzymi, przechodzimy od stanu niedoskonałego, czyli niepełnego, do pełni. Wyrażają to trafnie nowotestamentalne porównania. O Kościele mówi się jako o budowli, którą powoli wznosi Chrystus. Jesteśmy niczym ziarno rzucone w ziemię, z którego powoli wyrasta źdźbło. Chrystus nazywa nas latoroślami, które wszczepione w krzew winny, czyli Ciało Chrystusa, zaopatrzone w wodę i ogrzane słońcem, czyli sakramenty i Słowo, wydają słodkie grona. Nawet w przypowieści o talentach nazwani jesteśmy inwestorami, którzy otrzymane od pana środki finansowe mają puścić w obrót i pomnożyć, aby zwiększyć jego zyski. Wszystko, co rośnie, zwiększa się i dojrzewa istnieje w czasie i się go domaga. Dlatego Katechizm Kościoła uczy, że „stworzenie (…) nie wyszło całkowicie wykończone z rąk Stwórcy. Jest ono stwarzane 'w drodze' (..) do ostatecznej doskonałości, którą ma dopiero osiągnąć” (KKK, 302).
Totalna, czyli jaka?
A co z ową „totalnością” miłości? Wydaje się, że chodzi o dwie postawy. Pierwsza może iść w tym kierunku: kocham wszystkimi „częściami” siebie, a więc niepodzielnie. Czy to oznacza, że z nikim nie mogę już dzielić miłości? Czy Bóg żąda takiej wyłączności? Z pewnością totalna miłość do Boga nie może polegać na odcięciu się czy odrazie do stworzenia, gdyż wtedy wymierzylibyśmy policzek samemu Stwórcy. Jezus mówi wprawdzie: „Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie” (Mt 6, 24), ale nie ma tutaj na myśli, że owym „konkurencyjnym” panem są nasi bliźni, albo że nie powinniśmy korzystać z dóbr materialnych. Podobnie gdy oczekuje, aby uczniowie przedłożyli Jego samego nad najbliższych: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien" (Mt 10, 37), to nie stwierdza jednocześnie, że mamy przestać ich kochać, nie wchodzić w związki małżeńskie i nie rodzić dzieci. Przecież sam Jezus wydał się za nas, dla naszego zbawienia i w ten sposób spełnił wolę Ojca, czyli okazał Mu miłość. „Pierwsze przykazanie każe nam miłować Boga nade wszystko, a wszystkie stworzenia – dla Niego i ze względu na Niego” (KKK, 2093). Innymi słowy, całe stworzenie, w tym naszych bliskich, mamy kochać w Bogu, patrzeć na nich Jego oczami, chcieć ich dobra. Wszystko mamy kochać mając stale przed oczami Boga jako Autora stworzenia.
Czy miłość dziewicza jest lepsza od małżeńskiej?
Czasem jednak, idąc za nauczaniem św. Pawła, można utwierdzić się w mylnym przekonaniu, i zdaje się, że Kościołowi to się przytrafiało, że jeśli ktoś wejdzie w związek małżeński, to wtedy nie może już „cały” kochać Boga. Jeśli wiążę się z człowiekiem, to odwracam się od Boga – myślą niektórzy. Istotnie, o takim rozdwojeniu między Bogiem a drugim człowiekiem pisze apostoł: „Człowiek bezżenny troszczy się o sprawy Pana, o to, jak by się przypodobać Panu. Ten zaś, kto wstąpił w związek małżeński, zabiega o sprawy świata, o to, jak by się przypodobać żonie. I doznaje rozterki” (1 Kor 7, 32-34).
Nawiązując do tego nauczania w podobnym tonie wypowiada się Jan Paweł II, gdy pisze o życiu konsekrowanym: „W ciągu stuleci nigdy nie zabrakło ludzi, którzy — idąc posłusznie za wezwaniem Ojca i poruszeniami Ducha Świętego — wybrali tę drogę specjalnego naśladowania Chrystusa, aby oddać się Jemu sercem 'niepodzielnym' (por. 1 Kor 7, 34). Oni także porzucili wszystko jak Apostołowie, aby przebywać z Nim i tak jak On oddać się na służbę Bogu i braciom” (VC, 1) Czy jednak takie postawienie sprawy nie trąci pewnym idealizmem, a nawet czy nie prowadzi do wytyczenia lepszych i gorszych dróg miłości Boga? Gdy św. Paweł doradza bezżeństwo, czyni to w obliczu oczekiwania na rychłe powtórne przyjście Pana. Ale też nietrudno oprzeć się wrażeniu, że jednak małżeństwo jest tu pokazane jako pewna przeszkoda, która kawałek serca oddaje Bogu, a kawałek małżonkowi. Jeśli tak, to wówczas zdecydowana większość małżonków nie mogłaby dążyć do miłości Boga całym sobą, byłaby rozdarta. Wniosek z tego taki, że wtedy lepiej nie wchodzić w związek małżeński. Chyba nie tędy droga. Czy ta niepodzielność serca, o której mówi Jan Paweł II, jest bezwzględna? Oczywiście że nie. Bo czymże jest owo „wszystko” w przypadku apostołów? Na pewno pozostawieniem dotychczasowego miejsca pracy, rodziny, zajęć. Ale czy „pozostawili wszystko” oznacza rzeczywiście „wszystko”? Zarówno Ewangelie, jak i dzieła mistyków, które traktują o oczyszczeniu serca, mówią, że uczniowie, także współcześni zakonnicy, księża, każdy uczeń z chwilą powołania nie pozostawiają natychmiast swoich przywiązań, wyobrażeń i nawyków. Można nie mieć rodziny, a przywiązać się do dóbr materialnych. Można żyć ascetycznie, a „zakochać się” we wzniosłych uczuciach na modlitwie.
W miłości trzeba umieć dawać, ale i przyjmować
Druga postawa, która zawiera się w słowie „cały” to bezinteresowność. Ale i tutaj tkwi pewna pułapka. Bezinteresowność w miłości do Boga nie może polegać na tym, że człowiek chce tylko dawać, a niczego nie oczekuje dla siebie. Trafnie pisze o tym C. S. Lewis w „Czterech miłościach”, że „stworzenie, które by stanęło przed obliczem Stworzyciela, chwaląc się: Nie jestem żebrakiem, kocham Cię bezinteresownie – byłoby zuchwałe i głupie”. Idea miłości, wedle której wszystkie nasze pragnienia, potrzeby należałoby odsunąć na bok lub stłumić pod pozorem poddania się jedynie woli Bożej, jest nieludzka.
W przypadku człowieka nie istnieje coś takiego jak czysta, pozbawiona wszelkich pożytków, miłość, jakaś nieskażona jego potrzebami intencja. Bezinteresowność miłości do Boga musiałaby zakładać, że niczego od Boga nie oczekujemy. To tak jak gdyby nowożeńcy w dniu ślubu wzajemnie przyrzekali sobie, że niczego od siebie nie oczekują. Pragną tylko dawać i służyć drugiemu. Cóż pomyślałaby sobie taka żona lub mąż, którzy usłyszeliby, że w sumie niczego nie dodają do życia współmałżonka?
Tak naprawdę „będziesz miłował całym sobą Boga” ostatecznie zmierza do przeobrażenia w Boga. W Miłości w czasach niepokoju ks. Józef Tischner ujmuje kwintesencję wiary jako drogi: „Jeżeli miłujesz Boga, to upodabniasz się do Niego. Jeśli miłujesz Boga nade wszystko, bliźniego jak siebie samego, to upodabniając się do Boga, będziesz miał taki stosunek do bliźniego, jaki miał do niego Bóg, który go stworzył”. Teologia nazywa ten proces przebóstwieniem, uświęceniem, upodobnieniem. Jakkolwiek odległe, niewyobrażalne i szokujące wydaje się to zdanie, tak właśnie przedstawiają cel wiary i życia człowieka mistycy. Tak wyznacza go również przykazanie miłości Boga i bliźniego. Kochany zostaje upodobniony do kochającego – pisze św. Jan od Krzyża. Nie można jednak stać się jak Bóg samemu. Możemy stawać się Bogiem, ponieważ otrzymujemy Boga u początku drogi wiary. Tylko mając Boga w sobie będziemy mogli pokochać Boga całym sobą, czyli być przemienionymi w Niego. I przyjęcie Boga jako daru to pierwsze imię miłości do Boga.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.











