Upieranie się przy szkole bez obowiązkowej religii lub etyki oznacza przyzwolenie na postępujący nihilizm i wzrost społecznych patologii – pisałem tu półtora roku temu. W tym czasie mieliśmy kolejne drastyczne przypadki zachowań potwierdzających moje obawy. Jednak ministerstwo edukacji narodowej nie chce „łączyć kropek”. Obawiam się, że młode pokolenie Polaków staje się właśnie zakładnikami ideologicznych założeń Barbary Nowackiej, która konsekwentnie odrzuca apele o obowiązkową edukację z religii lub etyki.
W ubiegłym tygodniu prezydium Episkopatu wydało oświadczenie, w którym m.in. skrytykowano umieszczenie lekcji religii na pierwszej lub ostatniej godzinie, zaapelowano o obowiązkowy status religii lub etyki oraz wyrażono obawy wobec treści przekazywanych w ramach tzw. edukacji zdrowotnej. Komentując to stanowisko minister Nowacka raczyła stwierdzić, że „biskupi, jak co roku przed 1 września, próbują wywołać awanturę”.
Oczywiście, kwestia religii w szkole to problem złożony i warto byłoby mu się spokojnie przyjrzeć. W emocjonalnej tyradzie minister Nowackiej tkwi ziarno prawdy, dlatego warto byłoby podjąć pogłębioną i szczerą debatę nad przyczynami odpływu młodzieży z tych zajęć (choć to nie jest takie jednoznaczne, jak twierdzi pani minister) oraz na temat treści i formy przekazu.
Chcę jednak zatrzymać się nad kwestią obowiązkowości religii lub etyki, bo według mnie kształtowanie w młodych ludziach szacunku wobec podstawowych zasad etyki, pomoc w umiejętności odróżniania przez nich dobra i zła jest dziś jednym z kluczowych wyzwań cywilizacyjnych. Z wielu bardzo skomplikowanych powodów – wzrastającej liczby dysfunkcyjnych rodzin czy ekspansji mediów społecznościowych – edukacja dotycząca właściwych relacji z drugim człowiekiem jest kwestią fundamentalną.
Takie przekonanie towarzyszyło sygnatariuszom obywatelskiego projektu „TAK dla religii i etyki w szkole”, zainicjowanego przez Stowarzyszenie Katolików Świeckich. Ponad 500 tysięcy osób podpisało się pod stwierdzeniem, że „ograniczanie możliwości uczestniczenia w lekcjach religii i etyki może pozbawiać młodych ludzi przestrzeni do rozmowy o wartościach, sensie życia, odpowiedzialności, relacjach i problemach współczesnego świata”.
Oświadczenie prezydium KEP idzie tym dokładnie tropem. Znamienne, że komentując głos Episkopatu, minister Nowacka wątek obowiązkowego charakteru etyki lub religii skrupulatnie pomija. Łatwo domyślić się dlaczego: nie jest to tylko opinia biskupów, lecz głos posiadający mocne „zaplecze” w postaci projektu wspartego przez pół miliona Polaków. Nie mam pojęcia, dlaczego władze opierają się temu, aby szkoła była miejscem edukacji na temat wartości, etycznych wyborów, dobra i zła.
O tym, że świat staje wobec widma moralnego chaosu, mówi nie tylko Kościół katolicki. Jest to intuicja wspólna różnym religiom, zapewne też wielu niewierzącym, debatuje o tym cały myślący świat. Przecież także w Polsce nie ma tygodnia bez patologicznych, często tragicznych wydarzeń – w szkołach, ulicach, czy drogach – których sprawcami są nieletni. A przecież nie chodzi tylko o patologie opisywane w mediach: z objawami deficytu empatii, znieczulicy czy skrajnego egoizmu spotykamy się na co dzień, i ta choroba zdaje się przybierać na sile.
Mam nadzieję, że obywatelski projekt nie wyląduje w sejmowej zamrażarce, lecz zostanie wkrótce procedowany i przyjęty. Obowiązkowa religia lub etyka w szkole nie będzie cudownym remedium na zło. Jednak zlekceważenie tego postulatu świadczyłoby o tym, że obecnym elitom władzy obojętne jest to, czy młode pokolenie będzie przynajmniej znało uniwersalne zasady moralne. To przerażające.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.








