Gorzka to epopeja, smutna i zawstydzająca. Proces powoływania kościelnej Komisji do zbadania przypadków wykorzystywania seksualnego małoletnich w Kościele po raz kolejny – który to już? – przysporzy cierpień osobom skrzywdzonym. Ale przecież nie tylko im – jesteśmy wszak jedną wspólnotą, „jednym ciałem w Chrystusie”, jak słyszymy podczas każdej Mszy. Wyobrażam sobie, jak ciężko jest przyjąć to sercem i rozumem tym, którzy zostali wykorzystani.
A przecież miało być inaczej. Wydawało się, że spotkanie przedstawicieli skrzywdzonych z Episkopatem (niemal całym) na Jasnej Górze w listopadzie 2024 stanowiło przełom, który niebawem przekształci się w utworzenie niezależnej komisji ekspertów, która uzdrowi rany i upokorzenia, odbuduje zaufanie do instytucji Kościoła, a całej wspólnocie pomoże ufnie spojrzeć w przyszłość. Potem coś się zacięło, przesuwano kolejne terminy, z których każdy miał być tym ostatecznym. W czerwcu ubiegłego roku prace nad powołaniem Komisji, które prowadził zespół abp. Polaka, niespodziewanie przekazano innemu biskupowi. W marcu Episkopat podjął decyzję o ustanowieniu komisji i przyjął jej statut, jednakże przekazując go do zaopiniowania m.in. IPN, RPD i Ministerstwu Sprawiedliwości. Teraz okazało się, że ze wszystkich stron nadeszły bardziej i mniej krytyczne uwagi. Resort sprawiedliwości wskazał na przykład na niezgodność niektórych zapisów z prawem zarówno polskim, jak i europejskim.
Członek zespołu prymasa Michał Królikowski ocenia, że wybrano niewłaściwą metodologię, bo zamiast prostego statutu i pozostawienia zasad działania komisji sferze wewnętrznej Kościoła stworzono projekt instytucji powołanej do wyjaśniania przestępstw oraz bezpodstawnych pomówień. Zdaniem wybitnego prawnika nawet jeżeli odczytanie znacznej części zamierzeń twórców projektu przez resort sprawiedliwości jest błędne, to takie odczytanie umożliwił projekt przygotowany bez zrozumienia państwowego otoczenia prawnego.
Cóż, brakuje słów. Nie chcę jątrzyć, dzielić, „opowiadać się” po jakiejś tam stronie. Po prostu pytam, kiedy nastąpi to, co powinno się stać w imię dobra wspólnoty Kościoła. A piszę to z ciężkim sercem, myśląc zwłaszcza o osobach, które są tu najważniejsze – o skrzywdzonych. Ale: czy rzeczywiście są? Tak naprawdę i dla wszystkich? Wiem, że powinny być. I myślę o tym, co czują. I myślę o tych, których Kościół jako struktura tak boleśnie zawiódł. I myślę wreszcie o tych spośród nich, których już kompletnie nie obchodzi czy, kto, kiedy i na jakich zasadach tę komisję wreszcie powoła albo nie.
Ale za nieufnością do instytucji może iść coś więcej – dystans wobec religii, oddalenie od perspektywy sakramentów, zobojętnienie na religijny wymiar życia, może nawet utrata wiary. Czyż mogą być poważniejsze konsekwencje utraty zaufania do Kościoła? Zastanawiam się kolejny już raz: czy odpowiedzialni za sprawę powołania komisji w ogóle zdają sobie z tego sprawę? Czy są świadomi, o co w istocie toczy się gra?
Owszem, pojawiło się światło w tym tunelu. „Jako biskup nie mogę milczeć, gdy widzę, jak na ścieżkach do odzyskiwania godności Osób Skrzywdzonych wyrastają nowe mury i prawne przeszkody” – komentuje bp Artur Ważny. Wyrażając „smutek, że formalny język i prawne wątpliwości po raz kolejny przesłaniają żywego człowieka”, a „dialog instytucji staje się chłodną debatą”, apeluje – także do Kościoła – o budowanie mostów, po których sprawiedliwość i miłosierdzie – nie tylko Boże – wreszcie dotrą do serc osób skrzywdzonych.
Dlaczego ten wpis brzmi jak głos wołającego na puszczy? Jak długo jeszcze?
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.









