Niedawno internet obiegło zdjęcie Bernarda Arnault, najbogatszego Francuza, szefa koncernu LVMH, z papieżem Leonem. Arnault przyjechał do Castel Gandolfo nie tylko jako właściciel francuskiego imperium marek ekskluzywnych. Jego rodzina, która towarzyszyła mu w spotkaniu, przeznaczyła 200 milionów euro na odbudowę paryskiej katedry Notre Dame, a do spotkania doszło miesiąc przed podróżą Leona XIV do Francji, w której odbudowana paryska katedra będzie jednym z ważnych punktów.
Budowanie sojuszy
Ta audiencja zwraca jednak uwagę także z innego powodu. Leon chętnie rozmawia z ludźmi dysponującymi czymś więcej niż tylko symbolicznym autorytetem. Z przedstawicielami banków rozmawia o odpowiedzialności finansów, przedsiębiorcom przypomina o dobru wspólnym, przedstawicieli gospodarki, nauki, kultury i sportu zachęca do „tkania sieci” społecznej współpracy. Spotykał się również z reprezentantami sektora energetycznego i surowcowego oraz ze środowiskami zajmującymi się nowymi technologiami. Zaprasza do siebie także europejskich polityków, nie tylko tych najważniejszych, ale również szeregowych, przypominając im o ich powołaniu. Jest w tym coś bardzo amerykańskiego. Nie w sensie politycznym i niekoniecznie w sensie republikańskim czy demokratycznym, a raczej w sposobie myślenia o społeczeństwie. W kulturze amerykańskiej prywatny sukces, majątek i wpływ nie muszą być czymś, z czego należy się tłumaczyć, tam rozumienie bogactwa jest inne. Wielkie fortuny od pokoleń finansują uniwersytety, szpitale, muzea, fundacje i przedsięwzięcia religijne. Kapitał ma za zadanie służyć społeczeństwu. Bogactwo może być oczywiście problemem moralnym, ale może być również narzędziem działania. Pytanie brzmi więc nie tylko, ile posiadasz, lecz również co robisz z tym, co posiadasz.
Społeczne nawrócenie bogaczy
U Leona XIV podobna intuicja otrzymuje jednak wyraźnie katolicki kontekst. W encyklice Magnifica humanitas papież pisze, że inicjatywa przedsiębiorcza może być prawdziwym powołaniem i może tworzyć bogactwo poprawiające życie ludzi. Zaraz jednak dodaje, że wolność gospodarcza nie jest absolutna, a jej miarą pozostają dobro wspólne i godność człowieka. Z kolei w refleksji nad demokracją przestrzega przed koncentracją władzy ekonomicznej i technologicznej w rękach nielicznych. Dlatego chyba zbyt wcześnie byłoby mówić o jakimś politycznym „sojuszu Leona”, a już tym bardziej o budowaniu przeciwwagi wobec Donalda Trumpa czy któregokolwiek innego ośrodka politycznego. Widać coś innego: próbę tworzenia sieci ludzi i instytucji, które rzeczywiście mogą coś zrobić, a już na pewno symbolicznie oddziaływać na społeczeństwo. Papież nie musi przecież dysponować dywizjami, korporacjami ani miliardowymi budżetami, aby gromadzić przy jednym stole tych, którzy nimi dysponują. Może natomiast próbować nadać ich działaniom moralny kierunek, jak wydaje się to czynić Leon XIV. Nie przez potępienie samego wpływu, lecz przez stawianie wpływowym pytań o odpowiedzialność.
Czytamy o tym w kolejnych papieskich wystąpieniach, w których hasło „odpowiedzialność społeczna” pada coraz częściej. Być może właśnie dlatego jednym z charakterystycznych słów tego pontyfikatu staje się także „sieć”. W Madrycie Leon XIV mówił przedstawicielom kultury, edukacji, gospodarki i sportu o potrzebie budowania relacji w coraz bardziej podzielonym społeczeństwie. W minioną środę, rozpoczynając cykl katechez o Gaudium et spes, przypomniał, że Kościół nie może pozostawać biernym obserwatorem historii, lecz powinien wejść w rzeczywistość i mierzyć się z jej sprzecznościami. To bez wątpienia także powrót pojęcia dobra wspólnego, wracającego za sprawą Leona do słownika nie tylko ekonomistów, takich jak prof. Marina Mazzucato, ale i części polityków.
Katolików odpowiedzialność za świat
W tym kontekście spotkanie z Bernardem Arnault nie jest wyjątkiem. W papieskim kalendarzu pojawiają się kolejni przedstawiciele świata wielkiego biznesu. Leon spotykał się z Johnem Elkannem, stojącym na czele Ferrari i związanym z imperium inwestycyjnym rodziny Agnellich; w maju ponownie przyjął delegację Ferrari przy okazji prezentacji pierwszego elektrycznego samochodu tej marki. Pod koniec sierpnia do Watykanu przyjechali Ignacio Sánchez Galán, prezes jednego z największych światowych koncernów energetycznych Iberdrola, oraz jego dyrektor generalny Pedro Azagra. W styczniu papież przyjął Aidana Gomeza, szefa jednej z ważnych firm rozwijających sztuczną inteligencję, Cohere, a także osobno grupę liderów sektora energetycznego i wydobycia surowców krytycznych z Ameryki Łacińskiej. Nie chodzi więc wyłącznie o ludzi posiadających wielkie majątki, bo wspólnym mianownikiem jest raczej tu sprawczość: zdolność wpływania na gospodarkę, technologię, miejsca pracy i kierunki wielkich inwestycji. Jeszcze ciekawszy sygnał pojawił się w sierpniu, kiedy Leon XIV dokonał zmian w watykańskiej Radzie ds. Ekonomicznych. Do siedmioosobowej grupy świeckich ekspertów w tym organie powołał między innymi księżniczkę Giselę z Liechtensteinu, trzydziestosześcioletnią menedżerkę z doświadczeniem w bankowości inwestycyjnej, kierującej Industrie und Finanzkontor w Vaduz, firmą wyspecjalizowaną w długoterminowym zarządzaniu i ochronie rodzinnych majątków. Obok niej do Rady weszła Elena Wettstein Principato, związana z międzynarodowym wealth management w UBS. To nie funkcje dekoracyjne, Rada należy do najważniejszych organów nadzoru nad administracją i finansami Stolicy Apostolskiej; zgodnie z konstytucją Praedicate Evangelium ma korzystać właśnie z wiedzy świeckich ekspertów oraz z najlepszych, uznanych międzynarodowo praktyk zarządzania.
Spotkania te i nominacje dobrze pasują do szerszego obrazu pontyfikatu. Leon nie wydaje się traktować świata wielkich pieniędzy jako rzeczywistości, którą Kościół powinien obserwować z bezpiecznej odległości. Przeciwnie: wchodzi z nim w kontakt, korzysta z kompetencji, a jednocześnie bardzo wyraźnie przypomina o granicach, jakie kapitałowi wyznaczają godność człowieka i dobro wspólne. To nie tyle rehabilitacja bogactwa, ile próba związania wpływu z odpowiedzialnością. Człowiek, który zarządza miliardami, technologią albo przedsiębiorstwem zatrudniającym dziesiątki tysięcy ludzi, jest dla tego papieża nie tylko przedstawicielem „elit”, a kimś, od kogo realnie może zależeć fragment świata. Ludzie tacy jak Bernard Arnault czy księżniczka Gisela pasują do tego obrazu bardzo dobrze. Człowiek mający pieniądze, przedsiębiorstwa, kontakty i ogromną zdolność oddziaływania posiada również szczególny zakres odpowiedzialności zarówno za swoich pracowników, jak i za społeczność, w której ten biznes prowadzi. Symbolicznym tego przejawem było przypomnienie na wystawie podczas Mettingu w Rimini, Léona Harmela, który zasady katolickiej nauki społecznej wprowadzał w życie jeszcze przed spisaniem ich przez innego jeszcze Leona w Rerum novarum.
Wracając jednak do tu i teraz, obecny papież zdaje się mówić ludziom wpływowym: „komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie” (Łk 12, 48). Spoglądając zaś na współczesny świat, w którym korporacje i wielki kapitał odgrywają rolę większą niż kiedykolwiek, trudno uznać te papieskie inicjatywy i spotkania za przypadkowe. Watykan tak nie działa, Stolica Apostolska nie pozwala sobie na przypadki. Być może więc sojusz, który próbuje budować Watykan, odpowiadając na pękniecie współczesnego świata, opierać się ma najpierw na uświadomieniu wielkiemu kapitałowi jego odpowiedzialności za przyszłość świata inną niż ta wymyślana w Dolinie Krzemowej.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











