Obraz powojennej prowincji

Co wyłania się z obrazu nakreślonego przez Stasiaka w „Lekarzach prowincjonalnych"? Czy li tylko zabobonny świat, do którego trafiają wielkomiejscy eksperci – lekarze, felczerzy, pielęgniarki, nauczyciele – żeby nieść kaganek oświaty „ciemnemu ludowi”?
Czyta się kilka minut
Fot. Materiały prasowe Wydawnictwo Czarne
Fot. Materiały prasowe Wydawnictwo Czarne

Marcin Stasiak stworzył reportaż historyczny, za punkt wyjścia przyjmując perspektywę inteligenta, delegowanego z „wielkiego miasta” na prowincję, rozumianą jako połączenie miasteczka z wsią. Autor na początku poświęca dużo miejsca na wyjaśnienie tej symbiozy, która istniała zaraz po wojnie między mieszkańcami miasteczka a rolnikami. Zaznacza także, że nie chce używać określenia „prowincji” w znaczeniu pejoratywnym, jako miejsca zacofania. A jednak w miarę lektury trudno się oprzeć wrażeniu, że przywoływane świadectwa lekarzy, nauczycieli, generalnie inteligentów – które autor-historyk znajduje nie tylko w dokumentach w państwowych archiwach, ale i w pamiętnikach, pracach literackich wysłanych na konkursy – utwierdzają nas właśnie w tym obrazie zacofania prowincji w stosunku do wielkomiejskich skupisk. Jego podłoża Stasiak doszukuje się zarówno w konsekwencjach wojny i opóźnionej – w stosunku do miast – odbudowie infrastruktury, jak i w mentalności mieszkańców prowincji, która była w dużym stopniu wciąż nasycona zabobonnością, tradycjonalizmem religijnym i konserwatyzmem, spowalniającymi przyjmowanie „nowinek” ze świata, w tym wiedzy medycznej. 

Problemy wsi

Zanim jednak autor odda głos swoim bohaterom, nakreśla bardzo merytorycznie, a zarazem ciekawie, cały kontekst historyczny czasów, w których przyszło im żyć. Pisze o zależności przedstawicieli „służby zdrowia” (jak oficjalnie nazywano system ochrony zdrowia) od obowiązującej ideologii i władz komunistycznych. 

„Aleksander Bałasz, gdy podejmował decyzję o wyjeździe do Siedliszcza, dokonywał wolty w swoim prywatnym życiu. A jednocześnie – czy tego chciał, czy nie – przykładał rękę do legitymizacji państwa. Państwo to było opresyjne, dławiło pluralizm polityczny i światopoglądowy. Jednocześnie jednak formułowało program pozytywny, obietnicę bezpieczeństwa socjalnego dla obywateli. Po II wojnie światowej opieka zdrowotna stała się jednym z elementów legitymizacji komunistycznej władzy, ważnym punktem nowej umowy społecznej. Komuniści zbudowali wschodnioeuropejską wersję państwa opiekuńczego i w zamian oczekiwali od obywateli politycznej bierności”.

Stasiak przedstawia przebieg procesów społeczno-politycznych, które miały istotny wpływ na obraz konkretnego miasteczka czy wsi, na ich rozwój lub upadek. „Wygrywały” tylko miejscowości, w których stawiano zakłady przemysłowe. Rzemieślnictwo i handel detaliczny – stanowiące przed wojną jedno z głównych źródeł utrzymania mieszkańców miasteczek – zostały zdegradowane przez wielki przemysł i spółdzielnie. To natomiast pociągało za sobą odpływ ludności do większych miast, w poszukiwaniu innego sposobu zarobkowania. 

„Rzemieślnik przegrywał z fabryką. Pędząca industrializacja nie potrzebowała małego miasteczka z jego szewcami, ceglarzami, bednarzami i krawcami (…) Małe miasta połowy lat pięćdziesiątych zwijały się. Filary ich roli i znaczenia, podkopane już przez rewolucję przemysłową w XIX wieku, po II wojnie światowej stały się jeszcze bardziej chwiejne. W latach pięćdziesiątych doskonale już zdawano sobie sprawę, że do ich stagnacji przyczyniło się upaństwowienie handlu i usług”.

Również Holokaust przyczynił się do zmiany wyglądu prowincji, szczególnie na wschodzie Polski. 

„W rezultacie w 1942 i 1943 roku z krajobrazu Polski zniknął sztetl – szczególna wschodnioeuropejska postać małego miasteczka. Razem z Żydami, ich tradycją, zwyczajami i codziennością, jaką współtworzyli wraz z innymi wspólnotami, prowincja utraciła swój kontur, ważny element tożsamości. Zagłada Żydów doprowadziła także do znacznego zaniku miastotwórczych funkcji społeczności związanych z handlem i usługami”.

Obraz tak zdegradowanej prowincji nie miał w sobie nic ponętnego dla ludzi z miasta, w tym dla wysyłanych na nią przedstawicieli inteligencji, nierzadko jednak z niepełnym wykształceniem i brakiem doświadczenia. Po wojnie brakowało wszystkiego, również ludzi po studiach medycznych czy pedagogicznych. Wykorzystywano więc tych, którzy mieli średnie wykształcenie i którzy dokształcali się w trakcie wykonywania już pracy. 

Ludowi eksperci

Również dlatego istniał wówczas zawód felczera, pośredni między lekarzem a pielęgniarzem. 

Jak wspomniałam, Stasiak w dużej części swojej książki oddał głos tym wszystkim „ekspertom”, których albo władza „zesłała” na prowincję, albo którzy sami zdecydowali się na taki wybór miejsca pracy. Ci drudzy byli w zdecydowanej mniejszości.

„(…) prowincja nie oferowała tu szczególnie zachęcających perspektyw. Jej obraz jako «inteligenckiego grobu» pojawia się w niejednych wspomnieniach. Lecz nie zawsze chodziło tylko o poczucie «zesłania». Strach czy obawa miały tu także znacznie bardziej prozaiczne źródła: czy będzie miało się gdzie mieszkać, czym dojechać do chorych, czy gabinet, ośrodek zdrowia lub szpital będą wyposażone w najpotrzebniejsze sprzęty, czy doprowadzono wodę i elektryczność”.

Autor przywołuje bardzo plastycznie spisane wspomnienia, dzięki którym jego opowieść nabiera całkiem innego kolorytu, niż mamy do czynienia w standardowej pracy historycznej. Chwilami czyta się ją jak wciągającą powieść obyczajową. Bez wątpienia główną zasługą autora jest wybór takiej konstrukcji dla swojej opowieści i odszukanie tych wszystkich fascynujących świadectw. Ale nie można odmówić Stasiakowi talentu literackiego. Wychodzi często poza standardową narrację historyka, używa porównań, a nawet metafor. I co może najważniejsze – daje poczucie bliskości swoich bohaterów, próbuje ich bardziej zrozumieć, niż oceniać. 

„[spotkanie pacjentów z lekarzem oznaczało] nieuchronną konfrontację dwóch różnych sposobów pojmowania zdrowia i choroby. Stare i oswojone spotykało się z nowym i niezrozumiałym.

Zderzenie było ciche, niemal prywatne i intymne. Chociaż angażowało miliony, nie miało w sobie żadnej spektakularności. Rozkładało się na tysiące mikroaren, które znikały równie szybko i bezszelestnie, jak powstawały. Rewolucja rozgrywała się na ogół w czterech ścianach wiejskiej chaty, często jeszcze niezelektryfikowanej, w karetce przedzierającej się przez śnieg albo w licho wyposażonym ośrodku zdrowia. Stary świat znachorów, dmuchaczy i babek w końcu przegra, stanie się powidokiem. Będzie można go przywoływać ze śmiechem, z zażenowaniem myśląc o naszych prowincjonalnych antenatach. Lecz zanim to się stanie, minie jeszcze trochę czasu”.

Rozmowa na początek 

Stasiak bardzo mocno podkreśla, że kwestia nawiązania dialogu lekarza, nauczyciela z miejscową ludnością była kluczową dla powodzenia ich „misji”. Pisze o roli języka, znajomości gwary. I, co dobrze świadczy o nim i jego „inteligenckich” bohaterach, przy całej świadomości złego wpływu zabobonnego myślenia, unikają deprecjonowania ludzi z prowincji. Raczej budują mosty, na których mogą się z nimi spotkać. 

„Do zmiany przyzwyczajeń nie wystarczały improwizowane akcje i spontaniczne zrywy. Potrzebna była stale obecna «medyczna materialność» – stworzenie przestrzeni, które staną się integralną częścią krajobrazu prowincji i będą blisko, tak jak blisko była babka albo znachor. Taką funkcję spełniały izby porodowe, ośrodki zdrowia, wreszcie stacje pogotowia ratunkowego i szpitale w lokalnych centrach administracyjnych. Wpisywały się one zresztą w szerszy trend «wbudowywania się» państwa w przestrzeń peryferii. Bo przecież obok placówek służby zdrowia pojawiały się też szkoły, domy kultury, biblioteki, świetlice, a czasami nawet baseny (…). Rzecz jasna sam budynek, choćby najbardziej okazały, niczego automatycznie nie zmieniał. Jednak fakt, że powstawał przy udziale miejscowej ludności i z inicjatywy lokalnego lidera, któremu się ufało, na pewno bardziej skłaniał do korzystania z usług, jakie tam oferowano”.

Lekarze prowincjonalni to dla mnie też taki most – do zrozumienia tych, którzy byli przed nami.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 37/2026