Leon w Hiszpanii. Gaudí, Bad Bunny i młodzież skupiona na adoracji

Od Światowych Dni Młodzieży w Madrycie w 2011 roku Hiszpania nie widziała takiej manifestacji wiary. Ponad milion uczestników niedzielnej mszy z papieżem i 600 tysięcy młodych ludzi na adoracji Najświętszego Sakramentu pod słynnym stadionem Bernabeu.
z Hiszpanii
Czyta się kilka minut
Papież Leon XIV witany przez wiernych w Katedrze Świętego Krzyża i św. Eulalii w Barcelonie, gdzie przewodniczył południowej modlitwie, 9 czerwca 2026 r. | Fot. VM/CPP/East News
Papież Leon XIV witany przez wiernych w Katedrze Świętego Krzyża i św. Eulalii w Barcelonie, gdzie przewodniczył południowej modlitwie, 9 czerwca 2026 r. | Fot. VM/CPP/East News

Kiedy na początku roku rozmawiałem z prof. Yago dela Ciervą, on wiedział już, że papież poleci do Hiszpanii. Był przygotowany, za wczasu wykupił domenę www.conelpapa.es, wiedząc że będzie brał udział przygotowaniach do papieskiej pielgrzymki. Wiedzieli to zresztą wszyscy, którzy znają Yago. To postać legendarna i niezwykła zarazem, dobry duch wszystkich Światowych Dni Młodzieży. Kiedy w 2016 roku byliśmy w Częstochowie opowiadał mi dokładnie, gdzie stał jeden z nielicznych wówczas toi toi, przy którym sam spędził prawie całe Światowe Dni Młodzieży w 1991 roku ze św. Janem Pawłem II. Ale oczywiście nie dlatego prof. de la Cierva jest niczym postać ze średniowiecznych opowieści o rycerzach; chodzi o kompetencje, serce i odpowiedzialność, to niezwykle rzadkie połączenie, które sprawia, że lider ma nie tylko władzę, ale i zaufanie. 

Młody Kościół, stary kraj

Od 2011 roku, kiedy po serii kryzysów stawiających pod znakiem zapytania ówczesne święto młodych z papieżem w Madrycie, to właśnie (Sant) Yago stanął na czele tamtego komitetu organizacyjnego, bezpiecznie wyprowadzając rozbujaną łódź na spokojne wody, dzięki którym w ulewnym deszczu setki tysięcy młodych mogły wraz z papieżem Benedyktem XVI adorować Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, nie obawiając się ani o dostęp do podstawowych kwestii sanitarnych, ani żywieniowych, ani logistycznych. Yago oddał serce – jak sam to nazywa – Church mega-events i komunikacji kryzysowej w Kościele. Od tamtego czasu pojawia się zawsze tam, gdzie Kościół potrzebuje pomocy przy organizacji wydarzeń na globalną skalę.

Nic więc dziwnego, że kiedy po piętnastu latach papież wrócił do Hiszpanii, nie mogło zabraknąć tam prof. de la Ciervy. Nie dziwne także, że pamiętając doświadczenia madryckich Światowych Dni Młodzieży i tego wszystkiego, co stało się komunikacją Kościoła od tamtego czasu, wizyta Leona XIV w Hiszpanii, a przynajmniej jej madrycka odsłona, przygotowana została z największą pieczołowitością, jak często wskazywały lokalne media, pod względem zaangażowania ludzi młodych. To bowiem młodzi wolontariusze, których w Madrycie, Barcelonie czy na hiszpańskich wyspach można było spotkać niemal wszędzie, sprawili, że słowa Leona XIV wybrzmiały tak silnie, a każdy jego gest i każdy krok śledzony był przez wiernych, rozstawionych w kluczowych miejscach miasta, zwłaszcza na trasie papieskiego przejazdu, a także w mediach społecznościowych. Już na samym początku wrażenie zrobiło wieczorne czuwanie, chyba także na samym Leonie XIV, który wprost powiedział do zgromadzonych tłumnie wokół Bernabeu: „Zobaczcie, ilu was jest!”.

Pielgrzymka o międzynarodowym wydźwięku

Nikt się tego bowiem nie spodziewał, ale te i inne słowa papieża brzmiały daleko poza Hiszpanią. Kontekst języka sprawiał, że pielgrzymka miała znacznie szersze oddziaływanie niż w samej Hiszpanii, a nawet Europie. Na ulicach i placach Madrytu zgromadzili się dziennikarze z wszystkich hiszpańskojęzycznych mediów, także tych z Ameryki Łacińskiej i Stanów Zjednoczonych. To z jednej strony pod względem komunikacyjnym sprawiało, że Leon XIV musiał mieć świadomość, że jego słowa słuchane i analizowane będą także za Oceanem. Nie bez powodu papież wspomniał kwestie budowania pokoju i szukania powołania, także duchowego. Świat hiszpańskojęzyczny jest miejscem pochodzenia jego poprzednika, do którego nawiązuje często, choćby w kontekście migracji, nie tylko na Wyspach Kanaryjskich, powtarzając nawet franciszkowy gest wrzucenia wiązanki kwiatów w morze.

Globalne znaczenie tej pielgrzymki wykracza poza Półwysep Iberyjski także z innego powodu. Leon XIV spędził wiele lat w Peru, kraju mającym bezpośrednie i silne związki z Koroną Hiszpańską, także poprzez historię doznanych od Hiszpanów krzywd. Trudno, żeby nie zdawał sobie sprawy z tego, jak Hiszpania z całym swoim kolonialnym dziedzictwem postrzegana jest w Ameryce Łacińskiej. I także dlatego jego słowa, wypowiadane na hiszpańskiej ziemi, były tak pilnie słuchane poza granicami hiszpańskiej korony. Zwłaszcza te, które padły w Kortezach, hiszpańskim parlamencie. Leon przypomniał Szkołę z Salamanki, pierwszych myślicieli, którzy po odkryciu przez Krzysztofa Kolumba Nowego Świata musieli zmierzyć się z pytaniem czy to, co po drugiej stronie Oceanu, to Ziemia i świat taki sam jak Europa, a tym samym ludzie mający taką samą godność jak Europejczycy, czy nie? W dobie cyfrowego niewolnictwa i traktowania przez wielkie korporacje danych i ludzi w sposób stricte użytkowy, a także w związku z kolonialną historią hiszpańskiej Korony, pytania te nabierają nowego znaczenia. Papież, odwołując się do dziedzictwa szkoły z Salamanki, przypomniał, że refleksja nad osobą ludzką rodzi się szczególnie tam, gdzie historia stawia narody wobec nowych wyzwań moralnych. W czasach odkryć geograficznych hiszpańscy teologowie i prawnicy, zwłaszcza Franciszek z Vitorii, postawili pytanie o niezbywalną godność każdego człowieka, moralne granice władzy oraz odpowiedzialność wspólnot politycznych. Ich intuicja totus orbis, jednej wspólnoty ludzkiej, przekraczającej interesy poszczególnych państw, współtworzyła późniejszą świadomość prawa międzynarodowego. Papież podkreślił, że dziedzictwo Salamanki pozostaje aktualne także dziś, gdy nowe „światy” otwierają się już nie na mapach, lecz w obszarach technologii, ekonomii, biomedycyny i cyfrowości. Właśnie tam, podobnie jak pięć wieków temu, trzeba pytać, czy to, co możliwe i legalne, jest zarazem sprawiedliwe, ludzkie i zgodne z godnością osoby? Może dlatego jego historyczne, bo pierwsze, papieskie wystąpienie w hiszpańskim parlamencie spotkało się z długą, siedmiominutową owacją na stojąco. I to wszystkich opcji politycznych.

Bad Bunny, Gaudí i Karol Wojtyła

Wizyta w stolicy była konieczna: to centrum państwa, władzy, mediów, dyplomacji i wielkich liczb. Tam Leon XIV spotkał się z królem i królową, przemawiał do władz, społeczeństwa obywatelskiego i korpusu dyplomatycznego, tam stanął przed hiszpańskim parlamentem, tam też młodzi pokazali, że Kościół w Europie nie musi być wyłącznie wspomnieniem dawnych czasów. Ale logika tej podróży nie była logiką zatrzymania się w centrum. Przeciwnie, im dalej papież jechał od Madrytu, tym wyraźniej widać było, że centrum chrześcijaństwa nie jest tam, gdzie są instytucje, lecz tam, gdzie człowiek naprawdę potrzebuje Boga i sensu, piękna, miłosierdzia i domu. Barcelona była drugim rozdziałem tej samej opowieści, ale napisanym innym językiem. Madryt mówił językiem polityki i wielkiego zgromadzenia, Barcelona zaś językiem kamienia, światła, sztuki, modlitwy i miasta, które samo w sobie jest metaforą napięcia między nowoczesnością a dziedzictwem. Papież przybył tam nie tylko po to, aby kontynuować spotkanie z młodymi, choć wieczorne czuwanie na Stadionie Olimpijskim im. Lluísa Companysa miało znów wymiar wielkiego święta wiary. Barcelona pozwoliła jednak zobaczyć, że chrześcijaństwo nie jest tylko systemem wartości, który można przywołać w parlamencie, ale kulturą zdolną stworzyć świat, przestrzeń, architekturę, język i wyobraźnię. Najmocniej zabrzmiało to w Sagrada Família, gdzie w bazylice autorstwa Antonia Gaudíego Leon XIV mówił o świątyni, która nie jest jedynie pomnikiem, lecz budowlą wciąż wznoszoną. To obraz niezwykle ważny dla całej tej pielgrzymki, bo także Kościół w Hiszpanii, a może szerzej, Kościół w Europie, nie jest ani skończonym muzeum, ani ruiną po dawnej cywilizacji, tylko konstrukcją wciąż nieukończoną, miejscem pragnienia, obietnicy i pracy, w którym kolejne pokolenia mogą dokładać własną cegiełkę. Papież, błogosławiąc najwyższą wieżę bazyliki, wieżę Jezusa Chrystusa, przypomniał, że chrześcijaństwo nie istnieje po to, by wyróżniać się w rankingach wysokości, wpływu czy znaczenia, lecz by wskazywać ku górze i oświetlać drogę tym, którzy idą przez ciemność. Tak samo, jak strzeliste katedry.

W tym sensie Gaudí stał się jednym z milczących bohaterów papieskiej wizyty. Leon XIV nazwał jego dzieło katechezą z kamieni, barw i światła, a w epoce obrazu przypomniał, że sztuka i piękno pozostają uprzywilejowanymi drogami ewangelizacji. Dlatego wizyta w Barcelonie była także ważnym dopowiedzeniem do spotkania z młodymi. Ci sami młodzi, którzy na co dzień żyją w świecie Bad Bunny’ego, TikToka, Instagrama i kultury natychmiastowości, potrafili słuchać papieża, modlić się i uczestniczyć w wydarzeniu, którego najgłębszy sens nie mieścił się w logice algorytmu. Ale Barcelona nie była tylko miastem piękna. Program papieski prowadził również do więzienia Brians 1, do sanktuarium Matki Bożej z Montserrat oraz spotkania z diecezjalnymi organizacjami charytatywnymi i pomocowymi w kościele Sant Agustí, dzięki czemu stolica Katalonii nie zamieniła się w estetyczną pocztówkę, a papież nie zatrzymał się na zachwycie nad architekturą, pokazując, że piękno chrześcijaństwa musi zejść tam, gdzie są ludzie zamknięci, zranieni, samotni, ubodzy i wykluczeni. Montserrat wprowadzało do tej części podróży wymiar maryjny i kataloński, ale także osobisty: Leon XIV wspomniał tam swoje lata pracy duszpasterskiej w parafii Santa María de Montserrat w peruwiańskim Trujillo. W jednym geście spotkały się więc Katalonia, Hiszpania, Ameryka Łacińska i biografia papieża, który dobrze wie, że centrum świata często leży daleko od miejsc oficjalnie uznawanych za centralne.

Z centrum na peryferie

Stąd jakby naturalny był kolejny krok: Wyspy Kanaryjskie. Po Madrycie i Barcelonie papież poleciał do Las Palmas de Gran Canaria, czyli na geograficzną i symboliczną krawędź Europy, gdzie najsilniejsza nie jest ani polityka, ani tradycja, a morze. To samo morze, które dla jednych jest turystycznym pejzażem, dla innych pozostaje granicą życia i śmierci. W porcie Arguineguín Leon XIV spotkał się z organizacjami pracującymi z migrantami, na stadionie Gran Canaria modlił się za braci i siostry, którzy stracili życie na morzu, i mówił o Sercu Chrystusa jako o źródle człowieczeństwa, miłosierdzia i współczucia. Po centrum politycznym i centrum kulturowym przyszła więc peryferia cierpienia. To przejście od centrum do peryferii było być może najważniejszą logiką całej pielgrzymki – Leon XIV nie przyjechał do Hiszpanii tylko po to, aby potwierdzić jej katolicką pamięć, wzruszyć tłumy i zostawić kilka efektownych obrazów, ale aby pokazać, że wiara sprawdza się w ruchu: od parlamentu do więzienia, od stadionu młodych do portu migrantów, od Sagrada Família do tych, którzy nie mają żadnej rodziny, żadnego domu i żadnej pewnej ziemi pod stopami. Jeśli w Madrycie papież pytał, czy to, co legalne i możliwe, jest także sprawiedliwe i ludzkie, to na Gran Canarii to pytanie otrzymało twarze konkretnych ludzi, gdzie abstrakcyjna godność osoby przestała być tematem wystąpienia, a stała się dramatem ciał wyławianych z morza, biografii przerwanych w drodze i wspólnot, które muszą zdecydować, czy ich dobrobyt oznacza obojętność czy odpowiedzialność?

W tym miejscu powraca Karol Wojtyła. Dla wielu Hiszpanów Jan Paweł II pozostaje papieżem, który potrafił poruszyć naród, przyciągnąć młodych i nadać chrześcijaństwu publiczną odwagę, jak wielokrotnie słyszałem w rozmowach z lokalsami, kiedy mówiłem, że jestem Polakiem. Ale prawdziwe podobieństwo między Wojtyłą a Leonem XIV nie polega na stylu, temperamencie ani nawet na skali zgromadzeń, a raczej na intuicji, że Kościół musi iść drogą człowieka. Leon XIV w Hiszpanii dopisał do tej intuicji własny akcent: człowiek jest drogą Kościoła wtedy, gdy stoi w parlamencie, siedzi w więziennej celi, śpiewa na stadionie, modli się pod wieżami Gaudíego, ale też kiedy wysiada z łodzi na skraju Europy.

Z papieskiej pielgrzymki do Hiszpanii wyłania się marzenie Leona XIV o Kościele. Papież nie chce, by Kościół zamknął się w nostalgii ani rozpuścił w nowoczesności, lecz był wspólnotą, która wpatrzona w Chrystusa staje przy drugim człowieku, który potrzebuje bliskości.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.

Co otrzymujesz w subskrypcji?

- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów

- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym

- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej

- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online

- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży

- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF

Najlepsza cena

Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.

- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł

↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 25/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Hiszpański cud