W zgiełku otaczających Jezusa ludzi to właśnie jego dostrzegł: człowieka, z którym nikt się nie liczył. Jeśli o niego pytano, to tylko w kontekście ciężaru, który niósł – w kontekście szukania przyczyn jego stanu w domniemanych grzechach jego samego lub jego rodziny. Nie tak Bóg patrzy na człowieka. W opisanej przez ewangelistę Jana scenie widzimy Jezusa, który po prostu dostrzega człowieka, który poważnie traktuje jego istnienie, jego bolączki i jego pragnienia.
Potrzeba bycia dostrzeżonym jest żywa w każdym człowieku, niezależnie od czasów, w jakich żyje, od pochodzenia, statusu majątkowego czy miejsca zajmowanego w społeczeństwie. Dojmująco doświadczali jej wszyscy niewidomi, kalecy, sparaliżowani i trędowaci żyjący w czasach Jezusa. Jej niezaspokojenie pozostaje jednym z najważniejszych problemów również ludzi naszej epoki. Giniemy w tłumie. Giniemy pośród niezliczonych monologów prowadzonych przez ludzi, którzy potrafią mówić głośno, zakrzykiwać innych, tropić wokół zło i grzech, uzurpując sobie prawo do rozstrzygania, co jest dobre, a co złe. Potrzeba, by ktoś zobaczył w nas po prostu człowieka, by naprawdę nas dostrzegł, staje się ciężarem trudnym do uniesienia, gdy mimo wielu kontaktów, spotkań i uczestnictwa we wspólnocie nie odnajdujemy nikogo, kto powiedziałby: „widzę cię”. To jest jeden z korzeni epidemii samotności, o której dziś mówią niemal wszyscy: samotności w tłumie, skazania na ocenę, sąd i odrzucenie.
Anonimowy bohater tej perykopy był osądzany przez faryzeuszów, a wcześniej nawet przez uczniów Jezusa. Ci pierwsi przeprowadzili całe dochodzenie, kwestionując nawet tożsamość uzdrowionego człowieka, byle tylko dowieść swoich racji. Zastraszyli nawet rodziców niewidomego, a ostatecznie odrzucili go i wykluczyli. Dlaczego to zrobili? Bo nie pasował do ich wizji świata, Boga i religii. Był dla nich zagadką. Wyrzucili go jednak również z powodu Jezusa. Zakwestionowali człowieka i historię jego życia, ale przede wszystkim to, co uczynił dla niego Nauczyciel, a ostatecznie – zignorowali samego Jezusa.
Te same siły niestety wciąż w nas działają. Wciąż podajemy w wątpliwość działanie Boga w historiach ludzi, którzy nie odpowiadają naszym wyobrażeniom o tym, jak powinien wyglądać Kościół i w jaki sposób powinni oddawać Bogu chwałę ci, których postrzegamy jako grzeszników, niewidomych czy trędowatych współczesnego społeczeństwa i wspólnoty. Kto jednak w tej historii jest prawdziwie ślepy? Człowiek, którego Jezus uzdrowił, czy ci, którzy próbowali to podważyć? Kto naprawdę oddaje chwałę Bogu? Ten, który po odrzuceniu przez innych mówi: „wierzę, Panie!”, czy ci, którzy twierdzą, że widzą, a w rzeczywistości pozostają ślepi na działanie Boga w Kościele i świecie?
Patrzymy na ludzką biedę i pogubienie. Widzimy cierpienie, zło i grzech. Ale czy to znaczy, że dostrzegamy człowieka? Nie wiemy, jak działa Bóg w ludziach, których tak łatwo chcielibyśmy przekreślić i odrzucić. Nie wiemy, jakie doświadczenia i jaki ból kryją się za ich postępowaniem. Widzimy tylko to, co znajduje się na powierzchni. Dlaczego więc pozwalamy sobie na osąd i próbujemy wejść w rolę Boga, wydając sąd o wierze lub niewierze tych, których nie potrafimy nawet naprawdę dostrzec wokół siebie? Pozwólmy Bogu działać. Niech On leczy naszą ślepotę. Niech przywraca nam wiarę, która potrafi dostrzec Go w ludzkich historiach.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.







