Tego chcecie, panowie realiści?

Interesem Polski nie jest odcinanie się od Kijowa, ale wspieranie go, bo tylko niepodległa Ukraina jest dla nas buforem przed Rosją. Politycy, którzy podsycają antyukraińskie nastroje, zamiast chronić polską rację stanu, fundują nam małostkowe gierki.
Czyta się kilka minut
Ochotnik składa przysięgę. Bojownicy z Czeczenii, rosyjskiej republiki na Kaukazie Płn., biorą udział w walkach po obu stronach konfliktu na Ukrainie. Kijów, 27.08 2022 r. | fot. AP/East News
Ochotnik składa przysięgę. Bojownicy z Czeczenii, rosyjskiej republiki na Kaukazie Płn., biorą udział w walkach po obu stronach konfliktu na Ukrainie. Kijów, 27.08 2022 r. | fot. AP/East News

Każde wydarzenie ma swoją wymowę symboliczną, podobnie jak każda chronologiczna zbitka wydarzeń. Szczyt w Waszyngtonie i nasza tam nieobecność, a jednocześnie rosyjski dron, który bez przeszkód leci nad polskim niebem i spada sobie gdzie chce, na lubelskim polu – to symbol wyrazisty aż do bólu. Bo przecież nie jest to przypadkowy zbieg okoliczności: oba wydarzenia wynikają z jednej i tej samej przyczyny. Brak nam liderów z prawdziwego zdarzenia, a ci, których mamy, wolą się spierać między sobą, niż wspólnie dbać o interes państwa.
To wyjaśnienie ma oczywiście swoje drugie, głębsze dno. Politycy kłócą się, bo wiedzą, że tego oczekuje od nich – przepraszam za mocne określenie – polityczna gawiedź, zwana dla przyzwoitości opinią publiczną. Mamy tu do czynienia z fatalnym perpetuum mobile: zdemoralizowani przez wyborców politycy sami demoralizują dalej społeczeństwo, mówiąc ludziom tylko to, co tamci chcą usłyszeć – bo tylko w ten sposób mają szansę wygrać kolejne wybory. I nic z tym zrobić nie można, zgodnie z matematycznym szacunkiem może być tylko gorzej. Bo taki mamy ustrój. Czy jest ktoś chętny do jego zmiany?
Ten cały mechanizm opisywałem już niejeden raz i teraz nawet z pewnym wstydem powtarzam owe nudne, kasandryczne banały. Ale w minionych dniach wydarzyło się w Polsce coś jeszcze. Dzień Niepodległości Ukrainy, obchodzony 24 sierpnia. Obchodzili go Ukraińcy, razem z nieliczną grupką polskich entuzjastów. Reszta narodu zachowała dystans – i był to dystans raczej niechętny. W przestrzeni wymiany poglądów dominowała irytacja na młodych ludzi, którzy zdewastowali jedną z wystawowych warszawskich ulic, malując asfalt w barwach własnej ojczyzny. O tym, że działo się to przed ambasadą Rosji, donoszono już rzadziej.
W tle tej gry sygnałami (cały czas mówmy o symbolach, które docierają do podświadomości) mamy społeczną satysfakcję ze „sprawiedliwego” weta prezydenta w sprawie „800 plus” dla niepracujących Ukraińców. Wiadomo, niewdzięczni, nie chcą u siebie bronić kraju, a u nas domagają się świadczeń. W ogóle to ich u nas za dużo. Już nawet nie wspominajmy o Wołyniu.

Pomniejszyciele i „realiści”
Gdzie tu zbieżność? Otóż nadal poruszamy się w obrębie tego samego, fatalnego schematu. Antyukraińskość jest dziś na fali, czują to nasi przywódcy – i to nie tylko po stronie zwanej prawą. Prześcigają się więc w mrużeniu oka do „swojego” elektoratu, albo też otwarcie i bez ceregieli sączą w lud antyukraińskie sygnały. Czym tylko pogłębiają podziały, tym razem już nie polsko-polskie, lecz polsko-ukraińskie. Co zresztą wychodzi na jedno, ale o tym za chwilę.
Ktoś, jeszcze przed II wojną światową, nazwał takich ludzi pomniejszycielami. To ci, którzy pozornie wiedzeni troską o Polskę, wikłają ją tylko w niepotrzebne, małostkowe spory. Stawiają sprawę na ostrzu noża tam, gdzie trzeba wychodzić raczej z bochenkiem chleba, gdy tymczasem kwestie wymagające naprawdę potrzebnego Polsce sprzeciwu spychane są u nich w cień.
Aktualnym pokoleniem pomniejszycieli są „realiści”, jak sami lubią się nazywać. Któż to taki? To ludzie, którzy wszelkie objawy polskiej sympatii do Ukrainy, a także do przebywających u nas obywateli tego kraju, kwalifikują jako przejaw sentymentalizmu, szkodzącego narodowemu interesowi. Ich ulubionym hasłem jest dewiza Romana Dmowskiego, głosząca, że w polityce nie obowiązują zasady moralności. Jesteśmy realistami – twierdzą – bo tylko my stoimy twardo na gruncie faktów i polskich interesów. Otóż jest to jedna wielka nieprawda.

Nawet nam niechętna, byle niepodległa
Przyznaję – sam zaliczam się do sympatyków Ukrainy, czego chyba dowiodłem, pisząc o niej, na łamach różnych periodyków, już od czterdziestu lat. Ale zupełnie nie tutaj leży istota sprawy. „Dla potrzeb eksperymentu” jestem gotów nawet przez chwilę udawać, że Ukrainy i Ukraińców generalnie nie lubię. Wszystko po to, żeby przekonująco pokazać, że sojusz z Ukrainą jest dla nas, w wymiarze długiego okresu, jedyną drogą przetrwania. Podobnie jak dla Ukraińców sojusz z Polakami.
Nigdy dość przypominania o doktrynie, ukutej podczas ciemnej nocy polskiej zależności od „towarzyszy radzieckich” na łamach paryskiej „Kultury”. Jej autorem był Juliusz Mieroszewski, ale na równym podium należy tutaj postawić redaktora tego miesięcznika, Jerzego Giedroycia. Przekonywali oni rodaków, że kiedyś, w niedającej się przewidzieć przyszłości, zaistnienie niepodległego państwa ukraińskiego (czytaj: niepodległego od Rosji) będzie, samo w sobie, leżało w polskim interesie. Bo jeśli w Kijowie nie będzie Ukrainy, będzie tam Rosja. A to zawsze oznacza znacznie gorszy dla Polaków scenariusz.
W myśl tej doktryny polską racją stanu jest nawet sąsiedztwo z ukraińskim państwem, którego władze są Polsce nieżyczliwe – byle były naprawdę od Rosji niezależne i byle nie otwarcie wrogie. Jednak dzisiaj w tym schemacie wariant, w którym Kijów dzieli równy i nieprzyjazny dystans do Warszawy i do Moskwy, jest raczej mało realny. Co więcej, przypadki prawdziwej ukraińskiej wrogości do Polski – bo są i takie – należałoby obecnie, jak i dawniej, przypisywać raczej ukrytym inspiracjom rosyjskich służb.
Podsumowując: gdybym nawet Ukraińców nie lubił, nadal bym uważał, że dobre z nimi sąsiedztwo, a przynajmniej sąsiedztwo, gdzie sąsiadowi nie sączy w ucho wężowego jadu sąsiad z dalszego wschodu, jest dla Polski zawsze, także dzisiaj i w przyszłości, rozwiązaniem lepszym niż rządząca Kijowem Moskwa, która z łaski dla nas pozwoli sobie czasem na potępienie „banderyzmu”. Oto, moim zdaniem, przykład prawdziwego realizmu.

Czarny scenariusz – na wszelki wypadek
Na koniec jeszcze jedna, boleśnie realna refleksja. Władimir Putin jest już stary i drży mu ręka, ale nie myślmy, że na Kremlu przestano, choćby na chwilę, przeglądać alternatywne warianty przyszłej ekspansji, pracowicie przygotowywane w różnych moskiewskich instytutach. I są to plany obliczone nie na kwartał czy rok, ale na dziesięciolecia. Uwzględniające niezmiernie bogate, bogatsze od polskich doświadczenia.
Jednym z takich doświadczeń jest z pewnością przypadek Czeczenii. Dawniej nie było narodu bardziej antyrosyjskiego niż Czeczeni. Od bez mała dwustu lat ten kaukaski naród dzielnie przeciwstawiał się najeźdźcom z północy, i to nie metodami walki bez gwałtu, lecz jak najbardziej wojennymi – na czele z upartą, z pokolenia na pokolenie przechodzącą ideą narodowej partyzantki. I co się w końcu stało? Reżim Putina, tocząc z Czeczenami długą, równie „beznadziejną” co upartą walkę na wyniszczenie i zmęczenie, dopiął swego. Dziś Czeczeni pod wodzą Ramzana Kadyrowa są najwierniejszymi z wiernych janczarami Putina, pomagają mu w ujarzmianiu Ukraińców.
Co się stanie, gdy Rosjanom, w ten czy inny sposób, uda się wreszcie przejąć kontrolę nad Kijowem? Nie łudźmy się, że będzie inaczej. Ukraińcy to dzielny naród, dzielniejszy dzisiaj od Polaków, ale przecież nieprzewyższający bitnością mistrzów w tej kategorii, jaką tradycyjnie są Czeczeni. Jeśli tylko Moskwa pokona Ukrainę, zrobi z Ukraińcami to samo, co Putin zrobił z Czeczenami. „Matuszka Rossija” da im na osłodę jakiegoś atamana, ukraińskie wydanie Kadyrowa, i pośle jego agentów do… Polski. Reszta dokona się sama. Dopiero wtedy, w samej rzeczy, będziemy mieli poważne powody, aby na Ukraińców narzekać.
Czy naprawdę tego właśnie chcecie, panowie „realiści”?
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 36/2025