Syria, gdzie w grudniu ubiegłego roku siły reprezentujące większość ludności obaliły krwawy i powszechnie znienawidzony reżim klanu Asadów, stanęła wobec kolejnego poważnego kryzysu. Słabe państwo, z wielkim wysiłkiem zbierające w całość rozczłonkowane kawałki kraju i próbujące podporządkować sobie liderów lokalnych wspólnot religijnych (sektarianizm – słowo którego warto się nauczyć, śledząc wydarzenia na Bliskim Wschodzie), przechodzi dziś nową próbę siły, a raczej słabości. Zbuntowali się przeciw niemu Druzowie. A za Druzami stoi Izrael, pilnie baczący, by jego syryjski sąsiad nie zjednoczył się i nie urósł w siłę.
160 watażków
O Druzach pisaliśmy już w marcu, przy okazji poprzedniego kryzysu. To jedna z bardziej zamkniętych, niedostępnych badaczom grup religijnych Bliskiego Wschodu. Właściwie trudno ich nawet uważać za muzułmanów, chociaż dla patrzących z zewnątrz mało się od nich różnią. Do dzisiaj żyją faktycznie w systemie rodowym, a ich jedynymi rzeczywistymi przywódcami są naczelnicy klanów. W Syrii jest ich na przykład, bagatela, stu sześćdziesięciu, a każdy z nich uważa się za przywódcę niepodległego państwa. Druzowie słuchają też, oczywiście, swoich przywódców religijnych, szejków, których można poznać po wysokich białych turbanach. Mieszkają w Libanie, Syrii oraz Izraelu. W Syrii od wieków zasiedlają podnóża bezludnych gór Hauran na południe od Damaszku, przy jordańskiej granicy.
Syryjscy Druzowie zawsze sprawiali kłopot rządzącym, rabując karawany z pielgrzymami, które mijały ich kraj w drodze do Mekki. Za Asadów siedzieli raczej spokojnie w swoim górskim mateczniku, w wojnie domowej nie angażując się ani po stronie reżimu, ani też po stronie jego przeciwników. Gdy 8 grudnia Damaszek zajęła Organizacja Wyzwolenia Lewantu (OWL), sunnicka grupa zbrojna, która rządzi teraz w Syrii, druzyjscy szejkowie ogłosili, że nic do nowego rządu nie mają… pod warunkiem że ów rząd nie będzie się wtrącał w ich sprawy i nie pośle do nich ani wojska, ani policji. Ten osobliwy warunek prezydent Ahmad asz-Szara zmuszony był przyjąć, jako że jego władza jest zbyt świeża i zbyt słaba, by egzekwować wśród Druzów jakąkolwiek podległość siłą. By ich pokonać, rząd w Damaszku musiałby walczyć z osobna z każdym spośród 160 watażków. A w warunkach partyzantki to wcale nie jest łatwiejsze od walki z jednym przeciwnikiem.
Jak to się robi na Bliskim Wschodzie
Taki patowy układ obowiązywał do początków lipca. Teraz to się skończyło, w typowy dla regionalnych stosunków sposób.
W zbójeckim procederze Druzowie mieli zawsze poważną konkurencję w postaci Beduinów. Beduin to arabski koczownik, pasterz pustyni, jakiego z resztą Arabów – tych w miastach i tych uprawiających rolę na wsi – łączy jedynie język i wiara. Całkowicie różni ich natomiast sposób życia, dlatego zapisujemy ich tutaj dużą literą, jako wspólnotę etniczną. Hauran jest już rejonem pustynnym, więc Beduini dzielą go wespół z Druzami. I ten fakt w zupełności wystarczy do wywołania konfliktu.
13 lipca Beduini porwali druzyjskiego kupca, który jechał do Damaszku z Suwajdy, stolicy prowincji Druzów w Syrii. W odpowiedzi Druzowie porwali dziesięciu Beduinów. I się zaczęło. W całym Hauranie rozgorzały etniczne walki. Na to zareagował Damaszek. Zareagował w sposób specyficzny, wysyłając na zdobycie Suwajdy nie regularną armię, lecz bojówki sunnickich radykałów, nienawidzących wszystkich wyznań poza własnym. Znając syryjskie realia, można przypuszczać, że dowódcy owych bojówek wysłali się sami, zaś słaby rząd tylko to przyklepał, nie chcąc narażać się własnym podkomendnym.
Chłopaki pojechały więc z radością na podbój niewiernych. Po drodze, w pierwszym miasteczku za granicą druzyjskiej prowincji, podpalili oni kościół Świętego Michała. Druz czy chrześcijanin, wszystko jedno… Podobnie beztrosko poczynali sobie na ulicach Suwajdy, kiedy już się tam dostali. Wziętym do niewoli obcinali wąsy, tradycyjny symbol druzyjskiej dumy, a filmiki z tych żenujących ceremonii puścili w obieg. Gorzej, że tragicznym efektem tej całej zabawy było kilkuset zabitych Druzów – pół na pół bojowników i przypadkowych cywilów. Do napastników przyłączyli się miejscowi Beduini.
Druzowie, rzecz jasna, odpłacili najeźdźcom pięknym za nadobne, walcząc z nimi na ulicach Suwajdy. I przy okazji mordując, gdzie się dało, niczemu niewinnych beduińskich sąsiadów.
Izrael wkracza do akcji
W tym momencie odezwał się inny sąsiad, a jednocześnie najpoważniejszy z miejscowych graczy – Izrael. Rząd Netanjahu od samego początku rządów OWL w Damaszku jest im otwarcie wrogi i popiera ruchy separatystyczne. Zjednoczona Syria oznacza bowiem Syrię silną, a Izrael nie życzy sobie mieć za swoimi granicami silnego arabskiego sąsiada. W tym celu wykorzystał Druzów. Już w grudniu 2024 roku, pod pretekstem ich ochrony przed „terrorystami” z Damaszku, wjechał czołgami głęboko w syryjskie terytorium, prawie aż pod przedmieścia stolicy. Fakt, że syryjscy Druzowie wcale tego sobie nie życzyli, nie miał tu znaczenia. Dla Netanjahu liczą się fakty dokonane.
Inaczej ma się sprawa z druzyjskimi obywatelami Izraela, którzy pozostają lojalni wobec tego państwa. Co więcej, znani z bitności druzyjscy żołnierze to jedyna nieżydowska część izraelskich sił zbrojnych. Izrael użył tych Druzów jako emisariuszy, którzy od kilku miesięcy namawiają swoich syryjskich rodaków do stworzenia własnego państwa, niezależnego od Syrii. I oczywiście „przyjaznego” Izraelowi. Wiadomo już, że w ostatnich bojach o Suwajdę Izrael pozwolił wziąć udział także własnym Druzom, świetnie przeszkolonym do walki w mieście.
Jednocześnie armia Izraela zbombardowała Damaszek, niszcząc między innymi pałac prezydencki oraz siedzibę ministerstwa obrony. Światowa opinia publiczna, przejęta zdjęciami zagłodzonych dzieci w Gazie, nawet nie zareagowała na ten akt politycznego barbarzyństwa.
Prowizoryczny spokój
19 lipca Izrael dał ultimatum rządowi OWL: jego regularna armia ma dwa dni na wycofanie z Suwajdy własnych bojówek oraz ewakuację niedobitych beduińskich cywilów. Damaszek to ultimatum przyjął, do 21 lipca jego wojska opróżniły stolicę druzyjskiej prowincji z wszystkich niedruzyjskich formacji. Po czym wycofały się na damasceńskie przedmieścia.
Mamy więc w tej chwili spokój, lecz jest to spokój bardzo prowizoryczny. Rząd Ahmada asz-Szara będzie musiał, przynajmniej na razie, uznać ten stan przejściowy. Ale to przecież oznacza utrwalenie wizji syryjskiego Druzystanu – jako faktycznie marionetki Wielkiego Izraela. Trudno bowiem przypuszczać, by po ostatnich wydarzeniach Druzowie chcieli się dobrowolnie z Syrią połączyć. Z drugiej strony równie trudno jest wierzyć w to, że taki stan rzeczy przyczyni się do trwałego pokoju na Bliskim Wschodzie. Wygląda na to, że jeszcze długie lata będzie tam „ciekawie”.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!








