Prezydenckie uściski dłoni w waszyngtońskim Gabinecie Owalnym stały się już rutyną, ale ten, przekazany przez Donalda Trumpa w poniedziałek 10 listopada, był nadal mimo wszystko czymś szczególnym. Ahmad asz-Szara to przecież były amerykański więzień i według dużego prawdopodobieństwa osoba przez Amerykanów torturowana.
Któż nie popełnia błędów młodości?
Powód był niebłahy, wystarczy powiedzieć, że w 2003 roku 21-letni Szara został bojownikiem al-Kaidy w Iraku. Tej samej al-Kaidy, która dwa lata wcześniej dokonała zamachu na World Trade Center w Nowym Jorku. Jednak po latach, w grudniu roku ubiegłego, tenże były więzień zdołał obalić krwawego damasceńskiego dyktatora Baszara al-Asada i tym samym doprowadzić do końca istnienie dynastii, która przez dekady przysparzała mnóstwo kłopotów Białemu Domowi i Pentagonowi. Rząd USA zdjął zeń najpierw nakaz aresztowania (włącznie z nagrodą dla tego, kto go schwyta, w wysokości 10 mln dolarów), teraz zaś, dosłownie na dwa dni przed przyjazdem syryjskiego prezydenta, skreślił go z listy „globalnych terrorystów specjalnego znaczenia”. Razem z nim skreślono z tejże listy syryjskiego ministra spraw wewnętrznych.
Donald Trump, z typową dla siebie manierą dobrego wujka, obrócił całą tę przeszłość w żartobliwy komentarz. Ahmada asz-Szara nazwał „twardym facetem z mocną przeszłością”, który jest jednak „młody i atrakcyjny” (czytaj: miły i fajny), dlatego warto z nim współpracować. A terroryzm? „Któż nie popełnia błędów młodości…”.
Radykalny, lecz nie fanatyczny
Szara urodził się w 1982 r. w Rijadzie, stolicy Arabii Saudyjskiej, gdzie pracował wówczas jego ojciec, inżynier naftowy. Cała jego rodzina to jednak Syryjczycy, wysiedleni w 1967 roku z Kunejtry, stolicy Wzgórz Golan, zdobytych przez Izrael w tzw. wojnie siedmiodniowej. Szara od najmłodszych lat wyrastał więc w domu politycznych uchodźców i przeciwników Izraela. Nie zapomniał o miejscu, z którego wygnano jego rodziców, a świadczy o tym chociażby jego wojenny pseudonim al-Dżaulani, czyli „Golańczyk”. Szara podpisywał się nim oficjalnie do niedawna, a do nazwiska wrócił dopiero jako głowa syryjskiego państwa.
Do irackiej al-Kaidy przystąpił w wyniku ataku Stanów Zjednoczonych. USA zaatakowały Irak w 2003 roku pod pretekstem cichego poparcia Saddama Husajna dla autorów zamachu na WTC. Pretekst był zmyślony, o czym po latach dowiedziała się opinia publiczna na Zachodzie. W zaatakowanym Iraku przekonanie o fałszywości tych oskarżeń było jednak już wtedy powszechne.
Amerykanie reżim Husajna rozgromili i w cztery lata potem Szara trafił do więzienia Camp Bucca nad Zatoką Perską. Okupanci upamiętnili tak, na swój sposób, komendanta nowojorskiej drużyny straży pożarnej, który padł na posterunku, gasząc pogorzelisko WTC. W więzieniu, gdzie umieszczano wszystkich podejrzanych o wywrotową działalność, pospolitym środkiem przesłuchań były tortury, włącznie z osławioną metodą waterboardingu, czyli podtapianiem.
Czy i jakim metodom „wzmacnianych przesłuchań” poddawano Szarę, tego on teraz nie powie. Faktem jest, że kilkumiesięczny pobyt w Camp Bucca nie nauczył go miłości do Wujka Sama, jak pospolicie nazywano Stany Zjednoczone. Tym bardziej, że młody więzień poznał tam Abu Bakra al-Baghdadiego, późniejszego przywódcę tzw. Państwa Islamskiego (ISIS). Baghdadi, którego w Camp Bucca traktowano dziwnie łagodnie, wykorzystał ten pobyt do werbunku współwięźniów do przyszłej walki pod sztandarem ISIS.
Szara walczył pod tym sztandarem, broniąc Mosulu przed atakiem Kurdów. Jednak z czasem poróżnił się z Baghdadim w kwestiach programowych. ISIS to organizacja religijnych fanatyków, dla których nie ma znaczenia czynnik narodowy, ludzie Szary natomiast, choć gorliwi muzułmanie, czują się jednak Syryjczykami. W ten sposób powstał Hajat Tahrir asz-Szam, Front Wyzwolenia Lewantu (synonim Syrii), który w grudniu ubiegłego roku przejął władzę w tym kraju.
Syria wychodzi z rosyjskiej strefy
Jako przywódca państwa Szara robił wszystko, by – odmieniwszy swój wizerunek o 180 stopni – uchodzić teraz za wytrwałego gołąbka pokoju. Pokonanych żołnierzy Asada nie zabijał (co jest w zwyczaju w tamtych stronach), lecz dał im szansę służby krajowi w odnowionej armii. Nie zważał na prowokacje Izraela, który korzystając z przejściowego chaosu, wdarł się czołgami jeszcze dalej w głąb Syrii i bombardował, pod pretekstem własnego bezpieczeństwa, Bogu ducha winne stanowiska syryjskiej obrony przeciwlotniczej. Zapowiedział twardą walkę z tzw. sektarianizmem, czyli typową dla Bliskiego Wschodu strategią opierania polityki wewnętrznej na starych, plemiennych podziałach. To właśnie ona doprowadziła do wieloletniej wojny domowej w Syrii.
Wysiłki te idą z oporami, jako że nowa władza ma w państwie jeszcze wielu przeciwników. Ale Szara skuteczniej działa na odcinku zewnętrznym. W ciągu krótkiego okresu swych rządów zdążył spotkać się prawie ze wszystkimi (poza Benjaminem Netanjahu) ważnymi reżyserami spektaklu pt. „konflikt na Bliskim Wschodzie”. Ułożył sobie stosunki z krajami arabskimi, z Turcją Recepa Erdoğana, a nawet z Władimirem Putinem, którego odwiedził przed miesiącem. Ale przede wszystkim dba o dobre relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Można powiedzieć, że pod względem dyplomacji ten były terrorysta już teraz zrobił dla swojego kraju więcej, niż uczynił przed nim jakikolwiek syryjski przywódca.
W maju w Rijadzie, podczas pierwszego spotkania z Trumpem, prezydent USA obiecał mu zniesienie sankcji, nałożonych na Syrię podczas rządów klanu Asadów. Efektem obecnego spotkania ma być nadto objęcie Syrii pakietem gospodarczej pomocy, niezbędnej krajowi dźwigającemu brzemię trzynastoletniej wojny domowej. Warunek jest, jak na razie, jeden: Syria przystąpi do kierowanej przez Amerykanów koalicji wymierzonej przeciw niedobitkom tzw. Państwa Islamskiego. W dalszej perspektywie jawi się przystąpienie Damaszku do tzw. porozumień abrahamowych, również inicjowanych przez Waszyngton. Będzie to oznaczało uznanie przez Syrię Izraela.
Wygląda więc na to, że kraj, który przez dziesięciolecia znajdował się w sferze wpływów najpierw ZSRR, potem zaś Rosji, teraz – poprzez polityczne związki z USA – na poważnie z rosyjskiej strefy się oddala. Październikowe spotkanie w Moskwie możemy chyba uznać za gest, dany Putinowi na osłodę.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!














