Tama niezgody

Największa inwestycja hydroenergetyczna świata, której podjęcie zapowiedziały 20 lipca Chiny, zdążyła już wzbudzić protesty Indii i Bangladeszu.
Czyta się kilka minut
Chińska supertama ma powstać na rzece Jarlung Cangpo | fot. Peng Wang/Getty Images
Chińska supertama ma powstać na rzece Jarlung Cangpo | fot. Peng Wang/Getty Images

W rzeczy samej budowa „supertamy” Jarlung Cangpo może okazać się jeszcze jednym przysłowiowym języczkiem, który naruszy kruchą równowagę globalnego bezpieczeństwa.

Na rondzie czwarty zjazd – po himalajsku
Jarlung Cangpo to tybetańska nazwa rzeki, której źródła biją u stóp góry Kajlas, świętej dla lamaistów. W jej dolnym biegu, w indyjskim stanie Asam, nazywają ją Dihang, jeszcze niżej, u bengalskiego ujścia nosi nazwę Dżamuna. Ale to jedna i ta sama rzeka, znana Hindusom, jak również i nam, pod nazwą Brahmaputra. Tyle że bardzo długa – jej nurt pokonuje w sumie dystans 3 tys. km.
Rzeka przedziera się na wschód przez wyżynę Tybetu, żłobiąc w niej najgłębsze na świecie, dochodzące do 3 km głębokości, kaniony. Zanim dotrze do indyjskiej granicy, przebija się przez główną grań Himalajów (szczyt Namcza Barwa dochodzi tam do 8 tys. m wysokości). A przebijając się, czyni gwałtowny skręt w kierunku zachodnim. Trochę tak, jakbyśmy słuchając automatycznej nawigacji, zrobili „na rondzie czwarty zjazd”, tyle że nie w prawo, a w lewo, jak w Anglii.
Wyobraźmy sobie teraz, że zamiast szosy mamy spienione wody, a nad nimi granitowe ściany przepaści. Łatwo zgadnąć, że stanowi to jeden z najbardziej majestatycznych i najbardziej malowniczych krajobrazów świata. Gdy w 2010 roku. Chińczycy uruchomili tam szlak dla turystów z Zachodu, ich zachwytom nie było końca. Teraz wątpliwe, by ktokolwiek z turystów tam pojechał – przełomy Jarlung Cangpo stają się jednym wielkim placem budowy. Na odcinku 50 km rzeki ma tam powstać aż pięć hydroelektrowni, produkujących energię równą zużyciu prądu całej Wielkiej Brytanii. By nie epatować czytelników wielkimi liczbami, powiedzmy jeszcze tylko, że inwestycja, z dumą ogłoszona przez premiera Li Kianga jako „projekt stulecia”, ma w efekcie produkować ponad trzy razy więcej energii niż słynna Tama Trzech Przełomów, zbudowana w latach 1993–2010 na rzece Jangcy. Wodne zasoby Jarlung Cangpo spiętrzać będą dwie wysokie tamy.
Cała inwestycja ma zostać zakończona do 2034 roku. Do budowy przystąpiono natychmiast po oświadczeniu premiera.

Budzenie chińskiego smoka
Skąd protesty sąsiadów? Skupmy się na Indiach, bo to atomowe mocarstwo, podobnie zresztą jak Chiny. I kraj, którego jedna z największych rzek daje Hindusom to, co spada z góry, od Chińczyków. To typowa dziś na świecie sytuacja konfliktowa, gdy dane państwo kontroluje górny bieg rzeki ważnej dla jego, niekoniecznie przyjaznego, sąsiada. Problem to szczególnie delikatny w strefach pustynnych, gdzie państwo A, chcąc zaszkodzić państwu B, może poprzez limitowanie wody wywołać na jego terytorium sztuczną suszę. Takie zagrożenie mamy właśnie w strefie Sahelu, gdzie Etiopia buduje na Nilu Błękitnym, od kilku już lat, Tamę Wielkiego Odrodzenia. Inwestycja ta powoduje ostre protesty Sudanu i Egiptu, państw położonych w dolnym biegu Nilu. A czym jest Nil chociażby dla Egiptu, mówić chyba nie potrzeba.
Sztuczna susza Indiom i Bangladeszowi w tym przypadku nie grozi, kraje te mają w dolnym biegu Brahmaputry problem raczej z nadmiarem wody. Istotny jest sam fakt, że Chiny będą mogły, kiedy zechcą, regulować przepływ tej rzeki – i to w sposób gwałtowny.
Jest jeszcze jeden szczegół, o którym na razie nie rozpisują się media. Poza tamami projekt przewiduje budowę tunelu, idącego od górnego zbiornika i przebijającego łańcuch Himalajów tuż powyżej granicy z Indiami. Tutaj już liczby na pewno oddziałają na wyobraźnię: tunel długości zaledwie 30 km skróci 300-kilometrowy bieg rzeki, a spadek mas wody na tym odcinku wynosić będzie, bagatela, dwa i pół kilometra. To prawdziwa wodna bomba, którą Chińczycy będą mogli wykorzystać dla podtopienia dużych połaci indyjskiej niziny, włącznie z prawie całym terytorium Bangladeszu.
Dodajmy na koniec, że rejon przyszłego wiercenia jest silnie sejsmiczny. Bóg jeden wie, jakie drzemiące w głębi ziemi siły przebudzą wiertła chińskich budowlańców. Hindusi i Bengalczycy mają się zatem czego obawiać.

Tybetańczyków nikt o zdanie nie pyta
Cała sprawa ma jeszcze jeden aspekt, który co prawda mało obchodzi Delhi, a jeszcze mniej Pekin, ale który wszelako jest istotny z moralnego punktu widzenia. Chodzi o kwestię Tybetu. Budowa „supertamy” w całości dokonywana będzie na obszarze tego rejonu autonomicznego Chin. Tybet, kraina o starej i odrębnej od chińskiej kulturze, został w latach 1950–1959 gwałtem anektowany przez Chińczyków. Od tego czasu Pekin kilkakrotnie próbował zniwelować tybetańską odrębność, czasem przy użyciu ludobójczych metod eksterminacji.
Nigdy dotąd Chinom się to nie udało. Z jednej strony – w sukurs Tybetańczykom przychodzi fizjografia. Kraj ten leży na wyżynie przekraczającej 4 tys. m n.p.m. Przy takiej wysokości człowiek z nizin ma poważne problemy z oddychaniem. I to zarówno chiński żołnierz, przysłany tu dla walki z tybetańską partyzantką, jak i chiński rolnik, przyzwyczajony do sadzenia ryżu na płaskich poletkach. Jednak nie to decyduje o trwaniu tybetańskiego narodu, lecz jego przywiązanie do wiary. Gdy w 1976 roku, po śmierci tyrana Mao Zedonga, odwołano „rewolucję kulturalną”, pozwolono Tybetańczykom na odbudowę zniszczonych lamaistycznych monasterów (lamaizm to odmiana buddyzmu), a nawet na zakładanie nowych. Spowodowało to prawdziwe odrodzenie religijne i narodowe; w dwóch tysiącach klasztorów Tybetu praktykuje obecnie co najmniej 40 tys. mnichów, głównie młodych. Rząd próbuje infiltrować te środowiska, ale z marnym jak na wszędobylskich Chińczyków skutkiem.
Gdy Chińczycy najechali Tybet, podzielili ten olbrzymi buddyjski kraj na kilka prowincji, przyznając autonomię (stolica w Lhasie) zaledwie na części historycznego obszaru. Wspomniana rzeka Jangcy, której źródła również biją w Tybecie, dzieli w tej chwili rejon autonomiczny od prowincji Syczuan. W czerwcu tego roku skazano tam na więzienie przełożonych monasteru Jena. Powodem był protest zakonników przeciw planowanej budowie tamy Kamtok, nie tak olbrzymiej jak ta na Jarlung Cangpo, lecz równie niszczącej tradycyjny krajobraz. Pod wodą mają zniknąć dwie wioski oraz sześć lamaistycznych klasztorów: trzy na syczuańskim brzegu, trzy na tybetańskim. Pamiętajmy jednak, że na obu brzegach górnego biegu Jangcy mieszkają tacy sami Tybetańczycy.
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 31/2025