Kiedy 12 maja świat obiegła informacja o samorozwiązaniu Partii Pracujących Kurdystanu (PKK), niektórym z nas mogła ona przywołać skojarzenia ze słynną komendą „sztandar wyprowadzić!”, którą 35 lat temu Mieczysław Rakowski odprawił w niebyt PZPR. W niniejszym porównaniu chodzi nie tyle o to, że obie partie wyznawały marksizm-leninizm, ile o znaczenie PKK w najnowszej historii, nie tylko Bliskiego Wschodu. Wieści o niezłomnej walce, jaką największe kurdyjskie stronnictwo prowadziło od początku swego istnienia przez prawie pół wieku, towarzyszyły nam niemalże nieustannie. Dlatego trudno nawet wyobrazić sobie turecką rzeczywistość polityczną bez tego nieodzownego, jak się wydawało, komponentu.
Ani ich strawić, ani wypuścić
Urfa, po turecku Sanliurfa, to jedno z najstarszych miast świata. Według muzułmańskiej tradycji tutaj właśnie narodził się nasz wspólny patriarcha Abraham. Urfa była też przez wieki silnym ogniskiem wschodnich odłamów chrześcijaństwa, wyznawanego przez Syryjczyków i Ormian, dopóki w latach 20. poprzedniego stulecia nie wypędzili ich Turcy. Dziś miasto leży w pobliżu granicy z Syrią.
Okolice Urfy zamieszkują też kurdyjscy potomkowie bitnych klanów, jakie na początku XVI w. zawojowały te ziemie. To właśnie stąd wywodzi się kadra lewicujących studentów, którzy w listopadzie 1978 r. założyli PKK. Wzorem dla chłopaków byli komunistyczni partyzanci Wietkongu, stawiający w Wietnamie opór wojskom USA. Taki sam opór zapragnęli postawić tureckiemu rządowi w Ankarze.
Kurdów, a przynajmniej większość z nich, łączy z Turkami sunnicki islam, dzieli ich natomiast język – kurdyjski nie należy do grupy tureckiej, lecz irańskiej. Dlatego nigdy nie dali się zasymilować, co dla chcącej ich połknąć Ankary jest poważną ością w gardle. Wystarczy wspomnieć, że tereny zamieszkane przez tureckich Kurdów obejmują niemalże połowę obszaru dzisiejszej Turcji. Secesja Kurdystanu oznaczałaby rozpad całego tureckiego państwa, dlatego Turkom tak trudno jest pogodzić się z myślą o nadaniu „ich” Kurdom chociażby autonomii. Traktują ich trochę tak, jak Rosjanie traktują Ukraińców: są zbyt blisko, aby można było pozwolić im odejść.
Zbrojne ramię narodu
Jednak pierwsze akcje zbrojne PKK wymierzone były bynajmniej nie w „okupantów”, lecz we własnych rodaków. Radykalni marksiści, ze skłonnościami do maoizmu, uznali, że najpierw trzeba się rozprawić z wrogiem wewnętrznym: „feudałami” (wielkimi posiadaczami ziemskimi), a także wszystkimi Kurdami, którzy nie podzielali ich poglądów. Szybko jednak ostrze ich walki skierowało się przeciw rządowi.
Początkowo akcje PKK miały charakter typowej partyzantki miejskiej, której codziennością są zamachy, także bombowe. Partia więc szybko dorobiła się niechlubnej etykietki terrorystów – nie tylko w oczach Turków, lecz także całego demokratycznego świata, z USA na czele.
Gdy we wrześniu 1980 r. wojsko dokonało w Turcji zamachu stanu, liderom PKK udało się zbiec do Damaszku. Stamtąd przenieśli się do Libanu, gdzie w dolinie Bekaa założyli obozy szkoleniowe. Uliczni anarchiści przeobrażali się tam w regularnych żołnierzy.
Był to czas wojny Iraku z Iranem, PKK wykorzystała więc słabość tego pierwszego, by usadowić swoje oddziały w irackiej części Kurdystanu. Górzysty i trudno dostępny teren był idealną bazą wypadową do sąsiedniej Turcji. 15 sierpnia 1984 r. wyszkolone i uzbrojone bojówki PKK przekroczyły granicę, wracając do ojczyzny. Oznaczało to jednak początek prawdziwej wojny partyzanckiej. Wojny wyniszczającej głównie kurdyjską ludność cywilną, gdyż w ciągu 20 lat z terenów objętych walkami armia turecka „ewakuowała” (czyli wypędziła) 800 tys. Kurdów.
Upadek Związku Sowieckiego, naturalnego protektora PKK, przyspieszył zmianę jej profilu. Partia odwróciła się od lewicowego radykalizmu i zaczęła szukać porozumienia z innymi nurtami kurdyjskiej myśli politycznej. Mogła sobie na to pozwolić, gdyż była w Turcji największą i najbardziej wpływową – choć nielegalną – kurdyjską siłą. Działacze innych partii albo dobrowolnie się z nią pogodzili, albo też dostawali „propozycje nie do odrzucenia”.
Jako „zbrojne ramię narodu” (trochę jak UPA na Ukrainie) PKK przestawiła się teraz całkowicie na walkę z tureckim ciemięzcą. Wiosną 1990 r. na terenach niezajętych przez wojsko ogłoszono „kurdyjską intifadę”. Oznaczało to kolejną eskalację walk i wysiedleń.
Co zakładał, teraz kasuje
Założyciel i legendarny przywódca PKK Abdullah Öcalan od 23 lat odsiaduje wyrok dożywotniego więzienia, na który skazał go turecki sąd. Ujęty w 1999 r. w Kenii przez tureckie służby specjalne, nie bez pomocy USA oraz Izraela, trzymany jest w całkowitej izolacji na wysepce Imrali na Morzu Marmara. Siedząc w niewoli i rozmyślając, 77-letni dziś Öcalan już dawno wyrzekł się nie tylko terroru, ale też ortodoksyjnego marksizmu. Z czasem pogodził się nawet z „okupantami”, których reprezentuje obecnie prezydent Recep Erdoğan.
To właśnie on w lutym tego roku wezwał do rozwiązania partię, którą sam kiedyś zakładał. PKK już kilkakrotnie ogłaszała zawieszenie broni z turecką armią – i za każdym razem nie trwało ono dłużej niż kilka, najwyżej kilkanaście miesięcy. Partia, a raczej jej zbrojna sekcja, to organizacja zbyt rozległa i jednocześnie zbyt mało scentralizowana na to, by dało się nią skutecznie rządzić z odległego i pilnie strzeżonego więzienia.
Z czasem wśród działaczy zwyciężył jednak pragmatyzm. Prawie pół wieku bojów nie przyniosło tureckim Kurdom rezultatów lepszych niż spalone wioski, setki tysięcy zabitych cywilów i tysiące więzionych aktywistów. Posłuchano Öcalana, który uznał, że sama nazwa „Kurdyjska Partia Pracy” działa na władze w Ankarze jak czerwona płachta na byka.
Czerwona płachta już zwinięta, wszelako kurdyjskiego problemu to w Turcji nie rozwiązuje. Czas na powołanie nowej formacji, wyzbytej radykalizmu i zdolnej do porozumienia z tureckim rządem. To dzisiaj wyzwanie nie tylko dla Kurdów, ale też – może nawet bardziej – dla ich niedawnych wrogów.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!








