Nie na to się umawialiśmy

Przebieg linii walk z Rosją, atuty gospodarcze wobec potencjalnych sojuszników, wreszcie pozycja przywódcy państwa – te trzy czynniki, najważniejsze dla istnienia niepodległej Ukrainy, znalazły się obecnie w punkcie krytycznym. Dziś o gospodarce.
Czyta się kilka minut
Spotkanie Wołodymyra Zełenskiego i Donalda Trumpa w Watykanie podczas pogrzebu papieża Franciszka, 26 kwietnia 2025 r. | fot. Associated Press/East News
Spotkanie Wołodymyra Zełenskiego i Donalda Trumpa w Watykanie podczas pogrzebu papieża Franciszka, 26 kwietnia 2025 r. | fot. Associated Press/East News

Wyjaśnijmy najpierw, o co chodzi z tymi „metalami ziem rzadkich”, który to termin polskie media odmieniają przez wszystkie przypadki od kilku miesięcy. W istocie to kolejna językowa kalka z angielskiego, wciskana nam przez niedouczonych, a spieszących się dziennikarzy.

Kochamy małpować
Przede wszystkim angielski termin rare earth elements wcale nie odnosi się do żadnych „rzadkich ziem”, lecz do samych metali. Chodzi o to, że bardzo rzadko występują one w złożach w sposób skondensowany i na ogół kopalnie muszą przerobić dużo bezwartościowej dla niej skały, aby wydobyć z niej poszukiwany materiał. Nawet sami Anglosasi uważają ten termin za nieszczęśliwy, ale używają go z konieczności, skoro już się u nich przyjął. Tymczasem kochający małpowanie Polacy nie skorzystali z okazji, by upowszechnić znacznie prostsze i niewodzące na manowce pojęcie „rzadkich metali”.
Ta gorzka uwaga nie jest przesadą, gdyż nie mówimy tu o językowym wypadku przy pracy, ale o stałej tendencji. Kolejny przykład? Jeszcze kilkanaście lat temu mogliśmy sobie poczytać, podobnie jak pokolenia naszych rodziców i dziadków, o „lasach tropikalnych”. Dziś ze świecą szukać tego zwrotu, powszechnie przyjęła się inna kalka z angielskiego: „las deszczowy” (rain forest). I nie chodzi tutaj bynajmniej o las, do którego, idąc na spacer, należy zabrać parasol.

Hasło do globalnej ofensywy
Czym zatem są owe rzadkie metale? Trzymajmy się faktów. Naukowcy wymieniają ich siedemnaście. Wymieńmy je skrótowo, nie chodzi tu przecież o wykład z chemii, z której autor niniejszego tekstu obrywał dwóje w liceum.
To 15 pierwiastków z grupy lantanowców, a także skand oraz itr. Jeśli już trzymamy się tej rzetelnej definicji, musimy przyjąć fakt kolejny: Ukraina nie posiada obecnie ani jednej kopalni rzadkich metali. Owszem, uważa się, że ich złoża są w tym kraju bogate, ale do tej pory nikt ich na dobrą sprawę nie przebadał. Gdy Ukraina należała do Związku Sowieckiego, nikomu jeszcze nie przychodziło do głowy dostarczanie surowców dla obecnych technologii – kosmicznych, cyfrowych, energetycznych czy obronnych. Potem zaś wybuchła wojna, połowa terytorium, na którym szacuje się potencjalne złoża, znalazła się pod rosyjską okupacją… Nie było okazji do drenaży.
Czym innym jest szersze pojęcie „surowców krytycznych”. To grupa minerałów niezbędnych dzisiaj dla strategicznego rozwoju kraju, który je przetwarza. Europejczycy liczą ich 34, lista Amerykanów jest podobna. Na obu listach wymieniane są metale: tytan i mangan, a także grafit, który jest specyficzną postacią węgla. Wszystkie trzy są na Ukrainie wydobywane. W teorii, ponieważ taka na przykład kopalnia grafitu w Zawalu (to nasze dawne pogranicze z opowieści o panu Wołodyjowskim) pracuje na najniższych możliwych obrotach, z racji limitowanego wojną zużycia energii. Bez uszczerbku działa chyba jedynie kopalnia rudy tytanu w Irszańsku pod Żytomierzem.
Teraz wyjaśnienie kluczowe: jeśli chodzi o owe 34 minerały, w ich wydobyciu oraz przetwarzaniu dominują dziś Chiny, uzależniając w ten sposób gospodarki Stanów Zjednoczonych i Europy. Lecz jeśli skupimy nasze zainteresowanie na 17 rzadkich metalach, stwierdzimy, że w dziedzinie ich wydobycia i eksportu przewaga Chin jest wręcz miażdżąca. Dość powiedzieć, że Unia Europejska prawie w stu procentach uzależniona jest tutaj od Państwa Środka. Trochę lepiej wygląda bilans handlowy Stanów Zjednoczonych, ale i tam 70 proc. rzadkich metali pochodzi również z Chin.
W sytuacji gospodarczej wojny, którą ekipa Donalda Trumpa wypowiedziała Pekinowi, trudno się więc dziwić, że hasło rare earth elements zabrzmiało w Waszyngtonie jak wezwanie do globalnej ofensywy.

„Plan zwycięstwa” był zbyt prosty
Jeszcze przed objęciem urzędu przez Trumpa, jesienią ubiegłego roku, ludzie Wołodymyra Zełenskiego przedstawili Zachodowi „Plan zwycięstwa dla Ukrainy”. Kijów, świadom, że racjami moralnymi nie wygra się tej wojny, zaś po trzech latach od wybuchu pełnowymiarowego konfliktu nie ma widoków na jej zakończenie, postawił na pragmatyzm. „Metale ziem rzadkich” (użyjmy tego nieszczęsnego zwrotu, skoro mówimy o akcji propagandowej) miały tu być głównym atutem, niejako rzutem na taśmę, wykonanym przez wymęczony wojną kraj. A ceną za koncesje na ich wydobycie miały być realne gwarancje bezpieczeństwa.
Biuro prezydenta Ukrainy mocno się napracowało, by wypromować ten plan na biurkach decydentów krajów Zachodu. Zełenskiemu, co oczywiste, szczególnie zależało na Białym Domu. Pierwsze sygnały nowej amerykańskiej ekipy świadczyły o pozytywnym rezonansie. Nadzieje zostały rozbudzone, po obu stronach – oferentów oraz potencjalnych inwestorów.
Stąd wzięły się buńczuczne zapowiedzi Trumpa, że po objęciu urzędu w jeden dzień zakończy tę wojnę. Biznesmen, występujący w roli prezydenta, zakładał, że Rosja Władimira Putina jest takim samym kontrahentem jak inne, znane mu kraje. Jeżeli na tym dealu pozwoli się skorzystać i Moskwie (trudno powiedzieć jak, być może chodziło o amerykańskie technologie dla nowo budowanych kopalń na okupowanych ukraińskich terenach), to przecież Rosjanie, „we własnym interesie”, nie będą się mogli na to nie  godzić! A wszystko w imię odwrócenia Rosji od Chin i zmiany biegunów globalnych inwestycji.
Lecz oto w Białym Domu Trump zaczął rządzić realnie i skończył się czas snów o potędze, gdyż zaczęto brać pod uwagę rzeczywistość. Jakie znowu „metale ziem rzadkich”? – wołały napływające dzień po dniu raporty ekspertów. Ukraińcy ich nie wydobywają, w dodatku nie wiadomo nawet, jak wiele ich spoczywa w ukraińskiej ziemi. Nie mówiąc już o tym, po czyjej – ukraińskiej czy rosyjskiej – stronie frontu leżą ich główne złoża. Bo z kim tu właściwie należałoby rozmawiać: z Kijowem czy z Moskwą? Bo o odwojowywaniu wschodniego Donbasu za pomocą amerykańskiej broni, czy też nawet amerykańskich żołnierzy, nikt nigdy poważnie w Waszyngtonie nie myślał.
Stąd wzięło się zaostrzanie stanowiska. Z pierwotnego szkicu wspólnego, ukraińsko-amerykańskiego projektu, zniknęły najpierw gwarancje bezpieczeństwa. Niedługo potem Amerykanie, skrupulatnie prowadzący rachunek potencjalnych zysków i strat, zażądali od Ukraińców rozszerzenia umowy dotyczącej surowców krytycznych na wszystkie ukraińskie surowce, z ropą i gazem włącznie.

Pierwsze koty za płoty
Postawiło to Kijów, już gotowy na kontrakt stulecia, w bardzo niezręcznej sytuacji. W zmienionej jednostronnie wersji projektu to Amerykanie mieli wziąć wszystko, nic nie dając w zamian. Nic – poza obietnicą ukraińskiego udziału w amerykańskich zyskach. Ukraina według Trumpa miałaby stać się de facto amerykańską kolonią, gdzie wszelkie potencjalne inwestycje krajów trzecich (także polskie!) musiałyby podlegać amerykańskiej kontroli, z prawem pierwokupu włącznie. A przecież nie o to Zełenskiemu chodziło.
Skończyło się to erupcją napięć w postaci słynnej kłótni w Białym Domu, która miała miejsce z końcem lutego. To były przysłowiowe „pierwsze koty za płoty”, rozmowy, jak wiemy, toczą się nadal – ale już na bardziej realnych podstawach i bez uprzedniego pośpiechu. Trump zaczął nawet przebąkiwać o swoim zwątpieniu w szczere chęci „przyjaciela” z Moskwy, Putina, do zakończenia tej wojny. Wszystko wskazuje na to, że pierwotny deal, na którym skorzystać miały wszystkie strony, włącznie z agresorem, nie dojdzie do skutku.
Tymczasem Moskwa, po raz pierwszy od wybuchu wojny, wyraziła gotowość do przystąpienia do rozmów z Ukraińcami bez warunków wstępnych. Nie wiadomo, co to oznacza, poza tym oczywiście, że nie oznacza tego, co Rosjanie mówią. Ale być może na stole tajnych negocjacji znalazł się teraz inny plan. Rosja, w majestacie międzynarodowego prawa, zatrzymuje zagrabione tereny. Ukraina, zgrzytając zębami, też to uznaje, prawdopodobnie za cenę dymisji Zełenskiego. A Rosja odpuszcza sobie blokowanie udziału Ukrainy w NATO i Unii Europejskiej, zaś na potrzeby własnej publiki Putin ogłasza wspaniałe zwycięstwo – być może już w rocznicę 9 maja.
To oczywiście wszystko gdybanie. W tej chwili nie znamy nic więcej ponad widok pochylonych ku sobie sylwetek Trumpa i Zełenskiego, którzy spotkali się w Watykanie na pogrzebie papieża Franciszka. Najbliższe dni, a już na pewno tygodnie, przyniosą jakąś odpowiedź.
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 19/2025