Globalizacja musi iść w parze z braterstwem

Ten papież dokonuje na naszych oczach prawdziwych cudów pojednania
Czyta się kilka minut
fot. Ksenia Shaushyshvili
fot. Ksenia Shaushyshvili

Irak jest mi osobiście bardzo bliski. Poznałem realia życia mieszkających tam ludzi: jazydów przebywających w obozach dla uchodźców wewnętrznych na terenie autonomii Kurdystanu, muzułmanów, którzy po upadku Państwa Islamskiego nadal prezentują różne nastawienie do ISIS, oraz chrześcijan z diaspory w Erbilu, która przeżyła prześladowania i w niewielkiej grupie pozostała w kraju. Ta mieszanka wydaje się nam kulturowo tak obca, że z trudem potrafimy sobie wyobrazić, że ci ludzie mogą ze sobą mieszkać w pokoju. Historia – i to licząca już ponad tysiąc lat – pokazała, że pokój nie jest i nigdy nie był tam sprawą oczywistą. Wręcz przeciwnie: wszędzie – a tam, w Iraku szczególnie – jest on skarbem, o który trzeba nieustannie zabiegać i pielęgnować. Ale właśnie dlatego tak ważne jest nieustanne diagnozowanie przyczyn możliwego konfliktu. 
Z wielu współczesnych analiz, które potwierdzają mieszkańcy Iraku, wynika, że największe konflikty nie zrodziły się z różnic światopoglądowych, ale było raczej tak, że różnice światopoglądowe wykorzystywano do podsycania konfliktów. Były i nadal mogą być inicjowane przez ludzi władzy lub grupy ekstremistów, które do władzy dążą. Zdaniem Irakijczyków, wszystkich wyznań i religii, synonimem wojny jest nadużywanie władzy, a synonimem pokoju władza praktykowana jako służba.
Przyglądając się z bliska sytuacji w Iraku, przekonałem się więc, że nie różnorodność religijna czy kulturowa jest głównym problemem Bliskiego Wschodu i w jakimś sensie całego świata. Problemem nie są ludzie, ale pieniądze. To one dają lub powiększają władzę i w konsekwencji prowadzą do jej nadużywania. – Największym nieszczęściem Iraku – mówi o. Samer Yohanna dla „Przewodnika Katolickiego” – jest to, co jest jego największym bogactwem: ropa” (s. 19).
Papież Franciszek wydaje się do takiej diagnozy sytuacji w świecie przychylać. Nie podsyca więc teorii spiskowych o inwazji islamskiej Europy – nawet jeśli lokalne grupy muzułmanów mogą mieć takie zapędy – ani nie pozwala na myślenie, że pooddzielanie się murami uratuje nas przed wojną. Przesłanie pielgrzymującego Franciszka do Iraku jest jasne: „różnorodność religijna, kulturowa i etniczna, która charakteryzuje społeczeństwo irackie od tysiącleci, jest cennym bogactwem, z którego należy czerpać, a nie przeszkodą, którą trzeba wyeliminować”. Celem jest „braterskie współistnienie”, a nie kulturowe ujednolicenie. I można ten cel osiągnąć – podkreśla papież – tylko na drodze „cierpliwego i szczerego dialogu, prowadzonego w sprawiedliwości i poszanowaniu prawa”.
Mówiąc o przesłaniu z Iraku, nie tyle chcę więc powiedzieć, że jest to dobry program dla Bliskiego Wschodu. Jest to wizja, a może należałoby powiedzieć „marzenie”, które toruje drogi nadziei dla całego świata. Także dla Polski, dla Europy. Ten papież dokonuje bowiem na naszych oczach prawdziwych cudów pojednania. Najpierw w Emiratach Arabskich, a teraz w Iraku. Kto mógłby się tego spodziewać jeszcze kilka lat temu, gdy na Wschodzie szalało ISIS, a w Europie dokonywano spektakularnych ataków terrorystycznych. Kto mógłby oczekiwać, że na najwyższych szczeblach katolicyzmu i islamu, i to zarówno sunnitów, jak i szyitów, będą miały miejsce tak duże kroki wzajemnego zbliżenia (o nowej mapie relacji chrześcijańsko-islamskich pisze prof. Agata Skowron-Nalborczyk, s. 22). Kto obdarzał wtedy papieża Franciszka zaufaniem, że jego odważna otwartość, a czasami wręcz bardzo pokornie okazywana miłość – jak było chociażby w przypadku ucałowania stóp delegacji z Południowego Sudanu – może przynosić takie owoce? Kto zresztą pamięta dzisiaj o tym, że ten pocałunek był początkiem drogi, która doprowadziła do podpisania porozumień pokojowych? 
Jeśli więc nadal będziemy w Polsce podsycali niechęć do Franciszka oraz podkreślali jego rzekomą nieortodoksyjność – czasem na zasadzie cichego przeczekania, czasem w zupełnie otwartej negacji – możemy stracić zbyt dużo. Zamiast oglądania cudów, których Bóg za jego sprawą dokonuje w świecie, będziemy tkwili w lęku przed czarnowidztwem „proroków niedoli”. Nie twierdzę, że jest to problem w naszym Kościele w Polsce powszechny. Najnowsze badania socjologiczne pokazują, że Polacy są w znacznej większości otwarci na to, co w kontekście chociażby przyjmowania uchodźców proponuje papież. Polacy, którzy w większości są katolikami, w tej samej większości chcą ich przyjęcia i są otwarci na budowanie bardziej braterskiego świata. Odrzucają wizję nacjonalistycznego zamknięcia.
To nie znaczy jednak, że w niektórych środowiskach, także tych, które posiadają w swoich rękach wpływowe media, problem negowania papieża już nie istnieje. On istnieje, a nawet ma się całkiem dobrze. Rozumiem oczywiście, że interpretacje spiskowe czy nacjonalistyczne nigdy zupełnie nie znikną. Ludzie Kościoła – a więc ostatecznie my wszyscy, świeccy i duchowni w różnych formach swojego zaangażowania – powinniśmy jednak bardzo mocno dać wszystkim Polakom do zrozumienia, że nie są one opinią dominującą w Kościele. A na pewno nie stanowią one jego oficjalnego nauczania. To natomiast co jest dominujące – zarówno w Kościele powszechnym, jak i w oficjalnym nauczaniu – to wiara, że przyszłość w pojednanej ludzkości jest możliwa. Że zawsze możliwe jest braterstwo.
Na koniec chciałbym się odnieść do listu o. Tarsycjusza Krasuckiego do redaktora Sebastiana Karczewskiego z „Naszego Dziennika”. Publikujemy go w całości na naszych łamach, ponieważ bezpośrednio dotyczy rozmowy, którą przeprowadziłem dla „Przewodnika Katolickiego” z o. Tarsycjuszem niedługo po telewizyjnej emisji reportażu Najdłuższy proces Kościoła. Redaktor katolickiego dziennika uznał, że znalazły się tam wypowiedzi nieprawdziwe i udzielił wywiadu dla własnej gazety, w której opowiedział o – jego zdaniem – „krętactwie zamiast prawdy”. Ponieważ jako redakcja stanęliśmy stanowczo po stronie o. Tarsycjusza, kiedy po wspomnianym reportażu spotkały go nieprzyjemności ze strony niektórych osób w Kościele, stanąć chcemy po jego stronie także teraz. Nie oznacza to oczywiście, że nasza redakcja może w tej sprawie jakkolwiek wyrokować. Nie czynimy się sędziami w sprawie. Stanięcie po stronie zakonnika, który odważył się mówić publicznie o tak trudnej dla siebie sprawie – nie dlatego, że chciał jej nagłośnienia, ale rozwiązania… kiedy wszelkie sposoby zawiodły – uznajemy jednak za wyraz naszego chrześcijańskiego sumienia, albo – mówiąc z trochę mniejszym nadęciem – zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Poza tym, jeśli fakty się zgadzają, to znaczy są takie, jak o nich pisze o. Tarsycjusz, to Sebastian Karczewski powinien napisać sprostowanie. A następnie po prostu przeprosić. Nie dziwię się więc, że po takim potraktowaniu go przez „Nasz Dziennik” adresatami odpowiedzi o. Tarsycjusza stali się także: 
– o. Bernard Marciniak, minister prowincjalny Prowincji św. Franciszka z Asyżu Zakonu Braci Mniejszych-Franciszkanów w Polsce
– abp Wojciech Polak, prymas Polski, delegat KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży
– abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski
– bp Artur Miziński, sekretarz generalny Konferencji Episkopatu Polski
– Janusz Sok CSsR, przewodniczący Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich
– o. Adam Żak SJ, koordynator KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży, dyrektor Centrum Ochrony Dziecka
– dr hab. Błażej Kmieciak, przewodniczący Państwowej Komisji do spraw wyjaśniania przypadków czynności skierowanych przeciwko wolności seksualnej i obyczajności wobec małoletniego poniżej lat 15
– Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny kwartalnika „Więź”
– ks. Mirosław Tykfer, redaktor naczelny „Przewodnika Katolickiego”
– Ewa Nowina Konopka, redaktor naczelna „Naszego Dziennika”
Przy tej okazji naprawdę już trudno jest milczeć o tym, o czym wspominał we wspomnianym wywiadzie dla naszego tygodnika o. Tarsycjusz. Toruńskie media, włączając w to o. Tadeusza Rydzyka, w kontekście rozwiązywania problemu pedofilii w Kościele robią bardzo złą robotę. Rozumiem dążenie do prawdy i niepozwalanie na to, aby każde medialne doniesienie stawało się w przestrzeni publicznej z zasady „prawdą” o postępowaniu duchownych. Sam znam kilka przypadków oskarżeń nieprawdziwych lub mocno przerysowanych. To jednak, co od czasu nasilenia się tego problemu w Polsce robi Radio Maryja, TV Trwam i „Nasz Dziennik” – i podkreślam usilnie, że nie piszę tutaj o wszystkim, co te media dobrego robią i na co warto zawsze zwrócić uwagę jako ewidentne dobro dla ludzi i dla Kościoła – jest czymś, co uderza w wiarygodność Kościoła. A ponadto i przede wszystkim, często uderza w godność ofiar pedofili. Mam na myśli jednostronne bronienie instytucji Kościoła oraz konkretnych duchownych postawionych w stan oskarżenia zamiast przyjmowania perspektywy ofiar, która powinna być perspektywą pierwszą i dominującą. Powinniśmy w Kościele konsekwentnie dążyć do zbawienia wszystkich, a więc szukać ostatecznego dobra wszystkich, także możliwych sprawców. Nie można jednak – jest to po prostu nieprzyzwoite – zaczynać od bronienia możliwych sprawców, jednocześnie lekceważąc głosy ofiar.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 11/2021