Logo Przewdonik Katolicki

Ojcze, to jest ten góral

Agnieszka Sroczyńska - Kostuch
fot. archiwum prywatne Marcina Pokusy

Staramy się wsłuchiwać w głos naszego wnętrza. Wierzymy, że Duch Święty podpowiada nam pomysły na teksty i muzykę – rozmowa z Marcinem Pokusą.

21 grudnia przypada piąta rocznica śmierci ojca Jana Góry. W jakich okolicznościach spotkaliście się pierwszy raz i jak wyglądały początki współpracy?
– Spotkaliśmy się u dominikanów w Poznaniu w październiku 1998 r., po którejś z niedzielnych Mszy o godz. 19.00. Od znajomych z Chóru Kameralnego UAM i Akademii Muzycznej w Poznaniu dowiedziałem się, że o 19.00 w niedzielę u dominikanów odprawia ojciec Jan Góra, charyzmatyczny zakonnik. Poszedłem. Był wielki ścisk, że aż trudno się oddychało, tak wielu studentów było na tej Mszy. Kościół wypchany był po brzegi. Podczas Komunii ustawiłem się w kolejce, która akurat szła do ojca Jana. W momencie przyjmowania Pana Jezusa doświadczyłem czegoś niesamowitego. Kiedy ojciec Jan powiedział: „Ciało Chrystusa”, spojrzałem na jego oczy, które jakby się zmieniły, a czas jakby się zatrzymał. Wydawało mi się, że ta chwila trwa bardzo długo, poczułem wtedy obecność Pana Jezusa, zobaczyłem jakby Jego spojrzenie. Wiedziałem już wtedy, że muszę nawiązać współpracę z ojcem Janem.
Po Mszy zobaczyłem, że koleżanka z Chóru Kameralnego UAM wychodzi z boku kościoła. Miałem do niej sprawę i także poszedłem w tamtym kierunku. Okazało się, że ona kierowała się do „Oczka”. Na schodach, pomiędzy kościołem a wejściem do „Oczka”, zobaczyła mnie i krzyknęła do stojącego w drzwiach ojca Jana: „Ojcze, to jest ten góral Marcin Pokusa”. Widocznie już wcześniej ojciec ją podpytywał o mnie, gdyż widział mnie na inauguracji roku akademickiego UAM. Śpiewałem wtedy solówkę do Suity Melodii Polskich opracowanej dla Chóru Kameralnego UAM przez kompozytora Zbigniewa Kozubę. Tak się zaczęło.
Chodziłem wtedy także na „siódemki”, może nie codziennie, ale dosyć często. W grudniu ojciec Jan zaproponował, żebym przyjechał na sylwestra na Jamną. Poznałem wtedy Piotra Ziemowskiego „Żarówę”, z którym graliśmy kolędy w „Czesławie”. Była cudowna atmosfera, wszyscy śpiewali i radowali się. Kto miał pod ręką jakiś instrument, to przyłączał się do grania. Było jedno wielkie uwielbienie Boga. Wtedy także w głowie Piotra zrodziła się myśl, abyśmy zrobili taki stały zespół, który mógłby grać na Lednicy. Bez najmniejszego oporu podchwyciłem ten pomysł i tym samym daliśmy początek Siewcom Lednicy.
 
Gdyby miał Pan nazwać ojca Jana jednym określeniem, to kim dla Pana się stał – to jak by go Pan nazwał?
– Najprostsze słowo to „ojciec”. Masło maślane nazwać ojca ojcem, ale to „ojcem” ma ogromne znaczenie. On często wspominał na kazaniach, że kiedy tworzył duszpasterstwo, jak zaczynał pracę ze studentami, to chciał budować takie relacje koleżeńskie. Aż w końcu jedna ze studentek klepnęła go w ramię i powiedziała, że kumpli to one/oni mają na studiach, a on ma być dla nich ojcem. Wtedy dojrzał. Zrozumiał, że nie ma żartów. Ojciec to taki ktoś, kto chce dla swych dzieci jak najlepiej, kto jest za nich odpowiedzialny, kto musi o nie dbać, o ich rozwój duchowy i intelektualny. Do niego zawsze można się było przytulić, on zawsze mówił nam, że nas kocha.
Pamiętam, jak mój własny tata powiedział mi, że mnie kocha, to aż mnie zamurowało. Kiedy odszedł do domu Pana – myślę, że przedwcześnie, bo miał zaledwie 51 lat – to ojciec Jan stał się moim drugim ojcem. Byłem już przecież dorosły, a jednak ta instytucja ojca jest ważna przez całe życie. Doradzał mi, śmiał się ze mną, a czasem i ze mnie. Jak nabroiłem, to strofował, ale i zaraz przebaczał. Był cudowny, charyzmatyczny. A tak naprawdę to trudno określić jednym słowem tak barwną postać.
 
Pochodzi Pan ze Ślemienia na Żywiecczyźnie. Już w Siewcach Lednicy bardzo podkreślał Pan swoje góralskie korzenie, występując w ludowym stroju, ale przede wszystkim swoim góralskim zaśpiewem. Wydaje mi się, że te korzenie, mocne poczucie tożsamości góralskiej, są podstawą całej Pana twórczości muzycznej. Chciałabym zapytać o ludzi, którzy mieli decydujący wpływ na wybranie przez Pana takiej drogi twórczej.
– Kiedy zaczynałem swoją przygodę z muzyką, to nie myślałem, że będę komponował piosenki religijne. Zawsze chciałem być śpiewakiem operowym. Kiedy byłem dzieckiem, obejrzałem jakiś film z Janem Kiepurą, także jakiś koncert z Luciano Pavarottim, koncerty trzech tenorów: Pavarotti, Domingo, Carreras, koncerty innych śpiewaków i śpiewaczek operowych. Robiło to na mnie ogromne wrażenie. Sam bardzo lubiłem śpiewać. Śpiewałem od najmłodszych lat, często brałem udział w szkolnych przedstawieniach czy apelach. Po Pierwszej Komunii Świętej zostałem ministrantem i pełniłem funkcję kantora. W wieku dziesięciu lat zacząłem uczęszczać do szkoły muzycznej w Żywcu, gdzie uczyłem się gry na skrzypcach. Niestety, wtedy był taki czas na Żywiecczyźnie, że muzyka góralska została trochę zapomniana, może nie w całym regionie, ale w mojej najbliższej okolicy już tak, i ja nie nauczyłem się grać na skrzypcach od swojego dziadka czy ojca. Podstaw gry na skrzypcach nauczyłem się w szkole muzycznej.
Ogromny wpływ na to, że zająłem się muzyką ludową, miał zespół folklorystyczny Ziemia Żywiecka, którego członkiem zostałem bodajże w 1993 r. i w którym grałem III skrzypce, a później II. Szkoliłem się tam w zgłębianiu polskiego folkloru pod bacznym okiem pana kierownika Jana Brodki. Tam też poznałem kolegów z Żabnicy, o których mówiliśmy, że są z „Rezerwatu Góralskiego” Żywiecczyzny. Żabnica to wieś położona w południowej części Żywiecczyzny, obok Węgierskiej Górki, w której tradycja, zwyczaje i gwara górali żywieckich były i są bardzo silne. Od wspomnianych kolegów, a w szczególności od śp. Tomasza Iwanowa „Bulego”, złapałem bakcyla góralskiej muzyki. Miałem także dużo okazji do bycia i grania na wielu wspaniałych imprezach, festiwalach propagujących kulturę ludową w Polsce, w innych krajach Europy, a także w USA. Poznawałem wspaniałych muzyków ludowych. Często grałem z kolegami z różnych regionów góralskich, co zawsze wzbogacało moją wiedzę i doświadczenie, a także pogłębiało moje zamiłowanie i podziw do naszej pięknej kultury ludowej.
 
Od 2017 roku tworzy Pan zespół iGramy z Pokusą. Czym jest dla Pana praca w tym zespole?
– Bycie członkiem zespołu to dla mnie ogromna przyjemność i potrzeba serca, tym bardziej że jest to zespół grający muzykę religijną. Na co dzień pracuję jako nauczyciel. Uczę muzyki w szkole podstawowej w Złotnikach koło Mielca, a także uczę śpiewu i gry na fagocie w Państwowej Szkole Muzycznej I i II stopnia im. Mieczysława Karłowicza w Mielcu. Z Mielca, w którym obecnie mieszkamy, pochodzi moja żona. Uczenie to także ogromna przyjemność, jest to również ogromna odpowiedzialność za rozwój młodych muzyków.
Wracając do zespołu iGramy z Pokusą, to muszę stwierdzić, że Pan Bóg dał mi kolejny wielki prezent. Postawił na mojej muzycznej drodze wspaniałych muzyków, a zarazem i przyjaciół, z którymi realizujemy odgłosy naszych serc. Muzyka, którą tworzymy i wykonujemy, jest niejako echem tego, co nam w duszy gra. Staramy się wsłuchiwać w głos naszego wnętrza. Wierzymy, że Duch Święty podpowiada nam pomysły na teksty i muzykę. W naszych piosenkach cytujemy Pismo Święte, słowa św. Jana Pawła II, ojca Jana Góry a także nasze własne przemyślenia powstałe pod wpływem życia we wspólnocie Kościoła katolickiego. Poruszamy w nich także temat obrony życia, radości chrześcijańskiej, zawierzenia się Bogu. Prosimy Pana Boga o to, byśmy mogli być lepszymi ludźmi, a błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszkę prosimy, by pomógł nam wierzyć tak mocno jak on.
 
Wydaliście z iGramy z Pokusą dwie płyty. Będzie okazja usłyszeć Was na żywo w kościołach w tym świątecznym czasie?
– Tak, na swoim koncie mamy dwa albumy, z których drugi to Nowonarodzony. Śpiewamy tam kolędy i pastorałki tradycyjne, a także dwie piosenki autorskie o tematyce bożonarodzeniowej. Jedna, bardziej pastorałkowa, folkowa to Narodził się Chrystus Król, a druga, taka trochę pop-rockowa, to tytułowy Nowonarodzony. Wydaje nam się, że płyty się podobają, bo jednak ludzie je kupują, mimo że nie mamy jakiejś wielkiej kampanii marketingowej. Najczęściej sprzedajemy je na koncertach oraz na naszej stronie internetowej.
Odnośnie do koncertów to obecnie jest jak wszędzie, czyli nie ma ich ze względu na pandemię. Oczywiście w telewizji pokazują tylko kilka i to bardzo znanych zespołów. My jeszcze do nich nie należymy. Można nas za to zobaczyć na naszej stronie internetowej: www.igramyzpokusa.pl, a także na naszym kanale na YouTube: iGramy z Pokusą OFFICIAL – YouTube.
 
Marcin Pokusa
Wokalista, skrzypek, góral żywiecki; współzałożyciel wielu znanych zespołów muzycznych takich, jak: Siewcy Lednicy, Kapela Marcina Pokusy, Fickowo Pokusa, BESQUIDIANS; producent, muzyk folkowy, a także śpiewak operowy, absolwent Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach, artysta chóru Opery Krakowskiej, laureat nagrody TVP Poznań „Eurotalent 2004”. Od 2017 r. tworzy zespół iGramy z Pokusą, z którym wydał dwie płyty: Chcemy siać słowo Twe (2017) i Nowonarodzony (2019)

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki