Logo Przewdonik Katolicki

Ciasna brama

ks. Grzegorz Strzelczyk
fot. Materiały prasowe

Najpierw przyznanie się do grzechu, a potem ciągle ponawiany akt zaufania, że Bóg mnie również z kolejnego grzechu wyprowadzi – to dwa wymiary wąskiej drogi, o której mówi Jezus.

Jedną z zaskakujących rzeczy w nauczaniu Jezusa okaże się to, że Ojciec, o którym On opowiada, nie tylko jest skłonny do przebaczenia, ale więcej – Jego przebaczenie wyprzedza nawrócenie grzesznika. A nawet jeszcze więcej: że większa jest u Niego radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia! Bóg jest żywo zainteresowany ocaleniem grzesznika. Tak żywo, że to aż może boleć tych, którzy się starają żyć dobrze na co dzień. To jest nowość nauczania Chrystusa. I nie chodzi tu tylko o nauczanie, ale też o działanie.(…)

Królestwo dla mnie, grzesznika
W jednej z parafii głosiłem kiedyś – można powiedzieć, że w ramach katechezy dorosłych – konferencję o przypowieściach, skupiając się zwłaszcza na tych Łukaszowych. Potem był czas na pytania. Pewien pan się zgłosił i mówi: „Księże, ale to jednak trochę niefajnie, że Bóg tak tych grzeszników kocha, a nas to co?”. Często do tego wracam, bo był to moment, kiedy zrozumiałem, jak duży problem możemy mieć z Ewangelią – stawiamy się bowiem w miejscu faryzeuszy, a nie tam, gdzie jesteśmy tak naprawdę. Tymczasem Dobra Nowina jest Dobrą Nowiną, bo jest  d l a  m n  i e   i   o   m n i e. Królestwo jest miejscem dla mnie, bo to ja jestem grzesznikiem. Tak porządnie, z pierwszej ręki, znam tylko swój własny grzech – i to wystarczy. (…) Wchodzimy do Królestwa nie przez dobre sprawowanie, tylko przez przyjęcie miłosierdzia. „Ciasną bramą” jest przyznanie się do grzechu – niekoniecznie poprawienie się ze wszystkich grzechów. Gdyby warunkiem wejścia do Królestwa była nieskazitelność po chrzcie, to mielibyśmy kłopot. Pan Jezus siedziałby tylko z Matką Bożą i ciągle by czekali… Warunkiem wejścia do Królestwa jest szczere przyznanie się do naszej bezradności wobec zła, grzechu i tego, że to Bóg musi nas podnieść. Doskonale wiecie, że to wcale nie jest łatwe, bo gdy tylko zaczynamy się zbliżać do tego momentu, zaraz wyłazi z nas wredny mały człowieczek, który cały czas siedzi gdzieś w środku, i mówi: „Ale to przecież nie moja wina!”. Tak jak Adam w Raju: „Ewa mi dała!”. A Ewa: „Wąż mnie zwiódł!”. Zawsze ktoś się nawinie. Koleżanka, przełożony, ktokolwiek. Deszcz pada, słońce świeci – to ich wina. (…)

Sami nie możemy się zbawić
Dotykamy tu jednego ze sporów pierwotnego chrześcijaństwa. Nurt zwany pelagianizmem skłaniał się ku stwierdzeniu, że człowiek może własnymi siłami dojść do stanu łaski, bez uprzedniego działania Bożego. Uznano to za herezję, ale niestety ta herezja ciągle nam krąży po Kościele. Papież Franciszek pisał o tym całkiem niedawno. Wciąż nam grozi to przekonanie, że jak się zbierzemy, napniemy, to sobie poradzimy. Nie! Najpierw jest działanie Boga. To nie oznacza wezwania do bezczynności. Chodzi tylko o to, że najpierw jest Bóg, który mnie podnosi. Cokolwiek potem zrobię, zrobię to dzięki temu, z tą mocą. Owoce tak naprawdę przynosi Duch Święty, a nie moje działania. (…) Mówię tak dużo o Królestwie, bo bez tego obrazu nie sposób zrozumieć błogosławieństw. One wszystkie są „opowiadane” wewnątrz niego. Wiadomo, że ewangeliści „grzebali” redakcyjnie przy nauczaniu Jezusa. Po doświadczeniach paschalnych dokonali reinterpretacji Jego słów w nowym świetle. Dlatego mamy w Ewangeliach różne wersje tych samych opowieści. Przed Paschą apostołowie wielu rzeczy nie rozumieli. Zwróćcie uwagę, ile razy w Ewangeliach pojawia się taki motyw, że Jezus mówi, mówi, a uczniowie w ogóle nie łapią. Dopiero kiedy doświadczyli przebaczenia, doświadczyli Królestwa, Jezusowe nauczanie stało się dla nich jasne. Im lepiej zrozumiemy i doświadczymy, czym jest Królestwo, tym większa szansa, że pojmiemy potem konkret, jakim są błogosławieństwa. Rozumienie i doświadczenie – rozróżniam to specjalnie, bo one nie zawsze występują razem. Ktoś może mieć doświadczenie przebaczenia, którego nie umie nazwać, nie ma do tego teologii. Tak jest czasami z ludźmi bardzo prostymi: doświadczyli, ale nie bardzo potrafią o tym opowiedzieć, nie mają narzędzi. Z drugiej strony są ci, którzy wiedzą, a niekoniecznie doświadczyli. Ci mają trochę gorzej. Nawet doskonała analiza chemiczna tego, z czego składają się lody, to nie to samo co poczucie smaku lodów. Nie jest to jednak sytuacja beznadziejna, bo przecież wiara się rodzi z tego, co się słyszy. Kiedy słyszymy, czym jest Królestwo, kiedy zaczynamy widzieć, jak działa z mocą – tak jak uczniowie widzieli czyny Jezusa – wtedy stajemy w obliczu decyzji. Jest to decyzja zaufania Bogu. Dlatego katechumenów przed chrztem pytamy o wiarę, o to, czy ufają Bogu.

Zaufanie wciąż na nowo
Zaufanie jest czymś, co trzeba w sobie nieustannie ponawiać. Główną pokusą, która będzie nam niestety zawsze towarzyszyć, jest pokusa cofnięcia zaufania Bogu. Cofając zaufanie, wychodzimy z Królestwa. Grzech Adama to w ostatecznym rozrachunku właśnie brak zaufania do Boga, potem dopiero bierze się z niego nieposłuszeństwo. Żeby doświadczyć Królestwa – a nie tylko o nim wiedzieć – trzeba odnawiać swoje zaufanie. To jest drugi wymiar tej wąskiej drogi, o której mówi Jezus. Najpierw przyznanie się do grzechu, a potem ciągle ponawiany akt zaufania, że Bóg mnie również z kolejnego grzechu wyprowadzi. Mamy zapewne świadomość, że wiele razy w życiu nam nie wyszło i pewnie jeszcze wiele razy nie wyjdzie. To ponawianie zaufania wcale nie jest łatwe. Biada nam jednak, gdybyśmy przestali, bo w ten sposób odetniemy się od życia, od Królestwa. To akt zaufania ostatecznie trzyma nas wewnątrz niego. Jeżeli ktoś doświadczył Królestwa, to ma o nim pamięć. (…) Dobre, mocne, intensywne doświadczenia Królestwa są nam dane również po to, żebyśmy w momentach trudniejszych mogli je wspominać, pomyśleć: skoro raz coś takiego było mi dane, to znaczy, że to jest możliwe. Spokojnie. Nawet jeżeli w tym momencie doskwierają mi nerki, boli mnie ząb albo męczę się z jakimś zadaniem, to nic nie znaczy w perspektywie Królestwa, to jest zwyczajna ludzka uciążliwość, którą trzeba po prostu przeczekać… A na końcu jest coś jeszcze większego niż to dobro, którego dotychczas doświadczyłem. (…)
Z nadzieją, nie z lękiem
Jakiekolwiek jest wasze doświadczenie mocy Królestwa, to jest wciąż jeszcze niczym wobec tego, co nam Bóg obiecał. I to też mocno wybrzmi w błogosławieństwach: że najlepsze jest jeszcze przed nami. Już jest w zadatku, ale przecież wiecie – z samym zadatkiem ledwo można dożyć do pierwszego. Ciągle jesteśmy wychyleni ku temu, co ma przyjść. Ostatnia kwestia, na którą trzeba uważać, kiedy myślimy o Królestwie, dotyczy pewnej krzywdy, którą żeśmy sobie sami w Kościele zrobili, zwłaszcza po łacińskiej stronie. Mianowicie średniowieczni kaznodzieje przyjęli taką taktykę, że aby niewykształconych ludzi przekonać do zachowań porządnych, moralnych, są dwie możliwości: kij albo marchewka. Niestety preferencja poszła „po kiju”: zaczęto straszyć Bożym sądem. Jeżeli się przez wieki tego straszaka używało, to on się zakorzenił. I my ciągle myślimy o sądzie jako o Dies Irae, czyli Dniu Gniewu. Nie wiem, czy kojarzycie Jezusa z fresków Michała Anioła w kaplicy Sykstyńskiej. Jest wkurzony. Gdzie jest taki obraz w Nowym Testamencie? Nie ma! Trochę żeśmy to zepsuli. W momencie, w którym zaczynamy się lękać tego, co nadejdzie, zamiast tego z nadzieją wyczekiwać, nabieramy tendencji do ciągłego oglądania się wstecz: czy nie zrobiliśmy czegoś, za co nas potem rozliczą i wywalą z Królestwa. A przecież my tam nie zostaniemy wpuszczeni za dobre zachowanie, tylko z miłosierdzia. Im bardziej będziemy w sobie budować tę świadomość – że dzięki Bożemu miłosierdziu czeka nas pełnia zjednoczenia z Bogiem, czyli coś najlepszego, co może się nam wydarzyć – tym mocniej będziemy przyzywać tego dnia. Także w sensie przyzywania powtórnego przyjścia i ostatecznego sądu. Nie wiem, czy słyszeliście kiedyś w modlitwie wiernych prośbę, żeby szybko przyszedł koniec świata. A w zasadzie przecież powinniśmy się o to modlić za każdym razem, bo nic lepszego nie mogłoby się nam zdarzyć niż powrót Chrystusa, choćby teraz! Oczywiście mamy to w Ojcze nasz: „przyjdź Królestwo Twoje”. Ale czy rzeczywiście to wołanie z Ojcze nasz przechodzi na całość naszego myślenia o rzeczywistości? Zostawiam to do namysłu. 

Śródtytuły pochodzą od redakcji

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki