Logo Przewdonik Katolicki

Zaskakujące stulecie

Piotr Zaremba
FOT. MAGDALENA BARTKIEWICZ. Piotr Zaremba historyk, dziennikarz, publicysta, komentator polityczny

Pomysł, aby w ostatniej chwili organizować Polakom dzień wolny 12 listopada, to produkt niefrasobliwości. Ot, zebrał się Sejm, wpadł na pomysł i zrobi to, bo może – bez względu na konsekwencje.

Tłumaczenie prawicy, że jest coś takiego jak ludzkie zobowiązania, rachunki firm, grafiki i plany czy umówione wizyty, mija się z celem. Sejm obraduje, trzymajcie się za portfele. Pewien poseł PiS oznajmił, że mamy stulecie niepodległości raz na sto lat, trudno więc nie sięgnąć po tak nadzwyczajny prezent dla Polaków z tej okazji. Skoro to takie oczywiste, dlaczego przyszło wam do głowy dopiero teraz?
Ale to pochodna czegoś jeszcze. Poczucia wyjątkowości daty 11 listopada 2018 r., której generalnie nie sprostamy. Nie pokażemy się ani przed zagranicą, ani przed samymi Polakami. Pół roku temu Polska Fundacja Narodowa proponowała rejs dookoła świata za duże pieniądze. Byłem jednym z tych, którzy ten pomysł krytykowali. Koszty wydały mi się niewspółmierne do korzyści. Z rejsu zrezygnowano, ale co w zamian? Konwencjonalne imprezy, koncerty, inscenizacje. Nie mam nic przeciwko, ale wyjątkowość daty została przegapiona. Bo trzeba było zacząć myśleć o niej na początku kadencji, przed trzema laty.
Prezentem wyjątkowym byłoby naturalnie, gdyby 11 listopada ulicami Warszawy pomaszerowali politycy różnych nurtów. Ale to oczywiście niemożliwe, wiedzą to wszyscy. Pozostają fałszywe gesty, na które odpowiedzią są równie fałszywe reakcje. Dobrze będzie, jak polskie władze poradzą sobie z narodowcami, którzy czują się właścicielami tego święta. Kilka lat temu jako jedyni zgłosili się, żeby je obchodzić. PiS się spóźnił, a teraz medytuje, co zrobić, żeby prezydent i premier nie maszerowali w sąsiedztwie transparentów ze skrajnymi hasłami.
Wkurza mnie to, jestem zgryźliwy, a równocześnie to takie bardzo polskie: nie przewidzieć niczego. Co napisał Norwid? Że jako naród jesteśmy wszystkim, a jako społeczeństwo niczym? I miał rację.
Jedno mnie powstrzymuje przed tym, by narzekać jeszcze bardziej. Wśród rozlicznych niespełnionych obietnic jest również duża produkcja filmowa z okazji setnej rocznicy niepodległości. Jedyna, której się podjęto, Legiony, grzęźnie i będzie może pół, a może rok po czasie. I tu chyba czegoś nie dopilnowano. Może narzekam mniej, bo wprawdzie Polska Fundacja Narodowa zajmowała się w pierwszej kolejności atakowaniem sędziów na billboardach, ale też znając kręgi filmowe, wiem, że niełatwo takie zdarzenie wykreować.
I tu przypomina mi się scena podpatrzona, czy może raczej podsłuchana, na festiwalu w Gdyni. Skoro nie ma filmu o głównych zdarzeniach, za produkcję historyczną o wymowie patriotycznej „robi” trochę Kamerdyner Filipa Bajona. To opowieść o dziejach Kaszubów, rok 1918 także się tam pojawia, choć jako element ciągu dziejów. Ministerstwo Kultury wsparło ten film, i dobrze. Ma swoje wady, ale stary Bajon czuje historię, umie o niej opowiadać. W Gdyni film dostał stosowne brawa i nagrody, choć już tam zniknął w cieniu Kleru. Takie czasy. Ja zaś podsłuchałem rozmowę dwóch pań „ze środowiska”. Oburzały się, że w końcówce filmu aktor mówi do widzów o tym, że Kaszubi byli ostoją polskiego patriotyzmu. „Toż to propaganda, co ten Bajon, zwariował?” – pytała jedna drugą.
Kiedy słyszę takie rozmowy, w których patriotyzm jest traktowany z drwiną albo z wrogością – a to cechuje dziś część polskiej inteligencji – zaczynam lepiej myśleć o tych, co teraz rządzą. Tylko wiem, że to za mało, bo przecież za dzień lub dwa znów się przewrócą o własne nogi.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki