Logo Przewdonik Katolicki

Szczęśliwy bez powodów

FOT. RADOSŁAW KOLEŚNIK. - Można być szczęśliwym, czy chorując na raka. Cztery lata temu tego nie rozumiałem. Choroba nauczyła mnie celebrować życie - mówi ks. Krylik.

O tym, jak śmiertelną chorobę pogodzić z patrzeniem do przodu i budowaniem parafii, o samotności i tym, jak świętować śniadania z ks. Jarosławem Krylikiem rozmawia Jarosław Jurkiewicz

Można spytać o zdrowie?
– Trochę kiepsko dzisiaj spałem. Mam zapalenie płuc. To reakcja na leki, które przyjmuję. Były podejrzenia, że jest to kolejny przerzut. Okazało się, że nie, więc cieszę się z tego zapalenia.
 
Zapalenie płuc spowodowane przez leki?
– To ponoć bardzo częste i bardzo niebezpieczne. Staram się tego nie analizować. Jestem raczej pokornym pacjentem, który słucha poleceń lekarzy.
 
Mówi Ksiądz, że jego rodzina to kilkanaście tysięcy ludzi.
– Przez lata posługi kapłańskiej bardzo chciałem, aby parafia nie była urzędem. Moim marzeniem było, by relacje w parafii były bliskie, żeby człowiek nie czuł się samotny. Żeby była rodziną. Żeby w trudnych chwilach człowiek miał kogo poprosić o pomoc. I udało się. Ja teraz odczuwam to szczególnie, zmagając się z chorobą. W koncertach organizowanych z myślą o tym, żeby mi pomóc, uczestniczyło kilka tysięcy ludzi. Przyjeżdżali z daleka autokarami, żeby powiedzieć mi: „Pamiętaj, nie jesteś sam!”.
 
Niezależnie od tego, jak wielka jest parafia, ksiądz ze swoim problemem ostatecznie zostaje sam. Nawet najbardziej oddani parafianie mają swoje rodziny, o które muszą się troszczyć. Kiedy przychodzą trudne chwile, nie ma komu się pożalić.
– Pyta pan o samotność kapłana? Nigdy nie czułem się samotny. W wakacje była u mnie rodzina: brat z żoną i czwórką dzieci. To prawda, że zupełnie inaczej wracało się wtedy na plebanię, kiedy ktoś czekał z obiadem czy rewelacjami z przeżytego dnia. Nie chodzi jednak o to, by cały czas otaczał mnie tłum ludzi. Bo koniec końców, każdy musi sam zmierzyć się ze swoim życiem. Często ludzie cierpiąc, łudzą się, że jak będzie wokół dużo ludzi, to będzie mniej bolało. Tymczasem w najważniejszych momentach życia człowiek jest sam. Jest takie miejsce w człowieku, którego drugi człowiek nie zapełni. Zostaje mu tyko Bóg. Rozumieją to ludzie obłożnie chorzy, ci, którzy byli w Himalajach cierpienia. Mówili wtedy, że tam najbardziej odczuwali bliskość Boga.
 
Kiedy młody człowiek dowiaduje się, że ma ciężką chorobę, to musi być cios…
– Ja miałem 44 lata, kiedy dowiedziałem się, że mam raka. To było cztery lata temu. Na pewno nie jest to łatwa chwila.
 
W takich sytuacjach ludzie oskarżają Boga, pytają: „Dlaczego?”. To rodzi bunt?
– Nie było buntu. Wcześniej widziałem bardzo dużo śmierci. Pochowałem uczniów, którzy utonęli w rzece. Pamiętam dwójkę młodych ludzi, którzy zginęli w wypadku. Agatkę, która miała 33 lata, i zmarła na raka piersi. Widziałem mnóstwo śmierci. Człowiek tylko się łudzi, że jest mocny, że śmierć go jeszcze nie dotyczy. A śmierć może czekać tuż za progiem. Dlatego nie pytałem Boga dlaczego. Zapytałem: „Boże, po co?”. Okazało się i ciągle się okazuje, że ta choroba potrzebna była nie tylko mnie, ale i ludziom, którzy przyglądają się mi choćby w mojej parafii. Teraz pewnie już się przyzwyczaili. Ale na pewno wiele osób zaczęło inaczej słuchać moich kazań. Widzieli mnie, kiedy byłem opuchnięty, kiedy nie miałem włosów, kiedy nie miałem siły. Widzieli mnie, kiedy się słaniałem na nogach, a i tak byłem szczęśliwy. Myślę, że jest to najważniejsze kazanie, które mam pokazać, a nie opowiedzieć. Myślę, że to dużo dla nich znaczy. Dla mnie też.
 
Słuchając i patrząc na Księdza, uświadamiali sobie, jak kruche jest zdrowie i życie?
– Moja choroba kazała im się zatrzymać. Nie było to łatwe. Dzisiejszy człowiek chce być wszędzie, ale tak do końca nie ma go nigdzie. Żyjemy w jakiejś matni. Dzisiaj człowiek gdy siedzi, to już dokądś biegnie. Nie ma higieny umysłu, nie ma higieny ducha. Ludzie Wschodu umieją żyć tu i teraz. Kiedy tańczą, to tańczą, kiedy jedzą, to jedzą, a kiedy płaczą, to też na całego. W człowieku Zachodu jest jakiś niepokój. Zbyt mocno troszczymy się o przyszłość. Za wszelką cenę chcemy być jeszcze szczęśliwsi i z tego rodzi się całe nieszczęście. Moja choroba jest podpowiedzią dla tych, którzy mnie znają, że można być szczęśliwym, nie mając wiele powodów do szczęścia. Można być szczęśliwym, jeżdżąc na wózku inwalidzkim, nie mając nogi czy chorując na raka. Cztery lata temu tego nie rozumiałem. Choroba nauczyła mnie celebrować życie. Wszystko, co robię, staram się robić w sposób najpiękniejszy jak potrafię. Jem śniadanie i to jest moje święto. Idę na zakupy, to jest święto. Kiedy się modlę, to też jest święto. Staram się znajdować szczęście w każdym elemencie życia. Bo wiem, że każde śniadanie czy każde zakupy mogą być ostatnie w życiu.
 
Takie świętowanie to też kawa, którą piją wspólnie małżonkowie? Mówił ksiądz o tym w jednym z kazań.
– Można spotkać się i przy mleku: ważny jest czas poświęcony człowiekowi. Warto celebrować życie, zachłysnąć się nim, umieć wciąż żyć w zadziwieniu. I cieszyć się z obecności drugiego, odstawić pilne zajęcia, by znaleźć dla niego czas. Nikt nie da gwarancji, że ten, kto czyta tę rozmowę, nie umrze przede mną – choć to przecież ja jestem chory. W tłumie wokół nas jest dużo samotnych ludzi. Dużo jest samotności w małżeństwach. Żona jest samotna, bo mąż jej nie rozumie. Mąż jest samotny, bo żona od niego zbyt dużo wymaga. Za późno wielu się o tym dowie i to zrozumie… Łatwiej jest kupić nowy telefon niż dać serce, łatwiej być kochankiem niż prawdziwym przyjacielem. Skutki tego obserwuję czasem w mojej parafii. Niby wszystko w rodzinie układa się jak należy i z dnia na dzień dochodzi do rozwodu. To wszystko wskazuje na płytkość relacji.
 
Ludzie cenią księdza jako duszpasterza.
– To wielki zaszczyt, ale i odpowiedzialność. Nie chciałbym zgnuśnieć. Chcę żyć i mówić ludziom, że Bóg nas kocha. Teraz żyję trochę inaczej niż kiedyś. Kilka godzin jestem na nogach, pozałatwiam trochę spraw i muszę się położyć na godzinę, bo nie miałbym siły iść na wieczorną Mszę św.
 
Buduje ksiądz kościół parafialny w Koszalinie, przygotowuje remont kościoła w koszalińskim Jamnie, który jest niemal tak stary jak koszalińska katedra. Oprócz tego jest jeszcze normalna praca duszpasterska. To nie za dużo jak na osobę, która zmaga się z chorobą?
– Pewnie, że lekko nie jest. W dzisiejszych czasach budować kościół? Wolałbym nie budować, bo to mówienie o pieniądzach nie jest miłe. Unikam tego, szukam sponsorów. To wielki cud od Boga, że w Koszalinie powstaje nowa parafia. Trochę nietypowa, bo w środku nowego osiedla, z kaplicą przypominającą market. Byli u mnie znajomi z Bydgoszczy. „Fajnie to sobie wymyśliłeś” – mówili. „Wiesz, że pod fasadą kaplicy masz ukrytą katedrę. To katedra zbudowana z ludzkich serc”. Nie tworzę jej ja, ale setki genialnych ludzi. Oni widzą, jak na ich oczach zawiązuje się lokalny kościół. W czasach gdy ludzie drwią z Kościoła, ja mam tłumy młodych na Mszy św. i na różańcu. Ta parafia rodzi mi się na rękach. Nie mogę być w niej urzędnikiem. Po kolędzie chodzę jak do rodziny. Razem śmiejemy się, żartujemy, czasem popłaczemy. Zapraszają księdza na imieniny, dzwonią, kiedy źle się dzieje u sąsiadów. Wspólnie radzimy, jak im pomóc. Taka służba to jednocześnie udręka i ekstaza. Udręka związana z budową, żmudnymi sprawami administracyjnymi, rozmową z budowlańcami. I ekstaza pracy kapłańskiej, budowania wspólnoty. Księża, którzy przychodzą do ukształtowanej parafii, nigdy tego nie przeżyją.
 
Patronką parafii jest Matka Teresa z Kalkuty. Modne osiedle zasobnych młodych ludzi, a na nim parafia, która ma za patronkę królową żebraków?
– Na początku ta patronka też mi trochę nie pasowała. Ale dziś pasuje jak ulał! W jej oczach widzę więcej szczęścia niż w oczach ludzi, którzy dorobili się majątków. Szczęście nie bierze się z tego, co mamy. Bez relacji z Bogiem i ludźmi biegniemy przez życie i kiedy mamy 50-60 lat, uświadamiamy sobie, że czas przeciekał nam miedzy palcami. A w głębi serca wszyscy mamy taką samą tęsknotę: tęsknotę za spełnionym życiem. To ta tęsknota zawiodła Matkę Teresę do slumsów Kalkuty. Nas pewnie aż tak daleko nie zaprowadzi, ale to nie znaczy, że mamy się nie starać. Nasza patronka uczy nas, że nie musimy robić rzeczy wielkich, możemy robić małe, ale z wielką miłością: to jest program spełnionego i szczęśliwego życia.
 
To gdzie szukać nadziei, kiedy wydaje się, że nasze cierpienie jest nie do udźwignięcia?
– Tylko w Bogu! Nie ma innego jej źródła, jak Jego bliskość! Św. Augustyn mówił: „Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu”. Pewnie dobrze jest być bogatym, mieć władzę, być podziwianym. Najpierw jednak trzeba być człowiekiem Boga. Zresztą ludzie instynktownie czują, gdzie jest źródło nadziei i prawdy. Coraz częściej słyszę, że jeden czy drugi prezes dużej firmy albo ważny menedżer urywa się z pracy na kilka dni. Jedzie na dni skupienia, zaszywa się w klasztorze, jedzie na rekolekcje ignacjańskie. Tam często na kolanach, o chlebie i wodzie, próbuje uspokoić swoje wnętrze i naprawić relacje z Najwyższym. Często byłem przy umierających. Nie znam człowieka, który w takiej chwili nie westchnąłby „O Boże!”, czy „O Jezu!”. Tylko w Bogu człowiek może mieć spełnione życie.
 


 
Ks. Jarosław Krylik
47-letni kapłan diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. Od 6 lat proboszcz parafii pw. Matki Teresy w Koszalinie. W 2014 r. zdiagnozowano u niego raka nerek, wkrótce potem lekarze wykryli przerzuty do płuc. Kilkakrotnie organizowano koncerty, licytacje i akcje charytatywne, z których dochód był przeznaczany na jego leczenie.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    Katarzyna
    03.01.2018 r., godz. 07:06

    Piękne słowa
    Dziękuję

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki