Logo Przewdonik Katolicki

Łzy Jana Karskiego

Paweł Stachowiak
FOT. TOMASZ GZELL/PAP. Jan Karski w Warszawie tuż przed odebraniem nagrody Polskiego PEN Clubu, 17 maja 2000 r. Dwa miesiące później zmarł w Waszyngtonie.

Jest uznawany za bohatera, choć odchodził z poczuciem życiowej klęski. W jego historii skupiają jak w soczewce dylematy losu Polaków i Żydów w dniach Zagłady. Borykamy się z nimi do dzisiaj.

W słynnym, 10-godzinnym filmie dokumentalnym Shoah (Zagłada) Claude’a Lanzmanna, pojawia się sekwencja, której bohaterem jest wysoki, niezwykle szczupły mężczyzna o arystokratycznym wyglądzie. Mówi: „Teraz wracam myślą 35 lat. Nie… Nie wracam. Nie!” i dławi się płaczem. Tak zaczyna się dramatyczna relacja Jana Karskiego, który zdecydował się po latach opowiedzieć o swych niezwykłych doświadczeniach czasu II wojny światowej. Dzięki Lanzmannowi poznał go świat i uświadomił sobie, jak niezwykły to człowiek i jak szczególne są jego doświadczenia.
Dziś Karski jest bohaterem książek, filmów i zbiorowej wyobraźni, jednym z symboli walki o ratunek dla Żydów ginących w okupowanej przez Niemców Europie. Uhonorowano go wszelkimi możliwymi zaszczytami: Orderem Orła Białego, tytułem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, honorowym obywatelstwem Izraela, doktoratami honoris causa… Dlaczego zatem płakał, dlaczego pod koniec życia mówił o sobie jako o człowieku, który zawiódł, dlaczego zdawał się być przepełniony goryczą i nie szczędził słów bolesnej krytyki swojej ojczyźnie?
 
Złote dziecko
Jan Karski, a właściwie Jan Kozielewski, nie był jak można by sądzić arystokratą. Jego ojciec, łódzki rymarz, zapił się na śmierć. To, kim się stał, zawdzięczał matce i bratu, który „trzymał go za mordę”. Wcześnie dały o sobie znać jego wybitne zdolności. Jako student uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie wygrywa konkurs krasomówczy i porywa swych kolegów wybitnym darem wymowy. Jednocześnie jest człowiekiem głęboko religijnym, członkiem Sodalicji Mariańskiej. Swoje talenty i ambicje postanawia zrealizować w służbie dyplomatycznej. Praktykuje w Rumunii, Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii, uczy się języków, fascynuje arystokratycznymi manierami. Złote dziecko – mówią o nim. W 1939 r. jest sekretarzem w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a ma dopiero 25 lat. Wielka kariera zdaje się stać przed nim otworem.
Jest jednym z tych, którzy tragedię Września 1939 r. odbierają jako najgłębsze rozczarowanie państwem i jego elitami, które nie sprostały wyzwaniu. Wiele lat później powie z goryczą: „Ja wspominam tę przeklętą wojnę ze wstrętem i obrzydzeniem. I odwrót mojego Piątego Dywizjonu Artylerii Konnej od Oświęcimia do Tarnopola jako najohydniejsze 17 dni mojego życia. Bezhołowie, rozpacz, bezmyślne i nieszczęsne setki tysięcy uciekinierów. Żadnego dowództwa, żadnego przygotowania. Żadnej walki. Tylko strach i uciekanie przed bombami. A potem bydlęce wagony – do Rosji. I upokorzenie”. Ucieka z transportu jadącego na wschód, wraca do Warszawy i angażuje się w działalność konspiracyjną. Pełni służbę kurierską, jedną z najbardziej niebezpiecznych, wymagających nie tylko odwagi, ale również fantazji i pomysłowości. Ma zdumiewającą pamięć, dzięki której może relacjonować przekazane mu informacje z głowy, bez żadnych notatek.
Przekrada się do Francji, składa gen. Sikorskiemu raport o formującym się w kraju ruchu oporu. Przy ponownej próbie przedostania się na Zachód wpada w ręce Niemców. Mimo tortur (wybito mu zęby, zerwano paznokcie) nikogo nie denuncjuje. Próbuje samobójstwa, wreszcie ucieka. Niemcy dokonują w odwecie egzekucji 32 osób. „Gdybym przeczuwał to, co się wtedy stanie, połknąłbym cyjanek, a nie ratował się”, powie później.
 
Błaganie o pomoc
W 1942 r. zostaje mu powierzone zadanie, które naznaczy go do końca życia. Ma po raz kolejny udać się na Zachód jako kurier Polskiego Państwa Podziemnego i dostarczyć m.in. informacje o dokonującej się na ziemiach polskich zagładzie Żydów. Chce na własne oczy zobaczyć to, czego doświadczają Żydzi. Wchodzi do warszawskiego getta i do obozu tranzytowego w Izbicy. Doświadcza rzeczy strasznych. Widzi ludzi umierających z głodu, transportowanych do obozów zagłady, upokarzanych i mordowanych. Jego głęboko zakorzeniona wrażliwość nie może się z tym pogodzić, nie chce pozostać obojętnym wobec niedoli dotykającej bliźnich. Spotyka się z przywódcami społeczności żydowskiej w Polsce, którzy błagają swych rodaków na Zachodzie o pomoc.
Gdy dotrze do Londynu, a później do Waszyngtonu, zrobi wszystko, aby poinformować przywódców i opinię publiczna krajów alianckich o losie Polski, a przede wszystkim jej żydowskich obywateli. Skłoni polski rząd na uchodźstwie do bezprecedensowego zaangażowania. Pod jego wpływem wicepremier Stanisław Mikołajczyk zadeklaruje: „Świat patrzy na tę zbrodnię straszliwszą niż wszystko, co widziały dzieje, i milczy. Rzeź milionów bezbronnych ludzi dokonuje się wśród powszechnego, złowrogiego milczenia. (...) Tego milczenia dłużej tolerować nie można. Jakiekolwiek są jego pobudki – jest to nikczemne. (...) Kto milczy w obliczu mordu, staje się wspólnikiem mordercy”.
W USA spotyka się z prezydentem Rooseveltem i wybitnymi politykami pochodzenia żydowskiego, za wszelką cenę stara się ich skłonić do jakiejkolwiek akcji, która mogłaby uratować choćby część żydowskiej populacji. W ciągu kilku tygodni pisze 600-stronicową książkę o Polskim Państwie Podziemnym, która staje się bestsellerem i rozchodzi w nakładzie 300 tys. egzemplarzy. Tytaniczny trud, angażujący wszystkie siły i inteligencję tego niezwykłego człowieka – wszystko na nic. Nikt nie słucha, a nawet jeśli docierają do kogoś słowa Karskiego, to nie skłaniają one do żadnego działania.
Wstrząsająca jest lektura jego sprawozdań z rozmów z prezydentem Rooseveltem i sędzią Sądu Najwyższego USA Feliksem Frankfurterem. Prezydent bardziej interesuje się pogłowiem koni i trzody chlewnej w okupowanej Polsce, a los Żydów kwituje jednym zdaniem: „Uratujemy ich, wygrywając wojnę”. Frankfurter, Żyd z pochodzenia, nie chce uwierzyć Karskiemu, a pytany o to, czy zarzuca mu kłamstwo, odpowiada: „Nie, ja po prostu nie mogę uwierzyć, że można być tak nieludzkim”. Zachód pozostaje biernym wobec losu ginących Żydów.
 
Poczucie klęski
Nigdy się z tym nie pogodzi. Najpierw chce zapomnieć, po zakończeniu wojny pozostaje w USA i robi karierę akademicką na prestiżowym uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie, ale demony przeszłości nie pozwalają mu spać spokojnie. Jego głęboka wrażliwość etyczna skłania go ku obwinianiu samego siebie. Ciągle dręczy go pytanie, czy uczynił wszystko, co było potrzebne, aby uratować ginących Żydów. Drąży sumienie swoje i własnego narodu, doszukuje się wszelakich przejawów antysemityzmu i obojętności wobec ich losu. Łzy, które roni, gdy wreszcie w 1978 r. otwiera się wobec Lanzmanna, są świadectwem jego duchowego zmagania, wręcz męki samoobwiniania. Gdy umiera w 2000 r., jest powszechnie uznawany za bohatera, choć sam odchodzi z poczuciem życiowej klęski i niespełnienia. Postać tragiczna.
Jan Karski jest człowiekiem, którego tragedia skupia jak w soczewce dylematy losu Polaków i Żydów w dniach Zagłady. Borykamy się z nimi do dzisiaj. Chcielibyśmy być postrzegani jako naród bohaterów, pragniemy, aby świat dostrzegł, jak wielu z nas poświęciło swe życie dla ratowania żydowskich współbraci. Z drugiej strony boli nas to, że jesteśmy obwiniani o obojętność wobec ich losu, a nawet współudział w Zagładzie. Być może dlatego tak trudno było i jest nam zaakceptować słowa Karskiego, który oceniał swych rodaków bez cienia sentymentu i wyrozumiałości. Już w lutym 1940 r. w raporcie dla rządu gen. Sikorskiego bezlitośnie stwierdzał: „Stosunek do Żydów jest przeważnie bezwzględny, często bezlitosny. Rozwiązywanie kwestii żydowskiej przez Niemców jest poważnym i dość niebezpiecznym narzędziem w rękach Niemców do moralnego pacyfikowania szerokich warstw społeczeństwa polskiego (...) Naród nienawidzi swego śmiertelnego wroga – ale ta kwestia stwarza jednak coś w rodzaju wąskiej kładki, na której spotykają się zgodnie Niemcy i duża cześć polskiego społeczeństwa (...)”. Słowa bezwzględne, wielu powie, że niesprawiedliwe, ale będące wyrazem moralnej jednoznaczności Karskiego, który wyznaczał swemu narodowi tak wysokie standardy etyczne, jakie stawiał przed samym sobą.
 
Ewangeliczny radykalizm
Jego przyjaciółka tak to wspomina: „Miał poczucie, że zawiódł. Do końca życia czuł się winny, że nie potrafił pomóc Żydom. Do końca życia źle sypiał. Cały czas był jak napięta struna, winił siebie, że nie potrafił mówić lepiej, bardziej przekonująco. Że nie potrafił przekonać, że trzeba pomóc Żydom. Żył z poczuciem winy, że zrobił za mało. Mówiłam mu, tłumaczyłam: zrobiłeś co mogłeś , to oni nie powinni spać po nocach. Nie ty. Nie ty. Ale to on nie sypiał. Mówił: tak na mnie liczyli. I co?”.
Ta udręka, która naznaczyła dużą część jego życia, zdawała mu się czymś zasłużonym, formą ekspiacji za domniemany grzech zaniedbania. „Moja wiara każe mi mówić, że ludzkość popełniła drugi grzech pierworodny, dopuszczając do Zagłady (…) Ten grzech będzie prześladował ludzkość do końca świata. Prześladuje i mnie. Chcę, by tak pozostało” –powiedział pod koniec życia.
Są tacy w naszym kraju, którzy oskarżają Karskiego o szkalowanie Polaków, doszukują się jego domniemanych żydowskich korzeni. On sam wspominał, że na początku lat dziewięćdziesiątych jeden z polskich biskupów dopytywał się o jego pochodzenie. To droga na manowce. Nawet jeśli moralny rygoryzm Karskiego postrzegamy jako krzywdzący, to wynika on jednak ze szlachetnego i głęboko chrześcijańskiego odruchu, który każe nam zwracać uwagę najpierw na belkę we własnym oku. Jego stosunek do własnego narodu w czasach wielkiej próby miał podłoże głęboko religijne, radykalnie ewangeliczne. „Nie jestem tak fanatycznym katolikiem, jakim byłem, mając 15 lat, ale nadal jestem wierzący. I wierzę, że Bóg dał nam duszę. I mamy nieskończoną zdolność do czynienia dobra, tak jak każdy z nas ma nieskończoną zdolność do czynienia zła. I mamy wybór: jedno albo drugie”, wyznał w ostatnich latach swego życia. A ewangeliczny radykalizm jest przecież często „znakiem, któremu sprzeciwiać się będą”.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki