Logo Przewdonik Katolicki

Skuteczna święta

Dorota Niedźwiecka
św. Rita z Cascii / fot. D Niedźwiecka

Uzależnienie od wróżki, rytuały zalecane przez tarocistkę, duchowe dręczenie. Tak parę lat temu wyglądało życie pani Agnieszki. Dzięki troskliwej obecności św. Rity dziś jest wolna. Ale nie tylko ona doświadczyła jej pomocy.

Jeszcze 20 lat temu o Ricie z Cascii prawie nikt u nas nie słyszał. Dziś w Polsce istnieje ponad 40 ośrodków jej kultu, a święto 22 maja bywa obchodzone szczególnie uroczyście. Gdy rozpytywałam wśród znajomych, o łaskach, jakich doznali za przyczyną św. Rity, mówiło bardzo wielu z nich.
 
Fatalne decyzje
Panią Agnieszkę (dziś 29 lat) chłopak porzucił nagle, tuż przed maturą. Byli ze sobą cztery lata; to był dla niej szok. Koleżanka próbowała zaradzić, polecając wizytę u wróżki.
– Tak bardzo chciałam znaleźć rozwiązanie i sens życia, że się zgodziłam – mówi. Nie wiedziałam wtedy, że to może mi jakoś zaszkodzić duchowo.
Wróżka odpowiadała trafnie na pragnienia pani Agnieszki, przewidując wymarzoną przyszłość. A dziewczyna w swoich wyborach wpasowywała się coraz bardziej w wyznaczony przez nią model.
– Zmieniałam sposób myślenia zgodnie z tym, co mi mówiła. Jeśli zapowiadała, że znajdę szczęście z bogatym, starszym mężczyzną, zamykałam się na relację z każdym, kto nie spełniał tych dwóch kryteriów.
Kolejna wróżka, u której szukała wsparcia, posługiwała się kartami tarota. Agnieszka, na jej polecenie, zaczęła czynić uroki i odprawiać rytuały.  
– Równocześnie zaczęło się dziać ze mną coś złego – opowiada. – W nocy zaczęłam się budzić przerażona. Obok siebie czułam czyjąś obecność, mimo że w pokoju nikogo nie było. Nie mogłam ruszyć się z łóżka. Zdarzało się, że to „coś” siadało mi na piersiach i zaczynało dusić. Gdy zaczynałam się modlić, wszystko się uspokajało.
 
Troskliwa towarzyszka
Po dwóch latach przerwy poszła do spowiedzi. Ksiądz zaproponował pomoc egzorcysty. Zdecydowała jednak, że najpierw sama będzie się usilnie modlić, a odkąd zaczęła zasypiać, ściskając w ręce z wiarą poświęcony różaniec lub medalik św. Rity – nocne dręczenie zniknęło.
– Medalik Rity stał się dla mnie namacalnym symbolem jej wspierającej obecności – wyjaśnia. Do tej świętej modliła się już od czasów liceum, najpierw „odklepując” formułkę, gdy chciała coś otrzymać. Jest przekonana, że św. Rita już wtedy wzięła ją w swoją opiekę.
– Myślę, że nie była w stanie się jeszcze przebić przez mój sposób myślenia, dlatego cierpliwie czekała i ukierunkowywała – mówi z charakterystycznym błyskiem w oku, który pojawia się często, gdy wspomina świętą. – Z czasem moja relacja z Bogiem stawała się coraz bardziej świadoma, a relacja ze św. Ritą coraz bardziej przyjacielska.
W spowiedziach powierzała Trójcy Świętej kolejne sprawy, które mogły ją jeszcze wiązać ze złem. Zmieniała sposób myślenia: z podporządkowanego temu, co mówiła wróżka, na własne, wolne i „rozpoznające już dobro od zła”. Rita dawała jej coraz więcej znaków, że może jej zaufać.
– Przyjacielem staje się dla mnie ktoś, o kim dużo wiem. Odkąd poznałam jej życiorys, potrafię sobie wyobrazić, jaka była, nazywam ją przyjaciółką – mówi. Oczywiście, mam swoje burze, niepokoje. A równocześnie – coraz większe poczucie równowagi. I głębokie przekonanie, że teraz idę już w dobrym kierunku.
 
Doradczyni
– Świętej Ricie zawdzięczamy to, że nasz syn, mimo różnych chorób, doszedł do kapłaństwa – pani Dorota podeszła do mnie podczas parafialnego spotkania poświęconego patronce w Ostrowie Wielkopolskim. Jej syn, Michał, urodził się w 1988 r. i miał 10 punktów w skali Apgar. Niestety, tylko przez kolejne kilka dni. Lekarz dla dorosłych, do którego było na wiosce blisko, dał mu doustny antybiotyk. Lek popalił kosmki jelitowe, nerka przestała pracować. Gdy rodzice przywieźli go do szpitala, jego życie było zagrożone.
– Nie pozostało nam nic innego, jak się modlić – mówią państwo Dorota i Gabriel. Na ławce w pobliskim kościele znaleźli kartkę z nowenną do nieznanej im „patronki od spraw beznadziejnych” – św. Rity. Zaczęli ją odmawiać.
Michaś, mimo że wiele wycierpiał i musiał przejść dwie operacje, wyzdrowiał niemal zupełnie. Kolejne dobre decyzje lekarzy i dobre efekty rodzice przypisują wstawiennictwu św. Rity.
– Kolejne problemy ze zdrowiem zaczęły się, gdy był na pierwszym roku seminarium. Niby zwyczajny ból gardła. Nie przechodził jednak mimo kolejnych coraz silniejszych antybiotyków. Michał chudł w oczach, fizycznie był coraz słabszy, tracił głos. To trwało już cztery miesiące, a żaden z lekarzy nie potrafił go poprawnie zdiagnozować.
– Był już tak słaby, że rektor chciał go odesłać do domu, my martwiliśmy się, że będzie musiał zrezygnować ze swojego ogromnego pragnienia: kapłaństwa – mówią państwo Dorota i Gabriel. Znów zaczęli modlić się przez wstawiennictwo św. Rity, tym razem w duchowej łączności z augustiankami, które w Krakowie zajmują się szerzeniem jej kultu. Niemal równocześnie z rozpoczęciem modlitwy Michał został poprawnie zdiagnozowany. Zaledwie po dwóch tygodniach od rozpoczęcia właściwego leczenia jego cera stała się rumiana, zaczął przybierać na wadze. Jego sześcioletniej drodze do kapłaństwa cały czas towarzyszyła już modlitwa do św. Rity.   
– Od trzech lat jest księdzem i jest szczęśliwy – mówią rodzice. A my przypisujemy to wszystko wstawiennictwu Patronki.
 
Inicjatorka przemian
– To była Wielka Środa 2011 r. Leżałem na łóżku w suterenie. Nie jadłem i prawie nie piłem od trzech dni – mówi pan Tomasz z Kolonii. Jego głos jest spokojny i dźwięczny. – Czułem się jak w przepastnym kraterze, z którego nie ma wyjścia. Życie nie miało sensu.
Wtedy już od 25 lat mieszkał w Niemczech. Pracował. Zapomniał o wierze, nie przystępował do sakramentów. Ten rok był krytyczny: partnerka opuściła go wraz z dwójką ich dzieci, stracił pracę.
Leżąc na tapczanie, spojrzał na monitor komputera. Przez zmęczoną głowę przemknęła mu myśl: wyszukać w internecie to, w czym się znalazł – czyli „beznadziejną sytuację”. „Modlitwa do św. Rity” – odpowiedziała przeglądarka. „Co to ma wspólnego z moim problemem?” – pomyślał. Przeczytał, że to patronka od sytuacji bez wyjścia i odmówił zamieszczoną na stronie formułkę.
– Niemal w tym samym momencie poczułem ogromne pragnienie spowiedzi i Komunii św. – mówi. – Przez głowę przemknęła kolejna myśl: „Zadzwoń do parafii”. Pragnienie było na tyle intensywne, że od razu chwyciłem za telefon.
– Wszystko to działo się błyskawicznie. Od momentu, gdy bezsilny zwlokłem się z łóżka do umówienia się z kapłanem nie minęło więcej niż piętnaście minut – podsumowuje, przytaczając szczegóły o tym, jak tzw. wiele zbiegów okoliczności złożyło się na to, że ksiądz bardzo szybko mógł się z nim umówić.
 
Mądra mistrzyni
Spotkanie także było pełne zaskakujących wydarzeń. Podczas modlitwy wstawienniczej, którą kapłan zaproponował, mężczyzna po raz pierwszy doświadczył tak intensywnej bliskości Boga.
– Poczucie pustki, lęk i beznadzieja odeszły, a na ich miejsce pojawiły się pokój i radość. Nie rozumiałem wtedy, co się ze mną dzieje. Dosłownie w ciągu godziny Pan Bóg za pośrednictwem tego kapłana wywrócił moje serce na drugą stronę, wytrzepał je, włożył z powrotem, a mnie postawił na nowo na nogi. Potem i ja, i ksiądz płakaliśmy ze szczęścia.
Dzień później pan Tomek przystąpił do pierwszej od 20 lat spowiedzi. Stan pocieszenia duchowego utrzymywał się przez kolejne pół roku. – Czułem, jakbym unosił się nad ziemią. Równocześnie zacząłem porządkować moje sprawy.
Zbudował dobrą relację z bliskimi. Dziś – jak mówi – dzieciaki są szczęśliwe, a z ich mamą są przyjaciółmi. Założył ze znajomymi wspólnotę, dzięki której z formacji duchowej w ciągu trzech lat skorzystało ok. stu osób.
– Można sobie wyobrażać, jak owoce mojego nawrócenia zataczają coraz większe kręgi, niczym koła na wodzie, w którą rzuci się kamyk – podsumowuje. Dziś ma 47 lat. Po Wielkim Tygodniu 2011 r. została panu Tomkowi pamiątka. Wielkie Tygodnie są dla niego wewnętrznie ciężkie. Odczuwa wtedy wyraźnie walkę duchową, którą odczytuje jako osobiste zaproszenie Boga, by w ten sposób towarzyszył cierpiącemu Chrystusowi.
O św. Ricie mówi, że jest dla niego główną sprawczynią życiowych zmian. Gdy poznał ją bardziej, stała się dla niego wzorem tego, jak kochać. Z podziwem mówi o jej miłości i pokorze – o tym, jak potrafiła zmieniać sytuacje wokół, nie zmieniając innych, ale siebie.
– Odkąd ją poznałem, moje motto życiowe brzmi właśnie tak: „Chcesz coś lub kogoś zmienić, zmień siebie”. I „módl się i kochaj prawdziwie”.
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki