Logo Przewdonik Katolicki

Upaść na kolana i trwać w dziękczynieniu

Marcin Jarzembowski

„Tobie Panie zaufałem, nie zawiodę się na wieki” – słowa z hymnu Ciebie Boga wysławiamy stały się drogą życia ks. prałata Janusza Mnichowskiego. W tym roku mija 60 lat od jego święceń prezbiteratu.

Jak podkreślił w swojej książce Pan posłał nas..., Ojciec Święty Jan Paweł II w jednym ze swoich listów do kapłanów na Wielki Czwartek napisał, że trzeba: „powracać do samej łaski naszego powołania, rozważać bezmiar dobroci i miłości Chrystusa, który zwrócił się do każdego z nas po imieniu i powiedział: «pójdź za mną (...)»”.

Klimat rodziny i Kościoła
Ks. prałat Janusz Mnichowski przyszedł na świat w rodzinie katolickiej, związanej z Kościołem długą tradycją, ogarniętej szczególną łaską powołania kapłańskiego. – Tak ze strony ojca, jak i matki rodzina cieszyła się darem powołania. Brat ojca, ks. Leon Mnichowski ze Żnina, był przed wojną proboszczem w Pęchowie i zaraz na początku wojny w 1939 r. został zamordowany przez Niemców – wspomina kapłan. Z kolei kuzyn z Gąsawy, ks. Tadeusz Mnichowski, pracował w archidiecezji poznańskiej i zmarł po 50 latach gorliwej posługi. Z rodziny ojca mieszkał również w Ameryce ks. Stanisław Nowakowski. – Ze strony matki trzeba przypomnieć kolejnych duchownych. Chociażby mojego kuzyna ks. Stanisława Napierałę z Gorzyc, byłego więźnia obozu koncentracyjnego w Dachau, który zmarł w 1978 r. jako proboszcz w parafii Grylewo. Również ks. Franciszka Napierałę zamęczonego w Dachau, także ks. Stanisława Napierałę ze Słabomierza oraz franciszkanina o. Józefa Napierałę – dodał.
Ksiądz prałat urodził się w 1930 r., jako drugie dziecko – po bracie Lechu. W 1934 r. przyszedł na świat brat Paweł, a w czasie wojny, na wysiedleniu, siostra Maria, która zmarła w Krościenku nad Dunajcem, mając zaledwie pół roku. Rodzice pochodzili z okolic Żnina – ojciec był z zawodu kupcem, a matka zajmowała się prowadzeniem domu i wychowywaniem dzieci. – Potem była szkoła – chciałbym wspomnieć z wdzięcznością nauczycielki, panie Średnicką i Brzykcy. Uczyły mnie one wszystkich przedmiotów, w tym religii, a dodatkowo także katechizmu – dodał. Niestety, czas spokoju przerwała II wojna światowa. – W styczniu 1940 r. dwaj uzbrojeni niemieccy żołnierze weszli brutalnie do naszego mieszkania z nakazem jego opuszczenia. Zaledwie po kilkunastu minutach znaleźliśmy się w zatłoczonej sali z wysiedleńcami, oczekując na transport do Nowego Targu. Potem była Rabka Zdrój oraz Krościenko nad Dunajcem, gdzie istniały lepsze warunki do pracy i życia – powiedział. Warto w tym miejscu wspomnieć życzliwość i wsparcie ze strony miejscowych górali oraz kapłanów, w szczególności księdza proboszcza i dziekana Jana Bączyńskiego. Również przebywającego na stałe, m.in. ze względu na stan zdrowia, kleryka Zdzisława Dzidka, który opiekował się liturgiczną służbą. – Byłem jedynym ministrantem z Krościenka nad Dunajcem, który brał udział w święceniach kapłańskich tego alumna. Pomimo wielkiego okrucieństwa wojny w pamięci z tych czasów pozostały wspomnienia wielkiej więzi z Kościołem, a przede wszystkim doświadczenie dobrego wpływu osób duchownych. Pamiętam nawet, jak mój brat rozczytywał się w książce chrystusowca ks. Ignacego Posadzego i powtarzał, że on też będzie kapłanem. Więc te kontakty pogłębiały zainteresowanie życiem Kościoła i kapłaństwem. To były te bodźce, które się utrwalały – dodał ks. prałat  Janusz Mnichowski.

Święcenia o 6 rano
Po wojnie państwo Mnichowscy wrócili do rodzinnego Żnina. W domu, w którym mieszkali, utworzono miejsce dla policji, więc trzeba było rozpocząć wszystko od nowa. Ojciec pracował, a matka zajmowała się dalej domem i dziećmi. W tym też czasie młody Janusz Mnichowski ze starszym bratem rozpoczął naukę w Liceum Ogólnokształcącym im. Braci Śniadeckich w Żninie. Był to okres stalinizmu, czas naznaczony przesłuchiwaniem przez funkcjonariuszy UB oraz trudną maturą, gdzie na 34 uczniów świadectwa dojrzałości otrzymało tylko 17. Odpadli nie najsłabsi intelektualnie. W komisji egzaminacyjnej poza gronem profesorskim zasiadał przyszły delegat kuratorium oraz przedstawiciel miejscowych struktur PZPR. Do samego końca decyzję o drodze do kapłaństwa trzeba było utrzymywać w wielkiej tajemnicy. – Maturę zdawaliśmy w 1950 r. Nawet pewien czas temu w jednym z lokalnych tytułów prasowych zamieszczono na nasz temat artykuł. Napisano w nim m.in.: „Poddawani byli indoktrynacji i dyskryminacji. Los niektórych to niezdana matura, relegowanie ze szkoły, nawet więzienie”. Przyszły kapłan zaraz po maturze zgłosił się do Prymasowskiego Wyższego Seminarium Duchownego w Gnieźnie, które znał ze względu na brata. Poszedł on za głosem kapłańskiego powołania dwa lata wcześniej. – Doskonale wiedziałem, że ta droga będzie bardzo trudna. Nawet jeden z moich kolegów próbował mi wmówić, że to zła decyzja. Tłumaczył, że za kilka lat nie będzie potrzeba księży, sióstr zakonnych ani kościołów w Polsce. Okazało się potem, że donosił. Nie był to jedyny atak na moje powołanie. Poza tym mieliśmy z bratem świadomość tego, że w czasie okupacji na terenie Polski z grup inteligenckich najwięcej wymordowano właśnie księży. Wszystkie tego typu sytuacje utwierdzały mnie tylko, że powołanie trzeba szanować, pielęgnować i umacniać – powiedział. Alumn przez dwa lata kształcił się w seminarium gnieźnieńskim, razem z klerykami archidiecezji poznańskiej. Trzeci rok studiów odbył w Poznaniu, a ostatnie trzy lata – po podziale uczelni – znowu w Gnieźnie. – Pamiętam, że seminaria były pełne. Mieszkaliśmy w sali, gdzie było nas ośmiu i stały piętrowe łóżka – dodał. Wtedy to również aresztowano kard. Stefana Wyszyńskiego, a bp. Lucjanowi Bernackiemu zabroniono powrotu do Gniezna oraz wykonywania czynności biskupich. Wówczas pasterzy zastępował ks. infułat Stanisław Bross. – No i wreszcie nadszedł upragniony dzień święceń kapłańskich, których niestety nie doczekali moi rodzice. Było nas 29, a święceń 25 maja 1956 r. udzielił nam o 6 rano w gnieźnieńskiej katedrze bp Franciszek Jedwabski z Poznania – dodał.

Znak Bożej Opatrzności
Ze względu na czasy totalitaryzmu młodzi neoprezbiterzy doświadczyli bolesnych ograniczeń. – Otrzymaliśmy pierwsze dekrety ze wskazaniem na parafie, w których mieliśmy posługiwać. Jednak większość z nas dowiedziała się zaledwie po kilku dniach, że władze nie zatwierdzają nowych wikariuszy i nie przyjmują zameldowania w miejscach, do których zostali posłani. Tylko kilku za nas mogło podjąć posługę, reszta pozostawała w rodzinnych parafiach bądź u krewnych. Należałem do tych szczęśliwców. Myślę, że to ze względu na brak domu po śmierci rodziców. Nie miałem dokąd wracać – mój brat posługiwał już jako wikariusz w Kcyni, a drugi studiował w Gdańsku – wspomina. Ks. prałat Janusz Mnichowski odprawił swoją pierwszą Mszę św. w kościele św. Floriana w Żninie. Następnie pracował jako wikariusz w Rogowie, notariusz w gnieźnieńskiej kurii z obowiązkami duszpasterskimi przy katedrze. – Prymas był zdania, że ksiądz, który zajmuje się sprawami formalnymi, musi również mieć kontakt z wiernymi poprzez posługę duszpasterską – powiedział. Następnie ks. prałat Janusz Mnichowski został wysłany na Studium Życia Wewnętrznego do Warszawy, gdzie także pomagał w miejscowej parafii. Potem na rok powrócił do kurii w Gnieźnie, po czym podjął dwuletnią posługę proboszcza w Powidzu. Stamtąd został wezwany do pracy w seminarium w charakterze ojca duchownego. – Po dwunastu latach ksiądz prymas Glemp przysłał mnie do bydgoskiej parafii Miłosierdzia Bożego, gdzie jako proboszcz pracowałem ponad 22 lata. Potem czekałem na emeryturę. Jednak biskup ordynariusz nowej diecezji Jan Tyrawa poprosił, abym został ojcem duchownym. I tak minęło sześć lat – podkreślił. Jak powiedział jubilat – nigdy nie sądził, że dożyje takich lat. – Rodzice odeszli przed święceniami, a brat zmarł, mając zaledwie 54 lata. Więc uznaję to wszystko za szczególny znak Bożej Opatrzności. Powtarzając za św. Janem Pawłem II – kapłaństwo jest wielkim darem, który trzeba szanować i pielęgnować, by gdzieś się nie zagubił. Jest i tajemnicą, że Pan Bóg wybrał właśnie mnie. Dziękuję Mu za to, że pomimo różnych trudności na drodze do kapłaństwa, ale i w samym kapłaństwie, człowiek nigdy nie się zachwiał. To, co pozostaje, to upaść na kolana i trwać w dziękczynieniu – zakończył.
Na koniec warto podkreślić, że z rocznika księdza prałata wywodzili się m.in. trzej nieżyjący już biskupi: kard. Józef Glemp, bp Jan Wiktor Nowak oraz bp Jerzy Dąbrowski. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki