Logo Przewdonik Katolicki

To nie jest teoria

Monika Białkowska

Zapraszają ludzi na spotkania i modlą się za nich. Czasem ktoś się z nich śmieje, a oni nadal się modlą. Jak wygląda życie człowieka, który angażuje się w ruch charyzmatyczny?

– W Odnowie w Duchu Świętym, we wspólnocie nazwanej „Skałą” przy parafii bł. Michała Kozala w Wągrowcu, działamy od 2001 r. – wspomina pani Kazimiera Bodus. – Rotacja ludzi jest duża, jedni odchodzą, ale wciąż przychodzą nowi. W tej chwili na spotkania modlitewne uczęszcza około dwudziestu osób. Pierwszy kontakt z Odnową w Duchu Świętym miałam, gdy wspólnota rodziła się w sąsiedniej parafii pw. św. Wojciecha. Byłyśmy tam z dwoma innymi paniami od początku, tam przeżywałyśmy pierwsze seminaria, brałyśmy udział w spotkaniach prowadzonych przez Szkołę Nowej Ewangelizacji. Wreszcie po siedmiu latach i po rozmowie z naszym księdzem proboszczem odczytaliśmy, że wolą Bożą jest, by wspólnota powstała również w naszej parafii. Zaczęliśmy zapraszać ludzi na ulicy, przy kościele, w ich domach, jak Duch Święty nas prowadził. Na pierwsze seminarium, ku zdziwieniu i naszemu, i księży, przyszło aż szesnaście osób! Od tamtego czasu prowadziliśmy dwa seminaria, zapraszaliśmy do nas Szkołę Nowej Ewangelizacji, organizowaliśmy kursy, pojawiamy się w internecie ze świadectwami i katechezami, wychodzimy na zewnątrz ze Słowem Bożym, jak tylko się da. Pan Bóg musi nas chcieć, skoro nadal istniejemy!
 
Przyjdź i zobacz
Pani Anna Marcinek przez wiele lat była bardzo daleka od wiary i Kościoła. – Pracowałyśmy razem z Kazią w szkole – wspomina. – Podczas jakiejś wycieczki klasowej rozmawiałyśmy, nie pamiętam o czym, dzieliłam się czymś trudnym i wtedy usłyszałam zaproszenie na spotkanie: „Chcesz zobaczyć, to przyjdź i zobaczysz, czego doświadczysz”. Rzeczywiście dałam się zaprosić, bardzo przeżyłam to seminarium i doświadczyłam całkowitej przemiany życia, nawrócenia po ponad 20 latach bez Boga. To mój dar nowego życia, który otrzymałam we wspólnocie. Od tamtej pory bardzo mocno do Pana Boga przylgnęłam i moje życie jest autentycznym świadectwem, że On ma moc człowieka odnaleźć, przemienić i uzdrowić. Kiedy dzielę się z innymi tym świadectwem mojego życia, jednocześnie modlę się za nich, żeby Bóg działał w ich sercach. Jeśli pod wpływem tego Bożego działania pojawi się w czyimś sercu pragnienie, jeśli on przyjdzie na spotkanie, to jest piękne. Zdarza się, że przychodzą, ale też nie zawsze będzie tak, że każdy, do kogo będziemy mówić, odpowie na zaproszenie. Ktoś mówił, że dziś nie jest czas łowienia siecią, ale łowienia na wędkę: to są ważne, ale pojedyncze rozmowy z każdym człowiekiem.
Wągrowiecka Wspólnota Odnowy w Duchu Świętym, podobnie jak inne wspólnoty tego ruchu, spotyka się dwa razy w tygodniu. Jedno ze spotkań to modlitwa uwielbienia, w której biorą udział wszyscy członkowie. Drugie to spotkania w małych grupach, prowadzone przez animatorów: to czas na podzielenie się swoim doświadczeniem, tym, co szczególnie mocno poruszyło serca w słowie Bożym czy w usłyszanej katechezie i jaki ma to wpływ na codzienne życie. Te spotkania bardzo zbliżają ludzi do siebie. – Na początku mojego bycia we wspólnocie bywało tak, że wychodziłam wcześniej ze spotkania, bo byłam umówiona z przyjaciółmi – przyznaje pani Kinga Wojewódzka. – Teraz zyskałam nowych przyjaciół we wspólnocie. Ci ludzie stają się niezmiernie ważni, można na nich liczyć w najtrudniejszych sytuacjach, kiedy przychodzą z modlitwą czy słowem, którego najbardziej w danej chwili się potrzebuje.
 
Cokolwiek uczynicie
Wiara bez świadectwa byłaby martwa. Ważnym elementem posługi i dawania świadectwa dla wągrowieckiej wspólnoty jest jej obecność pośród pacjentów wągrowieckiego hospicjum. Ośrodek Opieki Pozaszpitalnej – Hospicjum Miłosiernego Samarytanina w Wągrowcu, prowadzone przez Stowarzyszenie im. ks. Jerzego Niwarda Musolffa rodził się od roku 1998. Dziś świadczy całodobową opiekę stacjonarną, oferuje między innymi opiekę lekarską i pielęgniarską w domu pacjenta, pomoc wolontariuszy, pomoc psychologiczną dla rodzin, pomoc duszpasterską, szkolenia rodzin w zakresie opieki nad chorymi w domu czy wsparcie dla osieroconych rodzin. Wśród świeckich wolontariuszy są również panie ze „Skały”.
– Pragnienie takiej służby zrodziło się ze mnie, kiedy jako nauczycielka przeszłam na emeryturę, miałam więcej czasu i chciałam ten czas dobrze wykorzystać – wspomina pani Anna. – Ukończyłam kurs wolontariatu, ale miałam wówczas pod opieką ciężko chorą teściową i zrozumiałam, że moje hospicjum mam w domu. Opieka nad nią trwała wiele miesięcy. Potem z wielką radością rozpoczęłam pracę w wągrowieckim hospicjum, zawsze mając przed oczami bardzo bliskie mi słowa Jezusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. Tam, pośród ciężko chorych, cierpiących i umierających ludzi doświadczam, że Bóg może działać przez drobne rzeczy, przez to, że przy kimś posiedzę, pomodlę się, potrzymam go za rękę.
– Dwa razy miałam do czynienia z naprawdę wielkimi wydarzeniami – wspomina dalej pani Anna. – Był taki starszy pan, zagorzały agnostyk, jego jedynym punktem odniesienia była wojna i to, czego wtedy doświadczył. Kiedy przyszedł do hospicjum, nic nie wskazywało, że zostało mu już tylko kilka miesięcy życia. Duch Święty tak kierował, że miałam dla tego pana wiele serca, przypominał mi mojego ojca i czułam, że Pan Bóg chce go uratować, bo to jest dobry człowiek. Ale nigdy, gdy do niego przychodziłam, nie pozwalał mi się modlić. Modliłam się za niego prywatnie, na adoracji czy na spotkaniach, a Bóg powoli otwierał szczelinę w jego sercu. Ów pan czekał na mnie i coraz bardziej się cieszył z mojej obecności, aż w końcu przyszły takie chwile, że mogliśmy rozmawiać o Bożym miłosierdziu, o synu marnotrawnym… Ostatnie dni były czasem wielkiej walki o tego człowieka, ale na kilka dni przed śmiercią poprosił o spowiedź, był w stanie ją odbyć, przyjął wszystkie sakramenty i umarł pojednany z Bogiem.
Druga historia związana jest z młodą dziewczyną, która też gdzieś po drodze zgubiła Pana Boga. Miała trzydzieści lat i dla mieszkańców hospicjum, w miejscu wypełnionym cierpieniem i smutkiem, była taką iskierką radości. Innym dodawała otuchy, a sama miała problem z Panem Bogiem. Przez wiele tygodni z nią rozmawiałam i nigdy o Bogu, bo sobie tego nie życzyła. Kiedy już było wiadomo, że zbliża się do końca, zapytałam, co mogę dla niej zrobić. Odpowiedziała, że nic, ale zapytała, co ona może zrobić dla mnie. Odpowiedziałam, że jedną jedyną rzecz: przyjmij Jezusa i Jego miłosierdzie. I rzeczywiście kilka dni później wyspowiadała się i umarła pojednana z Bogiem.
 
Nie wszystko pójdzie idealnie
– Jako wolontariusze w hospicjum współpracujemy ściśle z personelem – tłumaczy pani Kazimiera. – Od nich uczymy się, że jeśli przy chorym jest rodzina, należy ją zapytać, czy nie chce się wspólnie pomodlić. Modlimy się Koronką do Miłosierdzia Bożego, mówimy o św. Faustynie i o tym, jaką moc ma ta modlitwa; że nawet jednorazowe jej odmówienie zbliża człowieka do Boga i otwiera go na Boże miłosierdzie. Ludzie na ogół chętnie się na tę modlitwę zgadzają, widzimy w ich oczach łzy wzruszenia. Nie znaczy to, że nasza służba ogranicza się wyłącznie do modlitwy: jesteśmy przy chorych, karmimy ich, rozmawiamy, robimy zakupy, jeśli czegoś potrzebują.
Radykalne życie budzi u innych skrajne emocje. – Słyszę czasem, że „napakowali mi bzdur do głowy” – mówi pani Kinga.
– Taka właśnie jest droga Jezusa – uspokaja pani Kazimiera. – Każdego dnia odkrywamy, że idąc za Jezusem, wcale nie będziemy oszczędzani. Przeciwnie, wystawiani jesteśmy często na bardzo trudne sytuacje. Ale zawsze pytamy o to, czego naprawdę chce Bóg, co mamy czynić. Wiara to nie jest teoria: to zaproszenie Boga do wszystkich sytuacji, nawet tych najtrudniejszych. To nie znaczy, że potem wszystko pójdzie idealnie, ale że będziemy wyraźnie doświadczać Bożego działania i będziemy Go uwielbiać w każdej chwili naszego życia.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki