Logo Przewdonik Katolicki

Mały Oświęcim

Jolanta Sowińska-Gogacz
Fot.

To mało znana i wyjątkowo okrutna historia z czasów II wojny światowej . Dotyczy kilkunastu tysięcy polskich dzieci osadzonych przez Niemców w specjalnym obozie na terenie łódzkiego getta. Łódź chce przypomnieć o tej tragedii całej Polsce.

„Teraz Cię, Kochana Mamusiu, proszę, żebyś mi przysłała paczkę ciasta i chleba najwięcej, marmolady słoik oraz paczkę miodu i cebuli, soli, cukru, sacharyny i wyślijcie mi paczkę jak najprędzej, wyślijcie owsianki i placek z kartofli, i chleba, tłuszczu i przetop masło z margaryną i wkrój trochę kiełbasy, pozdrawiam Was wszystkich (…)”. Mimo ostrej cenzury esesmańskich wachmanów listy dzieci z hitlerowskiego lagru stworzonego w Łodzi mówią o tym miejscu więcej niż niejeden formalny dokument.

 

Obóz w getcie

Stworzony decyzją Reichsführera SS Heinricha Himmlera na terenie łódzkiego getta obóz dla polskich dzieci – Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt – jest jedną z najkrwawszych, najboleśniejszych ran, jakie II wojna światowa zadała narodowi polskiemu. Wiemy o nim tak niewiele. Był miejscem odbywania kary za pochodzenie z polskiego domu, pomoc Żydom, działalność antyhitlerowską rodziców, ich odmowę podpisania volkslisty, nielegalny przemyt żywności, wynikające z głodu drobne kradzieże jedzenia, żebractwo, włóczęgostwo, za bycie sierotą i dzieckiem, któremu hitlerowska napaść odebrała dom i środki do życia. Stanowił jedną z machin Generalnego Planu Wschodniego.  Umieszczony w nazwie człon „Verwahrlager” miał zmylić historyczne tropy, sugeruje bowiem prewencyjność obozu, a zatem miejsce przeznaczone dla młodzieży problematycznej. Fakty z biogramów tych dzieci przeczą jednak temu, jakoby były one w konflikcie z prawem czy zasadami moralności, a jeśli nawet uczyniły coś niegodnego, wynikało to z nieludzkich warunków wprowadzonych przez okrutny system Hitlera. Pamiętajmy, że także w stosunku do dzieci stosowano wtedy wszelkie formy ludobójstwa. Pozbawiono je opieki rodziców i prawa do nauki, wyjęto spod wszelkiej ochrony. Cennych rasowo w liczbie niepoliczonej do dziś wywieziono do Rzeszy. Lager „na Przemysłowej” był kompilacją trzech zadań, trzech form unicestwienia. Po pierwsze, był to obóz koncentracyjny, ponieważ skupiał dzieci i ubezwłasnowolniał je na wyznaczonym terenie. Po wtóre, był to obóz pracy. Wedle zamysłu władz hitlerowskich Niemiec, zanim dziecku odebrano zdrowie lub życie, miało ono wykonywać określone prace „na chwałę Rzeszy”. Plan lagru został opracowany tak, by oprócz drewnianych baraków mieszkalnych, wybudowanych przez brygadę cieśli z getta i rękami samych dzieci, stanęły tam warsztaty – szewski, rymarski, stolarski, krawiecki, iglarnia i inne. Dzieci pracowały też w pralni, kuchni, ogrodzie, obsługiwały dwutonowy walec równający teren (wszędzie było błoto lub żwir), a najmłodsi lepili doniczki i produkowali sztuczne kwiaty. Ponieważ wymiar narzuconych zadań (od rana do wieczora) i stopień trudności były ponad dziecięce siły, a strach przed karą za „niewyrobienie normy” paraliżował wydajność małych dłoni, w wyniku tych prac najmłodsi Polacy często umierali z wyczerpania. Po trzecie, obóz w Łodzi był więc obozem zagłady. W wyniku tortur, głodu, skrajnie złych warunków bytowych, wyczerpania ciężką pracą, tyfusu, gruźlicy i innych nieleczonych chorób, z zimna i tęsknoty za rodziną zginęło w nim co najmniej 12 tys. najmłodszych polskich istnień. To dlatego przez wielu historyków obóz „na Przemysłowej” nazywany jest „Małym Oświęcimiem”.

Nazwa ta adekwatna jest także dlatego, że podobnie jak w Oświęcimiu w obozie łódzkim stosowano dobijanie fenolem (co potwierdziła po wojnie jedna z oprawczyń) i odnotowano tam zjawisko nazywane „zmuzułmanieniem”, czyli stan skrajnego wyczerpania, z wyłączeniem podstawowych funkcji organizmu. „Łajzy” zdarzały się na oddziale stworzonym specjalnie dla dzieci moczących się bezwiednie, którego pomysłodawczynią była esesmanka i funkcjonariuszka policji bezpieczeństwa Sydonia Bayer (vel Isolde Beyer). Dolegliwości prawie zawsze wynikały z zapalenia pęcherza (od maja do listopada nie wydawano trepów, więc malcy chodzili boso), niedojrzałości emocjonalnej, chorób nerek oraz z  nabytych w lagrze nerwic. Dzieciom tym odbierano połowę racji żywnościowych, sienniki, jeszcze mocniej je bito (bo już niewiele czuły), kazano pracować poza budynkami (ponieważ cuchnęły), półżywe wynoszono do trupiarni. Drugiego tak perfidnego miejsca ówczesna historia Europy nie odnotowuje.

Rzeczą znamienną jest, że dzieci przybywające do Łodzi z Auschwitz płakały i chciały wracać. Oświęcim był straszny, ale miały w nim „parasol” dorosłych. „Na Przemysłowej” dorośli  to jedynie funkcjonariusze bezprawia, prymitywni siepacze. Ludzkie odruchy zdarzały się tam niezwykle rzadko.

 

Zupełna izolacja

Na miejsce obozu wyznaczono fragment żydowskiego getta w Łodzi, teren w obrębie ulic Brackiej, Plater, Górniczej oraz muru cmentarza. Były więc szczelne, strzeżone przez Niemców bez przerwy mury getta i bezszczelinowy, wysoki płot obozu. W taki sposób, osadzając polskie dzieci w podwójnym potrzasku, pozbawiono je wszelkich szans ucieczki i całkowicie odseparowano od reszty świata. Po ukończeniu 16 lat dzieci wywożono do obozów koncentracyjnych dla dorosłych, część z nich trafiła na przykład bezpośrednio do KL Auschwitz. Najczęściej podawanym powodem kierowania do obozu było „wałęsanie się”. Na tej podstawie niemieckie władze okupacyjne mogły umieścić w obozie według własnego uznania jakiekolwiek polskie dziecko spotkane na drodze. W uzasadnieniu skierowań do obozu podawano takie powody jak „nielegalnie nabył karty żywnościowe”, „ojciec na robotach w Rzeszy, matka w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, dzieciom grozi zaniedbanie”, „kradnie z innymi dziećmi owoce w ogrodach, zwłaszcza obywateli niemieckich, matka nie troszczy się o niego, ojciec nie żyje”, „znalezione w wieku 3 lat dziecko, które przebywało w sierocińcu w Katowicach, jest kaleką. Trudne do wychowania, trzęsie głową, moczy łóżko, ma skłonności do kradzieży”.

Najliczniejszą grupę więźniów obozu łódzkiego stanowiły dzieci, których aresztowanie miało związek z działalnością ich samych lub rodziców w ruchu oporu, dzieci partyzantów, członków organizacji podziemnych, udzielającym pomocy Żydom lub jeńcom. Większość pochodziła z Wielkopolski, Śląska, Małopolski i Mazowsza.

 Pierwszy transport dzieci przybył do Łodzi 11 grudnia 1942 r. Dzieci przywożone były ciężarówkami z całej Polski, a ostatnią prostą, która prowadziła je do tego ziemskiego piekła, była ulica Przemysłowa, jaka na skrzyżowaniu z Bracką wchodzi w przestrzeń obozu – stąd, nieco myląca, nazwa obozu. To właśnie w krzyżu tych dwóch ulic stała brama – granica swobody, zdrowia i życia.

Po odliczeniu na placu przed budynkiem zarządu (tzw. Verwaltung, Przemysłowa 34) dzieci poddawane były takiej samej procedurze jak w Auschwitz. Odbierano im wszystkie osobiste rzeczy oraz imiona i nazwiska, przydzielano obozowe numery, jednakowe, szare, drelichowe uniformy i trepy w jednym rozmiarze, żeliwne kubki i łyżki, robiono fotografie en face i z profilu, brano odciski palców, golono głowy na „glaze”, także dziewczynkom. Na co dzień przebywało w obozie średnio tysiąc dzieci w wieku od niemowlęctwa do 16. roku życia, choć wedle statusu lagru dolna cezura miała być wyższa (najpierw 8, potem 6 lat). Więźniowie budzeni byli o 6.00, musieli się szybko ubrać, umyć pod hydrantem (nigdy nie było tam mydła i ciepłej wody), uformować szyk i się odmeldować. Każda „sztuba” miała dyżurnego odpowiedzialnego za stan baraku. Cały dzień trwała praca, wieczorem capstrzyk i spanie, przerywane często nocnymi apelami lub biciem przez pijanych esesmanów. Na śniadanie otrzymywali po kawałku chleba najgorszego sortu i kawę zbożową, na obiad zupę gotowaną na nierzadko zbutwiałych jarzynach (stąd epidemie tyfusu), a kolacja była repliką śniadania. Nie dawano im nabiału ani mięsa, często w jedzeniu pływały robaki, czasem tylko zdarzała się margaryna na kanapkach i marmolada. Wiemy, że do syta dzieci najadły się tylko raz, podczas kontroli Czerwonego Krzyża.

 

Nieopisany koszmar

We wrześniu 1943 r. osadzono dzieci tzw. terrorystów z masowego aresztowania w Poznaniu i Mosinie. Ich ojców zamordowano w Forcie VII w Poznaniu, a matki wywieziono do obozów dla dorosłych. Były to głównie rodziny „witaszkowców”, aresztowanych działaczy konspiracyjnej grupy poznańskiego lekarza Franciszka Witaszka. Komendantem obozu był szef policji kryminalnej w Łodzi SS-Sturmbannführer Karl Ehrlich. Załogę stanowili esesmani i volksdeutsche, sadyści zdolni do krzywdzenia najsłabszych. Dwoje najokrutniejszych – Sydonię Bayer i Edwarda Augusta – po wojnie skazano na śmierć i powieszono. Inne nazwiska to Eugenia Pohl (vel Genowefa Pol), Arno Wruck, Alfred Hausch, Erwin Voigt, Teodor Busch, Johann Berger, Alfons Pośpiech. „Leżała cała opuchnięta. A jak jej lizolem na rany lali, to aż się paliło i dym szedł. Ona miała taką ranę, że było widać jelita… To było bite, bite, bite i rozbite. I ona bardzo długo się męczyła. To było latem, śmierdziało” – tak zapamiętała umieranie jednej z koleżanek Genowefa Kowalczuk, numer obozowy 28. Częste kary – pobicia, kopania, spuszczania głową w dół do beczki ze zużytym smarem, „leczenie” ran lizolem, polewanie zimną wodą na śniegu – prowadziły do zakażeń, kalectwa i śmierci. Próbujących uciec mordowano, strzelając, a nawet jeśli któreś dziecko wydostało się poza mury obozu, policja żydowska natychmiast oddawała z powrotem w niemieckie ręce. Opisy brutalnych pobić i procesów umierania dzieci z łódzkiego obozu przekraczają możliwości odbiorcze zwyczajnie wrażliwego człowieka, są tak okrutne. Paniczny lęk, ból, głód i tęsknota – to bezustanna codzienność obozu. Gdyby nie naoczni świadkowie i ich tak podobne do siebie relacje, nikt by w to nie uwierzył. W dniu wyzwolenia obozu, 19 stycznia 1945 r., znaleziono w nim prawie 900 dzieci. Niemal wszystkie były na skraju śmierci, chore, pobite, poodmrażane. W latach 70. żyło jeszcze ok. 300 więźniów. Wszyscy z trwałymi uszczerbkami zdrowia, co uniemożliwiło im edukację i normalne, godne,  życie.

Wraz z końcem wojny pojawiła się druga fala zazdrości „tym, co z Oświęcimia”.

O ukrytym w getcie obozie dla małych Polaków prawie nikt nie wiedział. Większość dokumentacji sfałszowano lub zniszczono, więc gdy dzieci o nim opowiadały, a potem starały się o jakąkolwiek formalną pomoc to im nie wierzono, na stałe zamykały się więc w sobie. „To było naprawdę gorsze jak sam obóz. Byłam zazdrosna o Oświęcim, bo im nie zaprzeczano. I myśmy chcieli mówić, ale najpierw dzieci byliśmy, jako dorośli wykształcenia nie zdobyliśmy, niektórzy po więzieniach, chorzy, bezradni… Jak ktoś dziecku powie, że obozu nie było, to koniec, zatnie się, zamknie, chociaż ma ten obóz w sobie” – mówi Genowefa Kowalczuk.

 

Obóz, którego nie było

Po wojnie obóz „zniknął” z powierzchni ziemi. Komunistyczne władze nakazały zniszczyć budynki, przeorać ziemię i wznieść „socjalistyczne, jasne osiedle”. Z tajemniczych do dziś powodów postanowiono, że Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei to „obóz, którego nie było”. Jedynymi reliktami tamtych czasów pozostały dziś cztery murowane domy. Nie ma żadnych śladów ani oznaczeń obozu, co bardzo zadziwia i boli ocalałych. Na budynku Verwaltung miasto zawiesiło małą, kamienną tabliczkę z żałosnym błędem literowym. W nielicznych publikacjach i opisach znaleźć można nieścisłości stanowiące dowód bierności i historycznej niekompetencji. Pewne zmiany przyniosły lata siedemdziesiąte. W 1970 r. ukończono zdjęcia do filmu Zbigniewa Chmielewskiego Twarz anioła (na podstawie pamiętnika więźnia Tadeusza Raźniewskiego pt. Chcę żyć), a w maju 1971 r. na końcu ulicy Brackiej, jednak poza historycznym obszarem obozu, odsłonięto pomnik poświęcony ofiarom „obozu z Przemysłowej” zwany Pękniętym Sercem. Wówczas także pozwolono na powstanie i druk pierwszej jego monografii obozu zatytułowanej Hitlerowski obóz koncentracyjny dla małoletnich w Łodzi, wydanej przez Ossolineum w 1975 r., autorstwa Józefa Witkowskiego. Publikacja ta to „biały kruk”; wydano wówczas tylko 2700 egzemplarzy. Później amnezja wróciła. Na szczęście, dzięki oddolnym, obywatelskim inicjatywom, wrażliwości łodzian i ogromnym wsparciu Kościoła obserwujemy obecnie prawdziwy renesans myśli o łódzkiej kaźni dla „naszych” dzieci. Łódź zaczyna mówić, Polska zaczyna wiedzieć.

 

Przywrócić pamięć

Nie da się ukryć, że sprawa przywracania pamięci o najmłodszych i niewinnych ofiarach II wojny światowej wróciła do publicznego dyskursu za sprawą abp. Marka Jędraszewskiego. Jego modlitwę przed wymizerowaną, przejmującą postacią dziecka z pomnika Pękniętego Serca uznać można za swoisty przełom. Fakt ten miał miejsce 1 czerwca 2013 r., w chwilę po pierwszej obywatelskiej, zorganizowanej przez Solidarnych 2010 uroczystości upamiętnienia obozu i był niczym pokorne umycie stóp ubogiemu. Już wtedy  przywódca Kościoła  łódzkiego dał jasny komunikat, jak wielki i ważny jest dramat dzieci „z Przemysłowej”. Nie wolno o nim zapomnieć. Jako mieszkanka Łodzi przyznaję, że abp Marek Jędraszewski jako pierwszy uczy nas trudnej modlitwy za katów. To on uzmysłowił nam, że więzione i mordowane były tam dzieci polskie, a zatem katolickie, a więc ochrzczone, i że ich rodzice ponad wszelką wątpliwość życzyliby sobie chociażby chrześcijańskich atrybutów związanych z ich życiem i śmiercią. I ma rację. O klęczących kolegach w „nieskończenie długich barakach”, o ich złożonych dłoniach i „ciągłych szeptach modlitw” pisze w wielu miejscach swych poruszających wspomnień więzień obozu Tadeusz Raźniewski. Metropolita łódzki zwraca też uwagę, że dzisiejsze otoczenie nieistniejącego obozu i okolice pomnika są typowe dla PRL-u. Wykute w stali pod monumentem hasło o „dawaniu tylko pamięci” brzmi jak minuta ciszy, czyli pustki. Łódź powinna pochylić się nad tematem i opracować sensowną strategię ukorzeniania znaków pamięci.

Co kluczowe dla sprawy, abp Marek Jędraszewski ustanowił obligatoryjny termin obchodów pamięci o tych dzieciach i intensywnej modlitwy za nie. Będzie to zawsze czwartek w oktawie Wszystkich Świętych. Msza w archikatedrze i procesyjny przemarsz pod przewodnictwem metropolity na teren obozu i pod pomnik na Brackiej.

7 listopada 2013 r., podczas święcenia ufundowanej przez łódzką kurię marmurowej tablicy pamięci o ofiarach obozu „na Przemysłowej”, z wieży katedry rozległ się mocny dźwięk dzwonu zwanego „Sercem Łodzi”. Tego dnia „Serce Łodzi” tak jakby zjednoczyło się z sercem Chrystusa i zabiło dla dzieci „z Przemysłowej”. Oby zabiło niepamięć nas wszystkich.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki