Logo Przewdonik Katolicki

Kłopotliwy prezent

Kamila Tobolska
Fot.

Jest pomysł, resztę się dopasuje. Tak w skrócie można podsumować nową akcję Ministerstwa Edukacji Narodowej darmowe podręczniki dla uczniów pierwszej klasy szkoły podstawowej. Na razie pewne jest jedno, będzie się z nich uczyć półtora miliona dzieci trzy kolejne roczniki pierwszoklasistów.

Jest pomysł, resztę się dopasuje. Tak w skrócie można podsumować nową akcję  Ministerstwa Edukacji Narodowej – darmowe podręczniki dla uczniów pierwszej klasy szkoły podstawowej. Na razie pewne jest jedno, będzie się z nich uczyć półtora miliona dzieci – trzy kolejne roczniki pierwszoklasistów. 

Pomysł na zafundowanie bezpłatnego podręcznika dla wszystkich dzieci, które we wrześniu mają pójść do pierwszej klasy, to inicjatywa rządu. Minister edukacji narodowej realizuje ją w zupełnie niespotykanym tempie, zadecydowano bowiem, że  nowy, bezpłatny podręcznik dla uczniów klas pierwszych szkoły podstawowej gotowy ma być już we wrześniu tego roku. Te plany przedstawiono oficjalnie 1 lutego na konferencji prasowej premiera i minister edukacji. Podręcznik ma być tak przygotowany, aby z jednego egzemplarza mogły korzystać przynajmniej trzy kolejne roczniki uczniów. Bezpłatne podręczniki mają być własnością szkoły i będą wypożyczane rodzicom dzieci. Zeszyty ćwiczeń i podręczniki do nauki języka obcego rodzice będą musieli, jak dotąd, kupić sami.

 

Czy MEN miało prawo?

Ministerstwo Edukacji Narodowej rozpoczęło więc walkę z czasem. Do 15 czerwca szkoły muszą ogłosić listę podręczników, przed tym więc terminem musi trafić do nich zapowiadany podręcznik dla pierwszaków. Najpierw, w styczniu, Rada Ministrów przyjęła w błyskawicznym tempie projekt nowelizacji ustawy o systemie oświaty, przyznający ministrowi edukacji i ministrowi kultury możliwość zlecania opracowania i wydania podręczników szkolnych. Jak zauważa „Rzeczpospolita”, pojawiają się wątpliwości, czy MEN miało prawną możliwość zlecenia przygotowania bezpłatnego podręcznika. Nowe przepisy nie zostały jeszcze przyjęte przez Sejm i nie weszły w życie. Zgodnie z obecnie obowiązującą ustawą minister edukacji jedynie dopuszcza do użytku podręczniki, które przygotowują prywatni wydawcy. I tak powinno pozostać do czasu, kiedy nowe przepisy nie wejdą w życie. Oczekiwanie na rozstrzygnięcia legislacyjne kosztowałoby jednak ministerstwo co najmniej kolejny miesiąc.

Nietrudno więc w tym całym pośpiechu z przygotowaniem bezpłatnego podręcznika dla pierwszoklasistów doszukiwać się próby osłodzenia rodzicom decyzji o przymusowym wepchnięciu sześciolatków do sal szkolnych. Zdecydowano się na taki polityczny manewr, mimo że eksperci od dawna podkreślają, że w ciągu kilku miesięcy nie da się napisać dobrego podręcznika. Co więcej, książki dla uczniów pierwszej klasy muszą być przygotowane ze szczególną starannością. To przecież fundament dla całej edukacji. Można się też spodziewać, że podręcznik, który już otrzymuje łatkę „rządowy”, będzie okazją do faworyzowania w nim własnego światopoglądu przez sprawujących władzę.

 

Kto i za ile?

Podręcznik ma przygotować podległy ministerstwu warszawski Ośrodek Rozwoju Edukacji. To publiczna placówka doskonalenia nauczycieli, której celem jest, jak czytamy na jej stronie, „podejmowanie i realizacja działań na rzecz podnoszenia jakości edukacji zgodnie z polityką oświatową państwa w obszarze kształcenia ogólnego i wychowania oraz zgodnie z wprowadzanymi zmianami w systemie oświaty”. ORE został już poproszony o przygotowanie koncepcji programu i innych materiałów dodatkowych.

Jeśli chodzi natomiast o opłacenie podręczników dla ok. 550 tys. tegorocznych pierwszoklasistów, to według przewidywań rządu będzie to kosztować Skarb Państwa nie więcej niż 10 mln zł. Dla porównania – obecnie rodzice wydają na tzw. boxy podręcznikowe w pierwszej klasie blisko 140 mln zł. Wstępnie ocenia się, że cena podręcznika wahać będzie się między 17 a 20 zł  i najprawdopodobniej będzie się on składał, jak wyjaśniła minister, z czterech części. Książki zostaną sfinansowane z budżetu MEN, a środki na nie mają znaleźć się dzięki ograniczeniu programu „Wyprawka szkolna”, czyli dopłatom do podręczników dla najbardziej potrzebujących. Jak stwierdził premier podczas wspomnianej konferencji prasowej, ceny podręczników są dziś niewyobrażalnie wysokie w porównaniu z realnymi kosztami ponoszonymi przez wydawców. Przyznał też, że rząd rusza do konfrontacji z bardzo poważnymi interesami wydawców. „Oni przygotowują ofertę oczywiście bogatszą, rozbudowaną, ale tak naprawdę nikt jej nie potrzebuje. Na tym polega problem” – tłumaczył.

 

Wracamy do zeszytów?

Trudno jednak nie zauważyć, przeglądając obecnie używane przez pierwszoklasistów „boxy”, że ich bardzo dobra jakość zachęca dzieci do nauki. Czy tak będzie z nowym podręcznikiem? W jednym z wywiadów prasowych minister edukacji proponuje dzieciom powrót do tradycyjnych zeszytów. Wyjaśnia przy tym, że dodatkowe materiały zamieszczone zostaną w internecie i będą do ściągnięcia za darmo. Można się więc spodziewać, że wydawnictwa wyjmą z „boxów” ciekawe ćwiczenia, materiały, płyty i będą je sprzedawać oddzielnie. Kto je kupi? Bogatsi rodzice. To prosta droga do wzrostu nierówności edukacyjnych. We wspomnianym wywiadzie minister wyjaśnia też, że jeśli szkoła będzie chciała skorzystać z innego podręcznika, to może, o ile spełni dwa warunki: musi być on bezpłatny dla rodziców, czyli opłacony przez organ prowadzący, a także spełniać wymogi wielokrotnego użycia. To otwarta furtka dla prywatnych szkół, które będą przyciągać rodziców ciekawszymi, lepszej jakości książkami.

Za głos rodziców niech natomiast wystarczy internetowy komentarz jednej z mam: „Bardzo byłoby dobrze, żeby podręczniki były tańsze lub za darmo, ale nie za cenę bubla, który powstanie, jeśli to będzie zrobione na kolanie (...). Trzeba to sensownie opracować, bo niby czemu moje dziecko ma się uczyć z byle jakiej książki. Inwestycja w edukację własnego dziecka to najlepsza inwestycja w jego przyszłość. I nie chciałabym, żeby na mojej córce eksperymentowano dla lepszych wyników w sondażach”.

 

Rozwiązanie poszukiwane

W kolejnych latach resort oświaty planuje wprowadzić bezpłatne podręczniki także dla klas drugich i trzecich szkoły podstawowej. Ministerstwo przygotowało też projekt ustawy, który od 2015 r. nakaże wydawcom opracowywanie książek wieloletnich również dla pozostałych klas. Pozbawione one zostaną treści, które czynią podręczniki jednorocznymi (np. dopisywanie czy przyklejenie). W życie ma wejść także zasada mówiąca o tym, że w konkretnej szkole jeden podręcznik do danego przedmiotu wybierać będzie całe grono pedagogiczne. Poszukuje się również rozwiązań dotyczących finansowania następnych etapów edukacji, cały czas mamy bowiem do czynienia z problemem gigantycznych cen podręczników, które są obecnie najdroższe w Europie. Jak zapewnia Joanna Kluzik-Rostkowska, przedstawione zostaną one w ciągu najbliższych trzech miesięcy. − Blisko nam do rozwiązania, w którym MEN przekazuje szkołom pieniądze na podręczniki. Ustalimy sumę na ucznia dla danego poziomu i szkoła będzie miała wybór: kupić książki na rynku albo skorzystać z państwowych e-podręczników i nabyć inne materiały czy pomoce – tłumaczyła minister. Te planowane działania mają  pomóc w tworzeniu dobrego wizerunku rządu, który nadal brnie w reformę posyłającą od września sześciolatki do szkół. Podobnie jak złożony w Sejmie 28 stycznia przez posłów PO projekt zmiany ustawy o systemie oświaty. Proponuje on zmiany w zakresie odroczenia obowiązku szkolnego. Rodzice, którzy we wrześniu poślą sześciolatka do szkoły, będą mogli do końca grudnia, na podstawie orzeczenia poradni psychologiczno-pedagogicznej wystąpić o cofnięcie go do zerówki. Oprócz tego, że tego typu szkolny „falstart” to absurd, zdaje się, że zapomniano chociażby o takim szczególe jak ten, że na wizytę w poradni czeka się nawet kilka miesięcy... Projekt dotyczy również m.in. możliwości zatrudnienia w szkole podstawowej osoby, która wspierać będzie nauczycieli oraz wychowawców prowadzących opiekę świetlicową. Okazuje się więc, że klasy sześciolatków wymagają zaangażowania pomocnika. A przecież zapewniano rodziców, że dziecko w tym wieku jest wystarczająco rozwinięte zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie, aby poradzić sobie w szkole. Czyżby przygotowano kolejną, nie do końca przemyślaną nowelizację?

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki