Logo Przewdonik Katolicki

Świąteczny wehikuł czasu

Adam Zapora
fot. Jerzy Ochoński / PAP

Pamięć ludzka to jeden z niezwykłych fenomenów. To, co dla człowieka kiedyś stanowiło uciążliwość i troskę, dziś za sprawą właśnie tej pamięci jawi się jako coś, co wspominamy z przymrużeniem oka czy nawet z jakimś sentymentem. Starsze pokolenie pamięta z pewnością czasy, w których to trudno było o towary dziś ogólnodostępne. Jednak z nostalgią powraca się do tamtych wigilii – niezapomnianych i wyjątkowych.

Czas Bożego Narodzenia to moment, kiedy w gronie najbliższych chętnie wracamy wspomnieniami do minionych świąt. Polskie Boże Narodzenie przeszło w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wiele przemian. Nie chodzi oczywiście o przemiany w samej istocie tych świąt, ale w ich funkcjonowaniu w kulturze społecznej, politycznej i medialnej. Cofając się do pierwszej powojennej Wigilii, dostrzeżemy – mimo smutku i bólu po pomordowanych i zaginionych bliskich – wielką radość i ulgę. Szczęście związane z odzyskaniem wolności i zakończeniem wojny przyćmiło czysto materialną stronę świąt. Bez względu na to, w jakich warunkach przyszło Polakom spędzać Boże Narodzenie 1945 r., było ono niewątpliwie jednym z najcenniejszych i pełnych przeżyć. Nowa sytuacja w powojennej historii naszej ojczyzny była daleka od ideału. Wschodnia idea socjalizmu, umacnianie się władz oraz, jakby nie patrzeć, okupacja sowiecka pod nazwą „bratniej współpracy” spowodowały, że w roku 1948 po raz ostatni na długi czas Polacy obchodzili święta Narodzenia Pańskiego.
 
Socjalistyczne świętowanie
Może to brzmieć absurdalnie, wszak co roku mamy Boże Narodzenie. Jednak dbając o świeckość i głosząc marksistowskie hasła walki z religią, Kościołem i wiarą, zakazano używania określenia „Boże Narodzenie”. W 1949 r. obchodzono po prostu święta – bez religijnych konotacji. Zmiany w podejściu do wartości duchowej dni od 24 do 26 grudnia zaobserwować można zarówno w prasie, jak i w wydaniach Polskiej Kroniki Filmowej. Na okładce czasopisma „Stolica” z 25 grudnia 1947 r. widnieje z kolei fragment poliptyku grudziądzkiego z przedstawieniem Dzieciątka i Matki Bożej. Rok później na pierwszej stronie mamy zdjęcie drewnianej szopki o ludowym charakterze, natomiast w 1949 r. próżno możemy szukać jakichkolwiek religijnych odniesień. Na marginesie widoku warszawskiej Starówki widnieją słowa „Wszystkim ludziom pracy (...) życzenia Świąteczne i Noworoczne składa Redakcja tygodnika STOLICA”. Podobna sytuacja została udokumentowana na taśmie celuloidowej: Msza św. z okazji Barbórki i kolędy i Boże Narodzenie w 1948 r. oraz władza ludowa z górnikami i Gwiazdka. Zniknął św. Mikołaj, szopka betlejemska, Pan Jezus na sianku, kolędy i Pasterka. Polacy dostali w zamian Dziadka Mroza, choinki z czubkami zamiast gwiazd czy aniołków, karpia i propagandę.
 
Karpiowa propaganda
Zastanawiający może być w tym momencie motyw karpia, który przecież jest uznawany za tradycyjną polską rybę wigilijną. Otóż ta jakże „staropolska” tradycja została stworzona w 1948 r. przez niejakiego Hilarego Minca, niezwykle istotną postać w socjalistycznej historii Polski. W obliczu trudności z żywnością, zwłaszcza rybami, w kraju Minc – ówczesny minister gospodarki w rządzie Józefa Cyrankiewicza – zaczął importować karpie z Chin. Okraszając te działania chwytliwym hasłem „Karp na każdym polskim wigilijnym stole”, minister osadził tę rybę na stałe w świątecznym jadłospisie milionów Polaków. Przyzwyczając lud pracujący do chińskiego rarytasu, Minc przyczynił się też do rozwoju licznych rodzimych hodowli, dzięki czemu rzadki gatunek hodowany jedynie przez przybyłych ze Słowacji w XII w. cystersów stał się równie popularny co płotki i okonie.
Propaganda PRL-u zaczęła także skutecznie wprowadzać konsumpcyjny wizerunek Gwiazdki. Przedstawiane w Kronice Filmowej oraz nieco później w dziennikach telewizyjnych tłumy okupujące sklepy z zabawkami, księgarnie czy jakiekolwiek inne opatrywano informacjami o kolejnych dostawach niezwykle cennego asortymentu importowanego z „bratnich krajów” czy też specjalnie wyprodukowanych na ten czas przez rodzime fabryki. Sztucznie stworzona przedświąteczna gorączka miała oczywiście na celu przesłonięcie, a z czasem zatarcie właściwego charakteru świąt. Działanie to było dodatkowo umacniane przez masową produkcję pozbawionych religijnych motywów kart pocztowych. Królowały na nich bombki, choinki, śnieg, kuligi czy bałwany. Ciekawym aspektem jest także silne wyeksponowanie, na wzór sowiecki, celebracji nowego roku. Wielkie bale, na których bawiły się elity rządzące, wybrańcy spośród klas robotniczych, przodownice i przodownicy. Sylwester zastąpił w mediach Boże Narodzenie aż do momentu, gdy nastąpiła zmiana w kulturze popularnej i estetyce, napędzanej oczywiście przez specjalistów z Komitetu.
 
Manipulacje władzy
Wykorzystując zapoczątkowaną w latach 50. XX w. modę na ludowość, w kolejnych dziesięcioleciach stworzono swoisty fenomen polegający na „uludowieniu” kultury popularnej. Dało to władzy niezwykle sprawny oręż do manipulowania świadomością świąteczną w umysłach Polaków. Wszelkie zwyczaje, tradycje i symbole kojarzone z Bożym Narodzeniem zostały sprowadzone do formy dekoracyjnych, cepeliowskich wytworów. Drewniane małe szopki czy potężne konstrukcje krakowskich mistrzów oderwano – w masowej informacji – od kontekstu pierwotnego. Stały się jedynie okazjonalnym „gadżetem”, traktowanym bardziej jako ciekawostka kulturowa. Kolędy i pastorałki, grane na ludową nutę, zaczęły być popularne wśród wielu wykonawców. One także zostały „wyczyszczone” z kontekstu i sprowadzone do roli piosenek, podobnych do tych śpiewanych na 1 maja czy z okazji innych celebracji państwowych.
W całej tej ludowości powróciły więc pewne elementy dawnych świąt. Dziadek Mróz, o korzeniach wybitnie sowieckich, został z czasem wymieniony na Gwiazdora, którego zaczerpnięto z kolędowych tradycji regionów z dawnego zaboru pruskiego. Choinkę wieńczył szklany czub, o wybitnie bizantynizujących formach zza wschodniej granicy, a na gałązkach świątecznego drzewka zawieszano szklane krasnale, szyszki i bombki, elektryczne lampki, rozkładano (oszczędnie) bezcenną watę higieniczną, imitującą śnieg i wykańczano plastikową lametą. Na kartkach świątecznych pojawiały się (rzadko) drewniane szopki oraz reprodukowane m.in. z dzieł Zofii Stryjeńskiej wizerunki ludowych kolędników z gwiazdami i turoniem.
 
Smutne święta
Kiedy w 1970 r. Edward Gierek objął władzę po niesławnym Władysławie Gomułce, sytuacja w Polsce była bardzo zła. Wysokie ceny produktów spożywczych wywołały strajki i zamieszki, których tłumienie zakończyło się tragicznie. Przyjmując politykę „dobrego wujka”, Gierek zapoczątkował okres „świąt luksusowych”. W okresie poprzedzającym Gwiazdkę w sklepach pojawiały się importowane produkty żywnościowe, tkaniny, peruki i artykuły przemysłowe. Długo wcześniej zapowiadane w mediach, „płynące z dalekiej Kuby” cytrusy, stawały się marzeniem każdego dziecka. Pomimo bogactwa na sklepowych półkach ceny były zbyt wysokie. Zapożyczając kraj, Gierek udostępnił rodakom te wszystkie towary, jednak już w 1976 r. przyniosło to tragiczne skutki – brak towarów w przedświątecznych sklepach i rosnące niezadowolenie społeczeństwa. Reglamentacja żywności, rozpoczęta wprowadzonymi w czerwcu 1976 r. kartkami na cukier, osiągnęła swoje apogeum w 1981 r. Gwiazdka pamiętnego 1981 r. była poprzedzona wprowadzeniem stanu wojennego oraz licznymi i szeroko zakrojonymi represjami wobec działaczy „Solidarności” i ich bliskich. Były to święta przepełnione strachem, wiarą i nadzieją. Kolejne smutne polskie święta miały miejsce w 1984 r., po odnalezieniu ciała bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Od połowy lat 80. świąteczna manipulacja komunistyczna wyraźnie zaczęła słabnąć. Częściej i jawniej wykorzystywano bożonarodzeniowe elementy zakazane przez władze. Kiedy więc nadszedł koniec PRL-u, Polacy niezwykle zgrabnie odnaleźli sie w nowej rzeczywistości. W pojawiających się jak grzyby po deszczu prywatnych sklepach bez problemu można było dostać „zachodnie” słodycze – w tym kalendarze adwentowe z czekoladkami za kartonowymi drzwiczkami, bakalie czy cytrusy. Miejsce szklanych ozdób choinkowych zajęły plastikowe, a Gwiazdka znów stała się Bożym Narodzeniem.
 
Powrót do korzeni
Chociaż skończyły się w 1989 r. ograniczenia wynikające z ustroju, nie zniknęły one tak szybko w umysłach Polaków. Zachłyśnięcie się zachodnim stylem życia spowodowało, że z roku na rok, przez ostatnich 25 lat coraz bardziej zbliżyliśmy się do świątecznej kultury masowej krajów anglosaskich. Mimo że oficjalnie przez 40 lat nie było Bożego Narodzenia, to Polska widziana oczami zwykłego człowieka wyglądała inaczej. Zadziwiające jest to, że przez cały czas istnienia PRL-u rodziny, które nie poddały się tępej sowietyzacji i ateizacji (nie była to mała grupa, wbrew pozorom), nadal obchodziły czas narodzin Jezusa w sposób wyjątkowy. Na stole zawsze był opłatek, słychać było kolędy, a o północy udawano się na Pasterkę. Nie zawsze było to bezpieczne, ale wiara i głęboko zakorzeniona tradycja chrześcijańskiej polskości były silniejsze. Zmieniały się dekoracje: świąteczne ozdoby, wspomniany już karp, pojawiały się cytrusy, ale Boże Narodzenie pozostawało tym samym cudownym czasem, przeżyciem.
Paradoksalnie, to wyzwolenie spod komunistycznego jarzma spowodowało najmocniejsze zmiany w polskich świętach. Coraz szybszy pęd w codziennym życiu, komercjalizacja tego, co duchowe, i wszechobecna laicyzacja okazały się najniebezpieczniejszymi elementami. Św. Mikołaj nie jest już ani Dziadkiem Mrozem z Syberii, ani Gwiazorem z Poznańskiego, tylko Santa Clausem. Nie świętym biskupem, ale przeskalowanym krasnoludem z żoną i elfami. Choinki nie trzeba ubierać w wigilijny poranek, ale pod koniec października lub najlepiej zamówić gotową w wyspecjalizowanej w tym zakresie firmie. Rozpoczęcia świątecznej wieczerzy nie wyznacza pierwsza gwiazdka, ale godziny zamknięcia sklepów i program telewizyjny.
 
Odnaleziona wiara
Wspominając święta Bożego Narodzenia z lat minionych, można odkryć, że dziś mimo tego całego „bogactwa” są one znacznie uboższe. Po dwóch miesiącach atakowania zewsząd elementami komercyjnych świąt: bombek, lampek, gwiazdkowej muzyki i sztucznego śniegu, kiedy już zasiadamy przy wigilijnym stole, jesteśmy zmęczeni. Znika nastrój tej wyjątkowej nocy oczekiwania na Zbawiciela. Zaczynamy tęsknić za prostą witryną SAM-u, na której „pani sklepowa” namalowała plakatówką choinkę, a na rozłożonej na parapecie wacie poukładała kilka pudełek z kolorową kokardą – na kilka dni przed 24 grudnia. Obok tego komercyjnego audiowizualnego „umęczenia” staje też o wiele ważniejsza wiara – ta, która przetrwała lata komunistycznej cenzury, represji, zakazów. Obecnie wątła, spychana przez popularne media w kąt jako wstydliwa, niemodna i ograniczająca, ale tak naprawdę, jedyna, nadająca sens i wartość wszystkiemu. Mimo tych wszystkich przemian, jakie Boże Narodzenie przeszło w Polsce po 1945 r., nie zmieniło się jedno – sens tych świąt. Był on i jest nadal ten sam – wspomnienie i uczczenie przyjścia na świat Syna Bożego.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki