Logo Przewdonik Katolicki

Polska (kontra) rodzina

Kamila Tobolska
Fot.

Ubierzesz córkę w chłodny dzień zbyt lekko albo dasz synowi klapsa w sklepie uważaj, do twoich drzwi może zapukać pracownik socjalny i zabrać ci dziecko. To wcale nie żart, ale absurdalna rzeczywistość, którą stworzyła nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

Ubierzesz córkę w chłodny dzień zbyt lekko albo dasz synowi klapsa w sklepie – uważaj, do twoich drzwi może zapukać pracownik socjalny i zabrać ci dziecko. To wcale nie żart, ale absurdalna rzeczywistość, którą stworzyła nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

  

Lubaczów − niewielkie miasto leżące w pobliżu granicy z Ukrainą. Połowa września minionego roku. Jedna z wielu skromnie żyjących rodzin spędzała zwyczajnie dzień. Ojciec był właśnie w pracy, a matka z czworgiem dzieci, od nastoletniego do kilkulatka, w domu. Jak przyznają, ich sytuacja materialna była nie najlepsza, wręcz zła. Mieszkali razem z teściami, z którymi byli też skonfliktowani. Ale mimo tych trudności wiedli spokojne życie. I nagle do ich mieszkania niespodziewanie weszła kurator sądowa wraz z asystą. W ciągu paru chwil zabrała ze sobą wszystkie dzieci. Cała czwórka trafiła do domu dziecka. Urzędnicy argumentowali swoją decyzję panującą w rodzinie biedą, uznając, że z jej powodu dzieciom dzieje się krzywda...
Zszokowana matka miała wrażenie, że to porwanie. Nie zostawiono jej bowiem żadnych dokumentów. Nie powiadomiono też, jakie prawa przysługują jej i mężowi. Zdarzenie miało miejsce pod koniec tygodnia, więc rodzice nie za bardzo wiedząc, do kogo się zwrócić o pomoc, przez weekend miotali się między komendą policji a domem dziecka. Próbowali oczywiście odzyskać swoje dzieci. To jednak okazało się już w tym momencie niemożliwe. Rodzina dostała się bowiem w tryby machiny, którą stworzyła obowiązująca w naszym kraju nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. I chociaż rodzice z Lubaczowa po pewnym czasie wynajęli osobne mieszkanie, uzyskali także pomoc, również materialną ze strony wielu osób, to opieszałe działania sądu sprawiają, że ich dzieci nadal pozostają w domu dziecka. Cała sprawa natomiast wciąż jest badana... podczas kolejnych rozpraw.
 
Przemoc ze strony państwa
− Wiem, że to będą mocne słowa, ale ta rodzina, jak wiele innych mających podobne przeżycia, doświadcza przemocy ze strony państwa. Dramatyczne jest to, że najczęściej zarzuca im się biedę i nieporadność, tak jak to miało miejsce w przypadku znanej w całym kraju historii małej Róży z Wielkopolski, gdzie urzędnicy argumentowali odebranie dziecka faktem, że podłoga w kuchni jest brudna, a ojciec za bardzo angażuje się w pracę – przypomina Tomasz Elbanowski ze Stowarzyszenia i Fundacji Rzecznik Praw Rodziców. Rodzina z Lubaczowa to tylko jedna z wielu, która trafiła do niego, poszukując pomocy. Już trzy lata temu stowarzyszenie opowiadało się, podobnie jak inne troszczące się o rodzinę środowiska, za odrzuceniem zapisów projektu nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie obowiązującej w Polsce od 2005 r. Sama ustawa zresztą od początku była zła. Już jej tytuł ma negatywny wydźwięk, tworzy wręcz wokół rodziny złą atmosferę. Przez pięć lat ustawie brakowało jednak elementu wykonawczego, dopiero nowelizacja z połowy 2010 r. nałożyła na samorządy konkretne obowiązki.

 

Wystarczy jeden donos
I tak w niemal każdej z ponad dwóch i pół tysiąca polskich gmin powołano zespoły interdyscyplinarne mające uprawnienia do monitorowania nie tylko rodzin, w których występuje przemoc, lecz także teoretycznie nią zagrożonych. Do obowiązków tych zespołów należy m.in. zbieranie i przetwarzanie wrażliwych danych osobowych, w tym o stanie zdrowia członków rodziny czy ich nałogach. Urzędnicy, a także nauczyciele i lekarze mogą zakładać takim rodzinom tzw. Niebieskie Karty i to już po jednym donosie, chociażby ze strony złośliwych sąsiadów. Pracownicy socjalni mają też prawo, w sytuacji kiedy uznają, że zagrożone jest życie lub zdrowie dziecka, odebrać je rodzinie i to bez wyroku sądu. W ciągu 24 godzin musi on potwierdzić tę decyzję podczas rozprawy o tymczasowe odebranie dzieci. Okazuje się, że w praktyce rodzice nie są na niej obecni, ponieważ... nie są o niej powiadamiani. Sam zapis o zagrożeniu życia jest zresztą bardzo pojemny. – Przepisy wokół całej ustawy są szalenie nieprecyzyjne, a definicja przemocy jest w nich bardzo szeroka. Można przecież powiedzieć, że zdrowie dzieci jest zagrożone, kiedy w domu jest zimno – zauważa Elbanowski, zwracając także uwagę na zapisy umieszczone we wzorze Niebieskiej Karty. Jedną z wymienionych tam form przemocy jest np. zbyt lekkie ubranie dziecka przy złej pogodzie.
 
System poza prawem
Nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie wprowadziła także zakaz stosowania kar cielesnych wobec dzieci. Również ich krytykowanie, ograniczanie im kontaktu z innymi dziećmi, nawet jeśli zdaniem rodziców dane towarzystwo nie służy córce czy synowi, według obowiązujących w naszym kraju przepisów jest formą przemocy, za którą rodzice powinni być ścigani. − Stworzono bardzo rozbudowany system przeciwdziałania przemocy, który jest jednak w naszej ocenie sprzeczny z konstytucją. Od prawie trzech lat żyjemy więc w państwie bezprawia – stwierdza prezes Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców, określając obowiązującą ustawę mianem ustawy antyrodzinnej.
Na razie, na szczęście, przepisy te nie są w naszym kraju jeszcze tak szeroko interpretowane, choć w Zielonej Górze odbył się już pierwszy proces sądowy o klapsa, którego mama dała dziecku w sklepie. Czy jednak za jakiś czas sytuacja polskich rodziców nie będzie przypominać sytuacji rodziców ze Skandynawii, Niemiec czy Anglii? W krajach, w których podobne przepisy weszły w życie ponad 30 lat temu, dzieci odbierane są z bardzo błahych powodów. Zdarzają się sytuacje, kiedy dziecko wysłane za karę do swojego pokoju dzwoni do odpowiednich służb ze skargą i zostaje zabrane z domu. – Szczególnie zapadła mi w pamięci historia pewnej polskiej rodziny żyjącej w Skandynawii. Była ona objęta podstawową opieką socjalną, dlatego znajdowała się na celowniku służb socjalnych. Kiedy zauważono w szkole, że dziewczynka pochodząca z tej rodziny jest smutna, uznano, że dzieje się jej w domu krzywda i zabrano ją w czasie lekcji do placówki opiekuńczej – opowiada Tomasz Elbanowski. Przypomina też, że w nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie napisano, iż ponad połowa rodzin w Polsce dotknięta jest przemocą. – Te założenia zupełnie nie zgadzają się z danymi policji mówiącymi o tym, że w dużo mniej niż w 1 proc. polskich domów mamy do czynienia z przemocą, którą należy ścigać – tłumaczy.
 
Telefon, który może pomóc
Członkowie Stowarzyszenia i Fundacji Rzecznik Praw Rodziców mają świadomość, że Polska nie jest krajem jedynie osób zaradnych życiowo, że wśród nas żyją ludzie, którzy mimo starań sobie nie radzą. – Państwo jest niestety wobec nich okrutne. Kiedy taką rodzinę dotyka bieda czy konflikt, to zamiast jej skutecznie pomagać, zabiera się dzieci – zauważa Elbanowski. To dlatego osoby zaangażowane w działalność stowarzyszenia i fundacji postanowiły opracować antidotum na wadliwy system funkcjonujący w państwie. – Ubolewamy nad tym, że nie jesteśmy w stanie pomóc potrzebującym rodzinom, które się do nas zgłaszają. Nie możemy ich wesprzeć ani od strony prawnej, ani materialnej. Oczywiście na miarę naszych możliwości udzielamy porad czy kontaktujemy z życzliwymi osobami, mieszkającymi jak najbliżej danej rodziny. Ale to ciągle za mało − przyznaje. Stąd zrodził się pomysł założenia tzw. telefonu interwencyjnego. Fundacja planuje zatrudnienie pracownika, który będzie go obsługiwał i zajmował się tylko udzielaniem rodzinom pomocy, kontaktując je chociażby z psychologiem czy prawnikiem. − Szukamy więc darczyńców, którzy zechcieliby wesprzeć utworzenie takiego telefonu i jego funkcjonowanie przez dłuższy czas. Zależy nam bowiem na tym, aby była to stabilna forma pomocy – wyjaśnia Tomasz Elbanowski.
Równocześnie Stowarzyszenie i Fundacja Rzecznik Praw Rodziców starają się o zmianę absurdalnych przepisów uderzających w polskie rodziny. Niedawno jego przedstawiciele spotkali się z ministrem sprawiedliwości Jarosławem Gowinem, proponując mu przyjrzenie się przepisom kodeksu rodzinnego. − Zachęcaliśmy pana ministra do wprowadzenia w kodeksie rodzinnym zapisu zabraniającego urzędnikom państwowym odbierania dzieci, jeśli jedynym zarzutem wobec rodziny jest panująca w niej bieda − mówi prezes stowarzyszenia, dodając, że rozmowy z ministerstwem trwają i jest nadzieja na ich pozytywne zakończenie.
 
 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki