Jezus Chrystus swoim przyjściem i życiem pokazał, że nie jest prawdziwą teza: dobre rzeczy dzieją się dobrym, a złym (patrz: grzesznikom – oczywiście nie nam) przydarzają się rzeczy złe. Syn Boga, niewinny, pomagający innym, uzdrawiający trafia ostatecznie na krzyż, jest torturowany i zostaje okrutnie zabity. Oczywiście doskonale wiemy, że właśnie dzięki temu wydarzeniu otrzymujemy zbawienie, więc jakoś jesteśmy w stanie zaakceptować Jego cierpienie. Ale kiedy ono w jakimś stopniu dotyczy nas (a bliższa ciału koszula), wówczas podobna interpretacja teologiczna – że przecież można je ofiarować za innych, a my w końcu tacy święci nie jesteśmy, więc trochę pocierpieć się nam należy – już nie przychodzi nam tak prosto.
Służę Bogu czy Bóg mi służy?
Pamiętam, kiedy osiem lat temu spotkało mnie doświadczenie w postaci poważnej utraty zdrowia (wówczas już jako paroletniego kapłana i osobę żyjącą ponad dziesięć lat w zakonie), pytałem Boga: dlaczego to się dzieje? Przecież tak bardzo chcę Ci służyć, poświęcać swoje talenty na Twoją chwałę, budować Królestwo Boże dla Ciebie! Dlaczego więc nie dasz mi potrzebnego zdrowia, abym mógł to wszystko zrobić dla Ciebie?! O tym, że robię wszystko dla Boga, byłem tak święcie przekonany, że do głowy nie przyszło mi spytać się również o inne towarzyszące mi intencje. I to właśnie wtedy, w czasie tego cierpienia, gdy Bóg zatrzymał mnie na parę miesięcy w tym szaleńczym biegu „na Jego Chwałę”, zobaczyłem, że nie jest prawdą to wszystko, co tak gorąco deklaruję przed Bogiem i przed sobą. Że jednak w tym wszystkim chodzi też o mnie, o moją chwałę, o moją opinię (o jak to boli, tracić w oczach ludzi), o mój sukces i najbardziej bolesne dla mnie stwierdzenie – również o moją karierę. Że to nie ja służę Bogu, ale to Bóg ma służyć mi, moim planom, ma je błogosławić, wspierać i przeprowadzać. Że nie modlę się „bądź wola Twoja” ale „niechaj się spełni wszystko, co ja zaplanowałem i przygotowałem”. Wydawało mi się, że jeśli coś nosi habit, to już jest dobre. Włożyłem więc habit na moją karierę i byłem święcie przekonany, że taka kariera, w odróżnieniu od tych światowych (czytaj: zepsutych, goniących jedynie za pieniędzmi) nie jest wcale zła – bo jest bardzo pobożna. Tu bowiem nie chodzi o pieniądze, ale o Bożą chwałę. Wstyd mi było się przyznać do tego, ale fakty mówiły same za siebie – ja po prostu kręciłem się wokół siebie i niewiele interesowało mnie Królestwo Boże i jego sprawiedliwość. To, że na pewnym etapie mego życia „interesy” Królestwa pokrywały się z moimi, sprawiło tylko na mnie mylne wrażenie, że dbam o Królestwo Boga, nie zaś o zaspokajanie swoich chorych ambicji czy leczenie licznych kompleksów. I za wielką łaskę poczytuje sobie ten czas, kiedy Pan Bóg w swoim wielkim miłosierdziu „doświadczał mnie”. Dopiero wówczas dane mi było zobaczyć, że może i biegnę i się bardzo wysilam, ale bynajmniej nie robię tego dla Boga, tylko po prostu dla siebie.
Pułapka zasług
Nie zorientowałem się, że znów dałem się zwieść pułapce demona, który usiłował przekonać mnie, że na miłość Bożą trzeba zapracować, zasłużyć. Tymczasem to jest wierutne kłamstwo. Bóg nie kocha nas dlatego, że robimy coś dobrze, że się staramy. Bóg nas kocha, ponieważ jesteśmy Jego dziećmi – czyli kocha nas za darmo! Jezus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami (por. Rz 5, 8). Jezus umarł i zmartwychwstał dla nas nie dlatego, że jesteśmy dobrzy, bo tacy nie jesteśmy, ale dlatego, że Bóg jest dobry! Takiej miłości świat nie rozumie i nie chce przyjąć. Ten nieustanny wyścig szczurów zabił już niejednego człowieka, zniszczył niejedną rodzinę. Dlatego Bóg często ingeruje w nasze życie w sposób poważny, jeśli wyczerpane zostały wcześniej środki mniej poważne (lżejsze).
Choć okres owej próby był dla mnie bardzo bolesny i wtedy chyba po raz pierwszy w życiu zakosztowałem tego, czym jest cierpienie, to jednak z perspektywy czasu dzisiaj chcę powiedzieć: Boże jakże Ci dziękuję, że tak zaryzykowałeś! Bóg bowiem zaryzykował, że w tym cierpieniu mogłem od Niego odejść, mogłem Go zostawić. Nie stało się to, co jest kolejnym darem i Jego łaską. Ale dziś wiem, że jak Bóg „doświadcza człowieka”, to tym, który może najwięcej stracić, jest właśnie Bóg. On ryzykuje, że śmierć Jego Syna na krzyżu może okazać się daremna, jeśli miłość, którą nam daje, zostanie przez nas odrzucona.
Żyć w prawdzie
Wzbogacony o to doświadczenie dzisiaj już wiem, że nie do końca mogę sobie wierzyć. Kiedy zastanawiam się nad tym, dlaczego podejmuję jakąś pracę czy posługę w Kościele, staram się szukać tych motywacji, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się nie moimi, ale może faktycznie nimi są. Człowiek zmienia się powoli, choć to wszystko jest łaską Boga. Światło to przyszło mi we wspólnocie, podczas lektury słowa Bożego, które czytałem i które było mi głoszone. Zdemaskowanie moich egoistycznych intencji wcale nie spowodowało ich śmierci. Nadal widzę, jak bardzo kręcę się wokół siebie i jak często usiłuję przy okazji załatwiać swoje interesy i leczyć kompleksy. Jednakże to doświadczenie podarowało mi pewną perspektywę. Dawniej nie wiedziałem, że jestem grzesznikiem, myślałem, że jestem kimś (prawie) doskonałym i bardzo starającym się gorliwym chrześcijaninem. Dziś wiem, że jestem grzesznikiem, stąd modlitwa: „Jezusie, ulituj się nade mną grzesznikiem!” – jak najbardziej pasuje do mojej sytuacji. Dziś również o wiele częściej modlę się o światło, prosząc Boga, bym nie oszukiwał się tak jak dawniej, bym mógł w szczerości i prawdzie stawać przed Nim. I choć jest to bolesne, to wolę w prawdzie być przed Bogiem grzesznikiem, niż w kłamstwie stawać przed Nim jako „prawie doskonały”. Bóg jest Prawdą, dlatego to ostatecznie właśnie prawda nas wyzwala, czasem boleśnie, ale ostatecznie Prawda jest drogą do szczęścia, bo jest drogą do Boga.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!









