Logo Przewdonik Katolicki

Najpierw kompromitacja, potem kryzys

Jarosław Stróżyk
Fot.

Dymisja ministra skarbu Mikołaja Budzanowskiego była efektem szeregu kompromitujących zdarzeń. Całe zamieszanie po raz kolejny pokazało, jaki chaos panuje w polskiej polityce energetycznej, oraz ujawniło skalę nieufności w koalicji PO-PSL


Zaczęło się skandalem. Na początku kwietnia w Petersburgu szef koncernu Gazprom Aleksiej Miller i prezes spółki EuRoPol Gaz Mirosław Dobrut podpisali
„Memorandum o wzajemnym zrozumieniu”, dotyczące oceny na etapie przedinwestycyjnym możliwości realizacji nowego gazociągu z Białorusi przez Polskę na Słowację. Na pierwszy rzut oka w samym fakcie podpisania memorandum nie ma nic dziwnego – w końcu podpisały je między sobą dwie firmy i nie niesie on jeszcze ze sobą żadnych skutków prawnych. Jednak nie wolno zapomnieć, że współwłaścicielem EuRoPol Gazu jest państwowa PGNiG. Tymczasem reakcja na to wydarzenie najważniejszych polityków w państwie i osób bezpośrednio odpowiedzialnych za politykę gazową była zdumiewająca. Okazało się, że w tak istotnej z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa energetycznego sprawie „nikt nic nie wie”, jednym słowem tak w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej (patrz: relacje z Ukrainą) panuje kompletny chaos.
Takie inwestycje mają wielkie znaczenie nie tylko gospodarcze, ale także polityczne. Rura proponowana przez Rosję pozwoliłaby przecież Gazpromowi zmniejszyć tranzyt gazu przez Ukrainę i utrudnić konkurencyjne dostawy do Europy Środkowej. Sprzyjałaby więc utrwaleniu przez rosyjski koncern monopolu na polskim rynku.
Premier nic nie wie
  Jednak mimo wagi sprawy następnego dnia po podpisaniu memorandum premier Donald Tusk oświadczył, że nic o tym nie wie. Z kolei minister skarbu stwierdził, że to jedynie porozumienie techniczne, a nie umowa, która zobowiązywałaby kogokolwiek do rozpoczęcia budowy. Natomiast wicepremier Janusz Piechociński, który przebywał w tym czasie w Petersburgu, twierdził, że polski rząd czeka na szczegóły rosyjskiej propozycji, które mają być przedłożone za pół roku, a potem zajmie stanowisko zgodne z interesami i bezpieczeństwem Polski, również w kontekście członkostwa w UE.
W kilku odsłonach zobaczyliśmy więc, że Gazprom podpisuje umowę w sprawie ewentualnej budowy przez Polskę nowego gazociągu, stwarzając przy tym wrażenie, że uzgodnił to z wicepremierem Piechocińskim. A premier polskiego rządu i minister skarbu nic o tym nie wiedzą. Za zamieszanie „zapłacił głową” minister skarbu Mikołaj Budzanowski. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że wyrzucenie ministra (który co prawda mocno na nie zapracował) to kolejny zabieg piarowski premiera, odwracającego uwagę od realnego problemu, jakim jest kompletny chaos panujący w gazowych spółkach i brak spójnej koncepcji dotyczącej bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju.
Opóźniony terminal, drogi gaz
Polityka energetyczna obecnej ekipy od początku była naznaczona grzechem zaniechania. Niemal wszystkie poczynania w tej materii kończyły się porażką. Zaczęło się od odłożenia budowy gazoportu w Świnoujściu. Decyzję o jego budowie podjął rząd PiS, ale obecna ekipa – aby pokazać, że nie jest bezpośrednim kontynuatorem polityki poprzedników – odłożyła rozpoczęcie inwestycji o dziewięć miesięcy. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Podczas negocjacji gazowych z Rosją okazało się, że polscy negocjatorzy nie są w stanie wyjąć z rękawa żadnego asa, którym mogliby postraszyć ludzi siedzących po drugiej stronie stołu. Nie mogli powiedzieć, że jeśli Gazprom nie opuści ceny gazu, to sprowadzimy tańszy przez terminal. Efektem tej krótkowzrocznej polityki był kompromitujący wynik negocjacji. Polska podpisała umowę na dostawy rosyjskiego gazu po najwyższych cenach w Europie, a dodatkowo zrzekła się właściwie zysków z przesyłania gazu na zachód Europy. Rosjanie dostali więc wszystko, czego chcieli, a rząd wystawił gigantyczny rachunek obywatelom.
 Notabene to minister Budzanowski z wielką pompą ogłaszał niedawno wynegocjowanie obniżenia cen rosyjskiego gazu, które i tak pozostają wyższe od tych, które Rosji płacą na przykład Niemcy. Aż przykro komentować.
Problemy z łupkami
W międzyczasie pojawiła się informacja o wielkich złożach gazu łupkowego w naszym kraju. Według amerykańskich szacunków nasze zasoby mają być największe w Europie. Ale i tu zaczęło się i trwa pasmo porażek. Szybko się okazało, że część koncesji poszukiwawczych wydanych przez Ministerstwo Środowiska budzi poważne wątpliwości. Do resortu wkroczyły służby specjalne i w kajdankach wyprowadziły odpowiedzialnych za koncesje urzędników. Może nawet na Polakach nie zrobiło to większego znaczenia, ale przedstawiciele zagranicznych koncernów zaczęli wysyłać do central swoich firm alarmujące informacje o tym, że atmosfera wokół łupków staje się w naszym kraju gęsta. Potem wyszło na jaw, że część z tych koncesji nie zobowiązuje firm do wykonania jakichkolwiek odwiertów badawczych. Oznacza to mniej więcej tyle, że firmy, które takie koncesje otrzymały, będą mogły zarobić na nich krocie. Pozwolenie kosztuje około pół miliona złotych, a sprzedać je można przynajmniej za kilkanaście milionów dolarów.
Jakby tego było mało, rząd od kilku lat nie jest w stanie stworzyć nowych ram prawnych wydobywania węglowodorów. Nie wiadomo więc, jakiej wysokości opłaty za eksploatację złóż będą musiały płacić koncerny wydobywcze oraz w jaki sposób zasoby będzie kontrolowało państwo. Bez tego żadna firma nie przygotuje biznesplanu dla poważnej inwestycji w Polsce. Łupkowa rewolucja też się więc oddala.
Wygranymi całej sytuacji jak zwykle są Rosjanie, którzy od lat skutecznie utrwalają gazowy monopol w Polsce i mimo wielu głośnych zapowiedzi kolejne rządy nie potrafią tego zmienić.
Zimna wojna w koalicji
Niejako przy okazji sprawy gazowego memorandum mieliśmy kolejną odsłonę konfliktu wewnątrz koalicji PO–PSL. Premier dymisjonując ministra skarbu, nie raczył nawet o tym poinformować swojego zastępcy, lidera PSL Janusza Piechocińskiego. Przypadek? 
Rzecznik rządu tłumaczył, że Piechociński nic nie wiedział o dymisji Budzanowskiego, bo resort skarbu jest w gestii PO. – Taka jest umowa między PSL a PO, między premierem a wicepremierem, że jeśli chodzi o decyzje personalne dotyczące członków PSL, to te decyzje są całkowicie w rękach naszego koalicjanta. Jeśli chodzi o decyzje personalne dotyczące ministrów, sekretarzy, podsekretarzy stanu resortów, za które odpowiedzialna jest Platforma Obywatelska, to te decyzje są po stronie premiera – tłumaczył Paweł Graś. To o tyle kuriozalne tłumaczenie, że o ile wybór kandydata, np. na ministra rolnictwa, jest w gestii PSL, to przecież decyzji w tej sprawie ludowcy nie mogą podjąć bez konsultacji z Tuskiem.
Po historii z memorandum premier Tusk rzucił też pomysł budowania ministerstwa energetyki lub powołania pełnomocnika rządu ds. energetyki. To oznaczałoby uszczuplenie władzy Piechocińskiego, który jako minister gospodarki nadzoruje energetykę. 
Nic dziwnego, że wywołało to zdecydowane protesty ze strony ludowców, którzy zapowiedzieli, że na żadne nowe ministerstwo się nie zgodzą. Sam Janusz Piechociński w rozmowie z „Rzeczpospolitą” poszedł jeszcze dalej i stwierdził, że jeśli „jego pomysły nie będą honorowane”, wówczas nie wyklucza odejścia z rządu. Ale jak zwykle skończyło się na słowach. Politycy PSL otwarcie przyznają, że tak źle w koalicji z Platformą jeszcze nie było (sami zresztą mają swój wkład w kryzys, gdyż dwóch posłów tej partii głosowało razem z opozycją za odwołaniem ministra transportu Sławomira Nowaka, co wywołało wściekłość w PO) i można już nawet mówić o koalicyjnej zimnej wojnie. Ale czy nie jest to tylko gra pozorów? – Ciągle straszą, że można PSL na kogoś podmienić. To niech spróbują i zobaczymy, czy im się partia nie rozsypie. Nie wszyscy w PO byliby w stanie zaaprobować SLD jako koalicjanta, o Ruchu Palikota nie wspomnę. Chyba że premier, bojąc się, że w 2015 r. PO czeka wyborcza katastrofa, postanowił doprowadzić PSL do ostateczności, zmusić do wyjścia z koalicji i pod tym pretekstem rozpisać wcześniejsze wybory – nie przebiera w słowach poseł PSL Eugeniusz Kłopotek.
Wydaje się jednak, że te scenariusze byłyby dla Platformy znacznie gorsze niż dalsze trwanie w koalicji z ludowcami, dlatego wiele wskazuje na to, że koalicja PO–PSL przetrwa do końca kadencji. Na pewno jednak już dziś można stwierdzić, że wszelkie zapewnienia rządzących o dobrej współpracy można włożyć między bajki. Niestety w takiej atmosferze trudno oczekiwać realizacji jakichś ambitnych reform.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki