Dobra, rodzinna inwestycja

Uwielbią wspólnie spędzać czas, czy to na wycieczkach, czy wylegując się rodzinnie na kanapie. Ale każde z nich lubi też pobyć sam na sam z książką. A co najważniejsze, jak przyznają, są bardzo szczęśliwi.
Czyta się kilka minut

  
Czuję się zaszczycona, kiedy podczas wizyty w domu Eweliny i Tomka Miedzińskich 10-letnia Antosia, najstarsze z ich dzieci, pokazuje mi swoje wiersze, a młodsza o dwa lata Ula, nazywana w rodzinie Uleczką, pięknie recytuje specjalnie dla mnie wiersz o stonodze. Chłopcy natomiast wspaniale mnie goszczą: 6-letni Franciszek kroi kawał pysznego czekoladowego ciasta upieczonego przez mamę, kolację zaś przygotowuje 3-letni Benio. Tak jak umie − z drewnianych klocków. Wszystko staje się jasne, kiedy słyszę z ust ich taty, że najbardziej zależy mu na tym, aby jego dzieci umiały troszczyć się o innych i widziały ich potrzeby. Ale równie bardzo na tym, żeby kochały Boga i były ludźmi prawdziwej, głębokiej wiary. − Staramy się mówić im o tym wszystkim, ale widzimy, że to nie załatwia sprawy. Najważniejsze, żebyśmy to my sami tacy właśnie byli. Mamy bowiem świadomość, że dzieci są odbiciem tego, jacy my jesteśmy – tłumaczy Tomek.
 
Coś byś z tym zrobił...
Miedzińscy przyznają jednak, że w życiu nie zawsze „szło im z górki”. − Nasza religijność przechodziła różne etapy, także pewnego buntu, w tym niechodzenia przez jakiś czas do kościoła – zauważa Tomek, dodając, że teraz stara się pielęgnować swoją relację z Bogiem, bowiem czuje, że dzięki niej ulegają także poprawie jego kontakty z ludźmi. Tym bardziej że, jak mówią małżonkowie, z natury nie są osobami otwartymi na innych. – Jesteśmy, można powiedzieć, trochę hermetyczni i nie do końca jest nam z tym dobrze. Bycie z ludźmi jest dla nas pewnym wyzwaniem i wysiłkiem, który staramy się podejmować – wyjaśnia Tomek.
Łatwo jednak zauważyć, że świetnie czują się w swoim towarzystwie. − Jest nam ze sobą bardzo dobrze. Chociaż przyznam, że kiedyś bywało nam w małżeństwie ze sobą gorzej. Wówczas wyjścia z domu traktowałam jako formę ucieczki. A teraz oglądamy we dwoje odcinki Przystanku Alaska i jest nam cudownie – opowiada Ewelina, czule nazywana przez męża Ewelinką.
Telewizor zresztą służy w ich domu tylko do oglądania filmów z płyt DVD. − Uwielbiałam oglądać telewizję, ale w pewnym momencie stwierdziłam, że jestem od niej uzależniona. W złości powiedziałam więc do męża: „Gdybyś był prawdziwym mężczyzną, to coś byś z tym zrobił”. Tomek bez słowa wziął ucinaczki i przeciął nimi kabel anteny. Potrzebowałam właśnie takiego radykalnego środka, bo telewizja po prostu kradła mi czas − stwierdza Ewelina, podkreślając, że to dzieci są dla niej i męża najsilniejszą motywacją do pracy nad sobą. − One są dla nas największym darem − wspólnie wyznają. Starają się więc, aby Antosia, Uleczka, Franciszek i Benio byli po prostu szczęśliwi. − Zależy mi na tym, żeby nasze dzieci miały do nas zaufanie. Żeby czuły, że jesteśmy dla nich oparciem i potrafiły przyjść do nas z każdym problemem − mówi mama.
 
Dajcie nam swoje piżamki!
Jakiś czas temu Ewelina zaczęła jednak odczuwać, że nie do końca radzi sobie z wychowywaniem dzieci. Nie było tak, jak by chciała. Jesienią postanowiła więc wziąć udział w spotkaniach prowadzonej w Poznaniu przez psychologa i pedagoga kilkumiesięcznej Szkoły dla Rodziców i Wychowawców. Tam, w kilkunastoosobowych grupach podczas zajęć warsztatowych rodzice uczą się, jak wyposażyć dzieci w życiowe umiejętności. I nie chodzi tutaj wcale o zdobywanie świetnie płatnej pracy, ale np. o rozpoznawanie uczuć czy określanie swoich granic. − Traktuję te zajęcia jako rodzaj inwestycji w moje dzieci i po tych kilku spotkaniach, które się odbyły, widzę pierwsze efekty − przyznaje.
Natomiast od dawna już, kiedy pojawia się jakiś problem, siadają całą rodziną i razem szukają jego rozwiązania. Rodzice, jak przyznają, bywają zaskoczeni propozycjami przedstawianymi przez dzieci. − One jednak najlepiej wiedzą, co jest im potrzebne – zauważa Tomek, opowiadając chociażby „piżamową historię”. − Dziewczynki mają wspólne łóżko, a mimo to nie lubiły spać same. Budziły się w nocy i przychodziły do naszej sypialni. Kiedy rozmawialiśmy na ten temat, próbując nakłonić je do przesypiania nocy, Uleczka nagle zaproponowała: „Dajcie nam swoje piżamki do spania”. Położyły je obok siebie w łóżku i momentalnie problem zniknął − wspomina tata. W przypadku chłopców trzeba było natomiast rozwiązać kwestię przestrzeni do zabawy. Franciszek bowiem, który jest bardzo poukładany, nie lubi bałaganu na podłodze. Pokój dzieli zaś z małym Beniem rozsypującym wokół siebie zabawki. Po rozmowie postanowiono więc podzielić podłogę „rzeką” z folii samoprzylepnej, tworząc dla każdego z nich oddzielne miejsce do zabawy.
 
To żaden wyczyn
Kiedy starsze dzieci są w szkole, Benio ma mamę tylko dla siebie. Codziennie bawią się razem klockami, co sprawia obojgu wielką przyjemność. Ewelina bowiem uwielbia zabawki. − Mój dziadek był marynarzem, a tato często jeździł za granicę do pracy i obaj przywozili mi najróżniejsze prezenty. Chyba nie wyrosłam z tej pasji odkrywania ciągle nowych zabawek bo w wolnych chwilach oglądam je w internecie i sprawia mi to ogromną frajdę – opowiada. Dzięki swojej artystycznej naturze sama też szyje na maszynie szmaciane zabawki. − Może to jakiś pomysł na życie zawodowe? – zastanawia się głośno. Na razie, jako niezwykle energiczna osoba, stara się w twórczy sposób podchodzić do codziennych domowych obowiązków. − Bardzo lubię gotować, a mój mąż uważa, że dobrze mi to wychodzi. Potrzebuję jednak wyzwań, więc ciągle przygotowuję nowe potrawy − tłumaczy. Do tych prac stara się też włączać dzieci, występując wówczas, jak zauważa z uśmiechem, w charakterze podkuchennego. Na Boże Narodzenie na przykład upiekli razem piernikową szopkę, którą dzieci z wielkim zaangażowaniem ozdobiły kolorowym lukrem.
Wątek kulinarny jest zresztą z życiu Eweliny i Tomka bardzo ważny, poznali się bowiem w stołówce studenckiej. Oboje studiowali angielski, a pobrali się gdy Tomek, który jest starszy, skończył studia. Zamieszkali wówczas w bloku w Koninie, dość szybko jednak udało im się wybudować we Wrześni własny dom. Mogli sobie na to pozwolić, bowiem Tomek prowadzi w tym mieście z tatą i dwoma wspólnikami rodzinną firmę zajmującą się automatyką do sterowania ogrzewaniem. − Miło mi, gdy ktoś mówi, że nas podziwia, bo dajemy sobie radę z czworgiem dzieci. Ale uczciwie muszę przyznać, że gdy tak jak w naszym przypadku ma się dobrą sytuację finansową, posiadanie wielodzietnej rodziny nie jest jakimś wielkim wyczynem – podsumowuje Tomek.
 

 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 3/2012