Szacunek dla odważnych

Dawno nie przeżyłem tylu radosnych uniesień, co 15 marca w węgierskiej stolicy. Myślę, że podobne odczucia żywiło kilka tysięcy Polaków, którzy tego dnia manifestowali w Budapeszcie wraz z Węgrami poparcie dla polityki wartości premiera Viktora Orbana.
Czyta się kilka minut

Dawno nie przeżyłem tylu radosnych uniesień, co 15 marca w węgierskiej stolicy. Myślę, że podobne odczucia żywiło kilka tysięcy Polaków, którzy tego dnia manifestowali w Budapeszcie wraz z Węgrami poparcie dla „polityki wartości” premiera Viktora Orbana.

Ideę „wielkiego wyjazdu Polaków na Węgry” w dniu święta narodowego naszych bratanków rzuciła „Gazeta Polska”.  Rezultat tej spontanicznej inicjatywy przerósł chyba najśmielsze oczekiwania jej pomysłodawców. Oprócz 700-osobowej zorganizowanej grupy, która przybyła do Budapesztu specjalnym pociągiem z Warszawy, w naddunajskiej stolicy zjawiło się jeszcze kilka tysięcy Polaków. Wyposażeni w setki biało-czerwonych flag i całą moc transparentów stworzyli wraz węgierskimi gospodarzami niezapomnianą atmosferę. Budapeszt w tym dniu pełen był niewymuszonych gestów przyjaźni, jakiejś  radosnej energii… Wszystko to razem, bardzo naturalnie wpisywało się nastrój budzącej się wiosny.

Pociąg przyjaźni

Dziennikarz którejś z naszych gazet zgryźliwe skomentował, że opisy podróży pociągu z Warszawy do Budapesztu zamieszczone na portalu niezależna.pl żywcem przypominają reportaże z tzw. polsko-radzieckich „pociągów przyjaźni”, taśmowo publikowane w peerelowskiej prasie. Abstrahując od całego cynizmu, który tkwi w tym porównaniu:  nic bardziej błędnego! Rozmawiając i przysłuchując się rozmowom uczestników „wielkiego wyjazdu Polaków na Węgry”, mogę powiedzieć jedno, zdecydowana większość tych ludzi wybrała się do Budapesztu z odruchu serca. Tak jak moi współtowarzysze podróży: Ania, nauczycielka ze Zduńskiej Woli, Stefan, kierowca z Warszawy, Antoni, przedsiębiorca z Zamojszczyzny, czy ci kibice siedzący dwa przedziały dalej, którzy przez całą noc podśpiewywali ułańskie piosenki. Pociąg po wyjeździe z Warszawy przystawał jeszcze w Kielcach, Krakowie, gdzie dosiadła się cała kompania nowych uczestników, i w Nowym Sączu. Na tym ostatnim dworcu rozczulający obrazek. Wraz z oczekującymi na peronie (choć było grubo po północy) stoją dwie siostrzyczki zakonne z koszami własnoręcznie wypieczonych bezów. Próbowałem – palce lizać! Mijają kolejne godziny podróży. Rozmawiamy o Polsce, polityce, Orbanie. Kto może, próbuje spać. Wstaje rześki poranek. Około 7 rano nasz pociąg przybywa na Dworzec Nyugati w Budapeszcie.

Serdeczne powitanie

Jeszcze nieco rozespani gramolimy się z wagonów na peron. Powoli formujemy jakiś szyk. Pierwsi „witają nas” trzej przedstawiciele węgierskiej młodzieżówki socjalistycznej, którzy próbują wciskać wychodzącym z pociągu ulotki w języku polskim, szkalujące rządy Orbana. Agitacja bierze w łeb. Socjalistyczne ulotki lądują w koszach na śmieci. Na placu przed dworcem czekają na nas autokary przygotowane przez węgierskich współorganizatorów. Jedziemy do siedziby budapeszteńskiego muzeum. Właśnie na jego schodach, 15 marca 1848 r., poeta Sandor Petőfi  ogłosił manifest, który dał początek narodowemu węgierskiemu powstaniu. Teraz Polaków i przybyłą wraz z nami grupę Litwinów wita István Tarlós, burmistrz Budapesztu i wielki przyjaciel naszego kraju. To właśnie on kilka lat temu doprowadził do powstania w węgierskiej stolicy pomnika zbrodni katyńskiej. Z naszej strony przemówił Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”. Padają słowa o dziedzictwie polsko-węgierskiej przyjaźni, znaczonej postacią świętej królowej Jadwigi, o antyhabsburskim powstaniu 1848 r., w którym tak dzielnie zapisał się ochotniczy polski legion, oraz o węgierskiej pomocy dla zaatakowanej przez bolszewików Polski w 1920 r. i przyjęciu przez Węgry tysięcy polskich żołnierzy zmiażdżonych wrześniową klęską w roku 1939, wreszcie masowym oddawaniu krwi przez Polaków dla walczących z sowieckimi najeźdźcami węgierskich powstańców w październiku 1956 r. Mottem tegorocznych obchodów święta narodowego Węgier były słowa: „Szacunek dla odważnych”. Słuchając przemówień przez budapeszteńskim muzeum, trudno było się oprzeć refleksji, że trafnie charakteryzują one historię naszych narodów.

W gościnie u kalwinów

Po uroczystości kierujemy się na miejsce naszego zakwaterowania w Budapeszcie. Nasza kilkudziesięcioosobowa grupa trafiła do domu prowadzonego przez gminę kalwińską na obrzeżach stolicy. Zarządzają nim Węgrzy z Siedmiogrodu, ale wita nas starsza pani posługująca się tylko nieco dziwaczną polszczyzną. Mówi, że języka polskiego nauczyła się dzięki swojemu mężowi, który był na zesłaniu z Polakami w sowieckim łagrze w Workucie. Miejsce, gdzie trafiliśmy, to coś w rodzaju ośrodka rekolekcyjnego. Pokoje skromne, ale czyste i schludne. Na drewnianych domkach biało-czerwone flagi. Wokół jeszcze bezlistne drzewka owocowe. Po krótkim odpoczynku przemieszczamy się znów do centrum Budapesztu, żeby wziąć udział w głównych obchodach święta narodowego Węgier.

Wzruszający przemarsz

Główny punkt programu – nasz przemarsz  mostem przez Dunaj, przez centrum Budapesztu na plac przed parlamentem, gdzie zaplanowano centralne uroczystości państwowe. Dopiero czekając na rozpoczęcie marszu, przekonuję się, jak wielu rodaków przybyło do węgierskiej stolicy. Z całą pewnością jest nas kilka tysięcy. Z zamkowego wzgórza zjeżdża szwadron  strojnych węgierskich huzarów. To forpoczta naszego pochodu. Ruszamy za nimi w rytmie bębnów wybijanych przez orkiestrę doboszów. Idziemy wśród szpalerów Węgrów. Wielu bije brawo, słychać okrzyki „Niech żyje Polska!”, słychać „dziękujemy”, widać, że niektórzy płaczą. Idziemy dalej wśród tych wiwatów, z coraz mocniej ściśniętymi gardłami. Nie spodziewałem się tak serdecznego przyjęcia. Polski pochód to prawdziwa biało-czerwona mozaika. Widać transparenty „Klubów Gazety Polskiej”, PiS, ktoś niesie figurę Matki Bożej Fatimskiej, w charakterystycznych płaszczach maszerują zwolennicy ustanowienia Chrystusa Królem Polski, idą setki młodych i starszych ludzi chyba ze wszystkich zakątków kraju. Po kilkudziesięciu minutach nasz radosny pochód dociera na wypełniony kilkudziesięcioma tysiącami ludzi plac przed węgierskim parlamentem. Tu wita nas prawdziwa feeria braw i przyjaznych okrzyków.

Charyzmatyczny Orban

Uroczystość przed parlamentem rozpoczęła się od hymnu i artystycznych występów. Węgierscy uczestnicy ochoczą śpiewają piosenki wykonywane przez artystów na estradzie. Robią to entuzjazmem i przejęciem. Na scenę wchodzi wielka grupa młodych ludzi. Tworzą jednocześnie najbliższe audytorium i żywe tło dla rozpoczynającego przemówienie Viktora Orbana. Ludzie na placu witają go entuzjastycznie, słychać okrzyki „Viktor, Viktor”. Widać, że Orban panuje nad zgromadzeniem. Wyczuwa się, że bije od niego potężna charyzma. Wszyscy żywo i bardzo przyjaźnie reagują na słowa premiera, biją brawo, pokrzykują, śmieją się. W swoim przemówieniu przed parlamentem  Orban mówił m.in.:  „Sensem walki o wolność nie jest walka sama w sobie, lecz to, co po niej ma nadejść. Nie wystarczy złego wyrzucić, trzeba go przezwyciężyć. Ale nie wystarczy przezwyciężyć, trzeba też stworzyć dobro, tak by zły nie miał dokąd powrócić. (…) Moi świętujący Przyjaciele, my jeszcze pamiętamy o nauce, która mówi, że prawda czyni wolnym. Ojczyzna nasza potrzebuje gospodarczego sukcesu, lepszego systemu edukacji, służby zdrowia i wyższych pensji. Lecz najbardziej potrzebuje ona prawdy, gdyż zbyt wiele kłamano jej i o niej. Owocami kłamstwa są niezgoda, nienawiść i oszustwo, dlatego właśnie nie możemy też okłamywać samych siebie”. Olbrzymi aplauz zgromadzonych    wywołały też  słowa które Orban wypowiedział po polsku i po węgiersku: „Niech Bóg błogosławi Polskę! Za wolność naszą i waszą! To było zawołanie Polskiego Legionu, które i dziś uznajemy za aktualne. Z nami jest również wiele dziesiątków milionów w ciszy cierpliwej, ukrytej Europy, która żywi przywiązanie do narodowej suwerenności i wciąż wierzy w chrześcijańskie cnoty, które kiedyś wynosiły nasz kontynent na szczyty światowe, wierzy w odwagę/ męstwo, w uczciwość, w wierność i w miłosierdzie”. Premiera pożegnano owacyjnie.  Owacje dla Polaków ciągnęły się jeszcze długo. Co rusz ktoś z przechodniów okazywał nam dowody życzliwości.

 

Bratnie dusze

Nie inaczej było wieczorem u naszych gospodarzy kalwinów. Rodzina pastora kierującego wspólnotą podjęła nas (było nie było kilkadziesiąt dusz) w świetlicy domowym winem i pysznym ciastem własnego wypieku. Kiedy następnego dnia wyjeżdżaliśmy z Budapesztu, na dworcu żegnały nas dziesiątki Węgrów. I jak tu nie podpisać się oburącz pod znanym rymem „Polak z Węgrem dwa bratanki i do szabli, i do szklanki. Obaj żywi, obaj żwawi. Niech im Pan Bóg błogosławi”. I po tym wyjeździe widzę, że nie jest to tylko przysłowie. Łączy nas wspólnota myśli, wrażliwości, mentalności, a to bardzo dużo. Tylko z tego korzystać.

Szczególne podziękowanie dla franciszkanina, br. Pawła Cebuli za pomoc w zorganizowaniu wyjazdu.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 12/2012