Logo Przewdonik Katolicki

Polenaktion Zbąszyń

Adam Suwart
Fot.

Zaledwie w ciągu kilkunastu godzin, pomiędzy28 a29 października 1938 r., ludność Zbąszynia, wówczas kresowego miasteczka na zachodzie II Rzeczypospolitej, zwiększyła się o 9300 osób. Dla znacznie mniejszej do tego czasu liczby zbąszynian rozpoczął się niełatwy egzamin z człowieczeństwa.

Zaledwie w ciągu kilkunastu godzin, pomiędzy 28 a 29 października 1938 r., ludność Zbąszynia, wówczas kresowego miasteczka na zachodzie II Rzeczypospolitej, zwiększyła się o 9 300 osób. Dla znacznie mniejszej do tego czasu liczby zbąszynian rozpoczął się niełatwy egzamin z człowieczeństwa.

 

Gdy 28 października 1938 r. rutynowy patrol polskiej policji odbywał swój dyżur nieopodal nadgranicznego miasteczka II Rzeczypospolitej, Zbąszynia, kilometr od granicy z III Rzeszą napotkał na grupę 654 wylęknionych ludzi. Szybko okazało się, że tajemniczy uciekinierzy przeszli krótko wcześniej na terytorium polskie przez „zieloną granicę” z ogarniętych już rasistowską i antysemicką obsesją hitlerowskich Niemiec. Przeszli, a właściwie zostali przepędzeni przez władze Niemiec, gdzie wcześniej żyli.

Chociaż ludzie byli zmarznięci, wystraszeni, objuczeni walizami i pakunkami, to jednak komendant komisariatu policji zobowiązany był zgodnie z procedurami cofnąć tę masę ludzką nad granicę. Tam ponad sześciuset ludzi otoczonych zostało kordonem i przez następne godziny oczekiwało na decyzję władz polskich w sprawie ich losów.

W tych dniach władze III Rzeszy niemieckiej, naruszając wszelkie normy obowiązujące w relacjach międzynarodowych, deportowały na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej w ramach działań pod kryptonimem „Polenaktion” łącznie ponad 17 tys. obywateli polskich, zamieszkujących wcześniej z różnych względów – często od urodzenia – państwo niemieckie. W myśl rasistowskich przepisów niemieckich ci obywatele polscy uznani zostali bowiem za Żydów. Spośród ok. 17 tys. ludzi wydalonych na terytorium polskie z Niemiec aż 9 300 osób trafiło do niewielkiego, nadgranicznego Zbąszynia.

 

Zaskoczenie polskich władz 

Niemająca precedensu w stosunkach dyplomatycznych i zaskakująca swoją masowością akcja deportacyjna zaskoczyła władze rządowe II Rzeczypospolitej. Mimo że od 1933 r., z każdym kolejnym rokiem umacniania się hitleryzmu w Niemczech, w Warszawie brano pod uwagę różne „zagrożenia” deportacyjne, ostatecznie nikt w rządzie Felicjana Sławoja Składkowskiego nie spodziewał się takiej akcji. Jak pisze badacz tego zagadnienia, prof. Jerzy Tomaszewski z Żydowskiego Instytutu Historycznego, „zaskoczenie władz polskich można tłumaczyć chyba tylko tym, że nie doceniły antysemityzmu w Niemczech oraz brutalności hitlerowców”.

Analiza polityki polskiego rządu w II poł. lat 30. XX w. dostarcza dowodów na fakt, że władze II Rzeczypospolitej spodziewały się, iż obywatele polscy mieszkający w Niemczech, w tym przede wszystkim Żydzi polscy lub osoby, które według niemieckich kryteriów rasistowskich były Żydami, zostaną wyrzucone do Polski. Już w 1936 r. w Ministerstwie Spraw Zagranicznych II Rzeczypospolitej powstał projekt, by obywatele polscy, którzy od dłuższego czasu przebywają poza krajem i „utracili więź z państwowością polską”, mogli być prawnie pozbawieni obywatelstwa, a tym samym z czasem – jak się miało okazać całkiem nieodległym – uniemożliwiono by tym osobom dobrowolny przyjazd do Polski lub deportację ich na terytorium Rzeczypospolitej. Te uprzedzające działania władz państwowych II RP motywowane były przede wszystkim względami ekonomicznymi, gdyż w czasach szalejącego kryzysu władze obawiały się zwiększenia szeregów biedoty przez napływ przymusowych uchodźców zza granicy – przede wszystkim z Niemiec. Niemieckie władze bowiem ograbiały deportowaną ludność z majątku. Rodziny, które pod koniec października 1938 r. wyrzucone zostały z Niemiec pod Zbąszyń, mogły ze sobą wziąć jedynie 10 marek, co wystarczało wówczas na bardzo skromne utrzymanie niewielkiej rodziny przez tydzień.

Ostatecznie władze polskie przyjęły 1 kwietnia 1938 r. ustawę o pozbawieniu obywatelstwa. Na podstawie jej przepisów obywatele polscy mieszkający za granicą zostali zobowiązani do składania wizyt konsulom polskim, którzy przedłużali ważność paszportów bądź „zatrzymywali paszporty” tych obywateli polskich, którzy według poufnych instrukcji podpadali pod przepisy ustawy o pozbawieniu obywatelstwa. Jednak procedura pozbawiania obywatelstwa była na tyle rozwlekła i długotrwała, że władze polskie nie zdążyły jej właściwie sprawnie przeprowadzić. Wyprzedziły je za to władze Niemiec, które uruchomiły liczne pociągi specjalne, zmierzające w dniach 27 i 28 października 1938 r. z tysiącami polskich Żydów z zachodnich i środkowych Niemiec w kierunku granicy z Polską. Ponad 9 tys. z nich trafiło w nocy z 28 na 29 października do Zbąszynia. Tak zaczął się tamten wyjątkowy, choć czasowo krótki okres w dziejach tego miasteczka.

 

Zdali egzamin

Wobec początkowego milczenia władz centralnych cały ciężar odpowiedzialności za sytuację polskich Żydów spoczął na władzach lokalnych i mieszkańcach Zbąszynia. Wprawdzie władze w Warszawie wydały 29 października w południe zgodę na wjazd wygnańców na polskie terytorium, to jednak faktycznie już tam oni przebywali.

Miejscowa policja i starosta ulokowali deportowanych obywateli polskich w koszarach. Wezwano także kupców ze Zbąszynia do przybycia na miejsce koncentracji deportowanej ludności z artykułami spożywczymi, które polscy Żydzi mogliby nabyć. Zachęcano też zbąszynian, by spieszyć przybyłej ludności z możliwą pomocą, choćby poprzez podawanie ciepłej wody do picia czy herbaty lub kawy. Bernard Skórzewski, właściciel folwarków w okolicy Zbąszynia, dostarczył 29 października wieczorem oraz następnego dnia 350 litrów zupy. Na zarządzenie starosty nowotomyskiego dwie kobiety – Skalska i Janiszewska – dostarczyły dla deportowanych Żydów polskich koczujących w Zbąszyniu 200 bochenków chleba. Żydowscy działacze warszawskiego Jointu, w tym zasłużony później, w czasie wojny dla konspiracyjnego archiwum w getcie żydowskim Emanuel Ringelblum, dostarczyli też w tych dniach do Zbąszynia chleb i masło. Do 31 października ze Zbąszynia w głąb kraju zdołało wyjechać blisko 2 tys. osób. Byli to ci spośród ponad 9 tys. deportowanych Żydów, którzy mieli w Polsce rodziny lub znajomych, skłonnych do utrzymania ich. Gdy 31 października 1938 r. na drogach wyjazdowych ze Zbąszynia ustawione zostały posterunki policyjne, wygnańcom zakazano opuszczać miasto. Ich duże skupisko i sama obecność w nadgranicznym Zbąszyniu miały być w zamyśle władz polskich nieustannym memento i wyrzutem sumienia wobec III Rzeszy niemieckiej, która ludzi tych wygnała z miejsc ich zamieszkania i pozbawiła dorobku całego życia, a niekiedy i kilku pokoleń.

Przez kilka miesięcy, do wybuchu II wojny światowej, w Zbąszyniu toczyło się życie wygnańców. Trudno nazwać je normalnym. Jednak przedwojenni mieszkańcy Zbąszynia zdali egzamin. Jak napisał w grudniu 1938 r. wspomniany już Ringelblum: „W ciągu owych pięciu tygodni założyliśmy całe miasteczko, z działami zaopatrzenia, usługami ciesielskimi, krawieckimi, szewskimi, fryzjerskimi, wydziałem porad prawnych, biurem emigracji i własną pocztą”. W Zbąszyniu zaczęła działać biblioteka dla wygnańców, kursy zawodowe i językowe, odczyty, a także koncerty, przedstawienia i nawet odbył się mecz piłki nożnej pomiędzy reprezentacją wygnańców a zbąszynian. Zbąszynianie stanęli na wysokości zadania. Przyjęli przymusowo deportowanych Żydów polskich, udzielali im pomocy, schronienia, traktowali ich jako mile widzianych gości. Prof. Tomaszewski napisał: „Mam poważne wątpliwości co do rozsądku i zwykłej przyzwoitości postępowania polskich władz w 1938 r. wobec Żydów obywateli polskich w Niemczech (…) Natomiast jestem przekonany, że obywatele Zbąszynia ratowali wówczas honor Polaków, a zarazem znaleźli jedyną przyzwoitą drogę postępowania w sytuacji wówczas niezwykłej”.

 

Cytaty pochodzą z artykułu prof. Jerzego Tomaszewskiego Przystanek Zbąszyń, zawartego w albumie pod redakcją Izabeli Skórzyńskiej i Wojciecha Olejniczaka Do zobaczenia za rok w Jerozolimie.

 


 

Do zobaczenia za rok w Jerozolimie. Deportacje polskich Żydów w 1938 r. z Niemiec do Zbąszynia to album dokumentalny, a jednocześnie projekt społeczno-medialny, który zrealizowała Fundacja TRES pod redakcją Izabeli Skórzyńskiej i Wojciecha Olejniczaka. W znakomicie opracowanej edytorsko publikacji wydanej w albumowym formacie, po raz pierwszy możemy przeczytać tak obszernie udokumentowaną historię wygnania z Niemiec do Zbąszynia obywateli polskich pochodzenia żydowskiego. Książka składa się z trzech zasadniczych modułów. W rozdziale „Historia” czytamy przystępne artykuły naukowe dotyczące zarówno dziejów Żydów w Zbąszyniu od czasów średniowiecza, jak i historii samej deportacji z października 1938 r. Autorami tych tekstów są tacy znawcy przedmiotu, jak m.in. Rafał Witkowski czy Jerzy Tomaszewski. W drugim rozdziale, „Dokumenty”, zawarto przejmujące relacje, będące świadectwami trojga wygnańców: Ottilie Rimpel, Williego Najmana i Georga Hastingsa. Misterna narracja, pisana dramatycznymi przeżyciami, pośród których znalazło się miejsce na przyjaźń polsko-żydowską to uderzające świadectwo tamtych czasów. Wreszcie w rozdziale „Upamiętnienie” znalazły się opisy projektów, które odtworzyły zbąszyńską historię z 1938 r. i dały jej artystyczny wyraz. Jest tam m.in. wzruszająca historia Lotte Frenkel, jednej z deportowanych, i towarzyszącej jej chusteczki. Lotte przebywała w Zbąszyniu, a na chusteczce złożyli jej podpisy i dedykacje członkowie polskiej organizacji pomocowej. Lotte przeżyła wojnę, bowiem wyjechała przed jej wybuchem do Anglii. Zbąszyńska chusteczka towarzyszyła jej do końca życia. Rodzice Lotte, którzy nie zdołali wyjechać ze Zbąszynia, trafili w czasie wojny do założonego przez Niemców w Łodzi getta dla Żydów, a matka zginęła w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz.

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki