Logo Przewdonik Katolicki

Światło pierwotnego Kościoła

Weronika Stachura
Fot.

O kryzysie między przyjaciółmi czy w małżeństwie wcale nie świadczy rozbieżność zdań czy niemożliwa do pokonania niezgodność charakterów. Początkiem końca każdej relacji jest obojętność. Podobnie jest Kościołem.

 

Prawdziwa troska o siebie nawzajem, autentyczne zainteresowanie sprawami drugiej osoby, gotowość do współuczestniczenia w trudach codzienności to niejako spoiwa scalające wspólnotę. Tak bowiem, jak długo żywo reagujemy na potrzeby naszego małżonka czy przyjaciela, tak długo czujemy się z nim związani. Podobnie dzieje się z naszą wiarą, a co za tym idzie, i z naszą relacją do Kościoła.

 

Szybko i bez problemów

Jednym z najpowszechniejszych grzechów współczesnych katolików jest właśnie bezrefleksyjna wiara, zawężana jedynie do wypełnienia kilku przykazów w roku. Wśród „ulubionych” są uczestnictwo w Pasterce i pójście z koszykiem wielkanocnym na święconkę. Można przypuszczać, że problem Polaków nazywających siebie wierzącymi, ale nie praktykujących, tkwi właśnie w zmianie traktowania Kościoła, w traktowaniu go tylko jako instytucji. Gwałtowanie zmieniające się warunki życia wygenerowały nowe obyczaje i nowe wartości, te zaś pociągają za sobą także przemiany na gruncie religii. Formacja wiary ustąpiła miejsca nie zawsze świadomemu przywiązaniu do zewnętrznych form kultu. Tak rozumiane praktykowanie wiary ma jednak więcej wspólnego z tradycją aniżeli z religią wypełniającą każdą przestrzeń życia człowieka. Nie tylko jego duchowość, ale i unaoczniającą się także w tym, co tworzy, dzięki swojej pracy i tym, co buduje w społeczeństwie, wchodząc w relacje z drugim człowiekiem.

Coraz częściej Kościół jawi się jako instytucja świadcząca pewien wachlarz usług. To śmiałe skądinąd stwierdzenie koresponduje z naszymi oczekiwaniami wobec osób w nim posługujących. Jeśli już życiowa sytuacja zmusza nas do wizyty w parafialnej kancelarii, to ostatnią osobą, z którą chcemy się spotkać, jest duszpasterz, bowiem istnieje realne niebezpieczeństwo, że rozpocząłby niewygodą dla nas rozmowę. „Wypytywania” boimy się bowiem najbardziej. Jeszcze usłyszelibyśmy kilka słów za dużo. Liczymy więc, że ksiądz przyjmie postawę urzędnika, a najlepiej, by szybko i bez zbędnych problemów wydał nam aktualnie potrzebny nam dokument do chrztu, ślubu czy pogrzebu.

 

Wrócić do Tradycji

Świadomy realnego zagrożenia sprowadzenia go do roli punktu usługowego, Kościół sięga po narzędzia i język adekwatny do aktualnych mu czasów. Żywa wiara rodzi się  przede wszystkim z autentycznego spotkania z żywym Chrystusem. Dzięki temu religia może stać się na tyle fascynująca, by bez żalu i radykalnie zrezygnować dla niej z dotychczasowego stylu życia.

Jednym z najczęściej wymienianych powodów trudności w wierze jest porównywanie współczesności z pierwszymi wiekami chrześcijaństwa. Paradoksalnie jednak opinie, jakoby wtedy łatwiej było wierzyć, można przekuć w jeszcze jeden drogowskaz na drodze naszego duchowego wzrostu. Wspomina o tym Yves Congar OP w Prawdziwej i fałszywej reformie w Kościele: „Prawdziwa reforma polega na wracaniu do zasad katolicyzmu, do Tradycji. Trzeba przede wszystkim wciąż na nowo badać całe bogactwo Kościoła począwszy od Pisma Świętego, zwyczajów pierwotnego chrześcijaństwa, przez ojców Kościoła, mistrzów życia duchowego i historii liturgii, aż po zwyczaje i życie współczesnego Kościoła. Powrót do zasad Tradycji oznacza, że zachowując szacunek wobec tego, co w chrześcijaństwie niezmienne i zawsze aktualne, oraz tego, co zmienne i przejściowe, teraźniejszość zostaje na nowo przemyślana w kontekście Ewangelii”. Wystarczy więc wrócić do źródeł.

 

Potrzebna hierarchia

Często pojawiającym się argumentem przeciwko Kościołowi jest jego hierarchiczność, jednak o czym wspominają Dzieje i Listy Apostolskie, władza zwierzchnia istniała od samego początku, odkąd Chrystus udzielił jej apostołom. Dziś o sposobie spełniania tej posługi przez apostołów i ustanowionych przez nich zastępców wiemy niewiele. Religijne życie w czasach uczniów Jezusa opierało się w głównej mierze na przykazaniu miłości, to zaś zastępowało konieczność formułowania konkretnych zasad. Potrzeba podkreślenia istoty społeczności chrześcijańskiej, a więc „ustawicznie żyjącego urzędu”, a także wydawanych przez niego poleceń i zarządzeń pojawiły się, gdy wspólnota chrześcijan zaczęła się rozrastać. Powyższe źródła wspominają o urzędzie wykonywanym przez biskupów (episcopi). Nazwa ta odnosiła się do kierowników gmin chrześcijańskich. Władza nad każdą wspólnotą nie spoczywała jedynie w ich rękach. Dzielili ją z drugą grupą mężów zwanych diaconi – diakonami. Zgodnie z zaproponowanym przez św. Klemensa I Rzymskiego rozumieniem hierarchii kościelnej, biskup powoływał prezbiterów-kapłanów oraz diakonów i przekazywał im władzę. Do III wieku to on zapewniał Kościołowi jedność i był głównym szafarzem sakramentów.

Przekazy źródłowe pochodzące z Egiptu informują, że od początku IV w. zaczyna wzrastać znaczenie kapłanów, którzy działają samodzielnie, budując wspólnoty chrześcijańskie na wsi. Istotną rolę sprawowali również diakoni, którzy pomagali biskupowi w celebracji Eucharystii czy prowadzili działalność charytatywną.

Drugim, istotnym czynnikiem budującym hierarchiczność Kościoła pierwszych chrześcijan był urząd Piotrowy. Pierwszorzędna rola Kościoła rzymskiego, scalająca cały Kościół, na Wschodzie i na Zachodzie opierała się na wyborze dokonanym przez Jezusa. Chrystus wyraźnie wskazał na Piotra i  prosił, „by nie ustała wiara jego” (Łk 22, 37). Z upływem dziejów do wspólnoty Kościoła przyjmowano nowych członków, nie zmieniało to jednak jego istoty. Wszystkie jego elementy są więc tożsame z tymi, które ustanowił Chrystus.

 

Nowy Izrael

Jak to możliwe, że za sprawą garstki gorliwie wierzących, rybaków i rzemieślników, religia chrześcijańska dotarła aż na krańce świata? By to zrozumieć, trzeba poznać istotę wspólnoty Kościoła pierwotnego. Jedną z jej podstawowych cech była żywa łączność między zakładanymi wspólnotami. Żadna z gmin chrześcijańskich pierwszych wieków nie izolowała się od pozostałych społeczności. Przeciwnie, tworząc „nowy lud Boży”, „nowy Izrael”, żyły jednym, wspólnym życiem.

Pierwsza gmina powstała w Jerozolimie. W centrum jej działalności była opieka nad chorymi i wdowami. Z opisu zawartego w Dziejach Apostolskich wiemy, że: „codziennie trwali jednomyślnie w świątyni, (...) łamiąc chleb po domach” (Dz 2, 46 ). Pierwsi chrześcijanie gromadzili się na nocnych spotkaniach poświęconych modlitwie czy liturgii nie dlatego, że chcieli pozostać w ukryciu, ale  by być w tym czasie razem, być jednością, a nadto, by wspólnie oczekiwać, jak sądzono właśnie o tej porze, powtórnego przyjścia Pana.

Początkowo pierwszych chrześcijan nazywano latebrosa et lucifuga natio – ludźmi mrocznymi i uciekającymi przed światłem. Przeświadczeni, że zostali powołani do światła, nocą oczekiwali, jak napisał św. Cyprian Kartagińczyk: „by światło znów wzeszło nad nimi”, by dzięki ich posłudze światło Chrystusa zajaśniało dla innych.

Czy dzisiaj można o nas, współczesnych wiernych Kościoła, powiedzieć, tak jak chciał Chrystus, że jesteśmy światłością świata? Minęło dwadzieścia jeden wieków i chyba zapomnieliśmy już, jaki był klimat pierwotnego chrześcijaństwa. Życie Kościoła pierwszych gmin rozwijało się w warunkach nader wyjątkowych, by nie powiedzieć dramatycznych. Prześladowania, konfiskaty mienia, aresztowania, a w końcu i wyroki śmierci realnie zagrażały przetrwaniu religii chrześcijańskiej. Z niewielkiej grupy pierwszych chrześcijan początkowo spotykających się jedynie w domach prywatnych wyrósł jednak Kościół, który dla świata stał się „wyspą wolności”, jak określił go ks. Janusz Pasierb. Antidotum na zgubną dla wiary obojętność jest siła, jaką pierwsi chrześcijanie czerpali z życia w jedności i z żywym, obecnym w Eucharystii Chrystusem.

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki