Logo Przewdonik Katolicki

Święta, wołki i klasztorne lulanki

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Z Jackiem Kowalskim, historykiem sztuki, poetą i bardem rozmawia Łukasz Kaźmierczak

 
Jak czuje się miłośnik staropolskiej tradycji i Sarmata z ducha w czasach, kiedy święta Bożego Narodzenia zaczynają być nazywane „świętami końca roku”?
– Przyznam, że u nas jeszcze się z takim określeniem nie spotkałem. Mam wrażenie, że nadal obchodzimy Boże Narodzenie, a nie jakieś święta końca roku. Dookoła nawet znajomi ateiści mówią o Wigilii. Zatem tradycja żyje, nawet jeśli gdzieś tam może zamiera wiara. No ale rzeczywiście, coraz częściej wiara bywa redukowana do tradycji: Boże Narodzenie owszem, ale takie „Boże Narodzenie” wzięte w cudzysłów.
 
Wierzy Pan w istnienie „polskiej tradycji bożonarodzeniowej”?
– Oczywiście, wiele rzeczy można pod nią podciągnąć – opłatek, choinkę, kolędy, Pasterkę – to nasze. Nawet jeśli choinka i nie tylko ona przyszła skądinąd. A weźmy choćby opłatek – niezwykły zwyczaj, na Zachodzie nieznany. Pamiętam opowieść mojego przyjaciela, który przyjmował kiedyś przy wigilijnym stole Holendrów. Przełamał się z nimi opłatkiem, a oni prawie się przy tym popłakali. To było dla nich coś jakby przełamanie jakiegoś tabu. Tego areligijnego, oczywiście.
 
Świetnie wychodzi nam udoskonalanie tych obcych zwyczajów. A polszczyzna wydaje się wręcz stworzona do śpiewania kolęd.
- Kolędy, które śpiewamy, te polskie, są – proszę sobie wyobrazić! – często niesłychanie stare. Gdybyśmy zaczęli liczyć, to by się okazało, że połowa pochodzi sprzed roku 1800. Często nie zdajemy sobie sprawy, że śpiewamy kolędę na przykład z XVII w. A choćby i Polacy w czasie śpiewania kolęd mało myśleli, słowa w nas zapadają. Tym sposobem, chcemy czy nie chcemy, trwa w nas Sarmacja.
 
Kolędy, owszem, ale kolędowanie to już raczej niekoniecznie…
– To prawda, w polskich domach dominuje, zdaje się, bierne odsłuchiwanie. Płyty CD, radio, internet, mp3. A powinniśmy śpiewać sami. Tak jest naturalniej. A ponadto jest jeszcze jeden ważny powód: wypadałoby włączać się głośno – czyli właśnie głosem – w przekazywanie Radosnej Nowiny. Nie jestem tu oryginalny, bo ten postulat głosi wiele osób i wiele go wykonuje, acz jednocześnie słyszę zewsząd, że „to takie oryginalne, bo tak mało ludzi to robi”…
 
Paradoks?
– Paradoks, ale pozorny. Rodzinne kolędowanie zanika wśród tych, którzy chcą i potrafią korzystać tylko z tego, co najnowsze i najmodniejsze. Ale co właściwie jest modne i najnowsze? Moda na kolędy właśnie rozkwita niszowo… A kultura niszowa to może najważniejsze z dzisiaj obserwowanych zjawisk… Jak czegoś nie widać w dzisiejszym mainstreamowym światku, to nie znaczy, że nie jest to na topie.
 
Dla mnie to dowód na to, jaką niesamowitą żywotność mają kolędy.  
– Tak, rzecz niezwykła. Bywały już zapominane, potem przypominane i tak dookoła… Wiele kolęd, często dziś bardzo znanych, było przez wiele lat zupełnie nieobecnych i dopiero 100, 150 lat temu zostały przywrócone polskiej tradycji. Przetrwały dzięki zbieraczom, nauczycielom, księżom prowadzącym chóry i wydającym śpiewniki. Właśnie w XIX w. wielką wagę zaczęto przykładać do odszukiwania, drukowania i propagowania dawnych pastorałek, kolęd, w ogóle dawnych pieśni. Kiedy dziś spoglądamy na tamte XIX-wieczne śpiewniki, znajdujemy w nich po kilkaset kolęd. A dziś mamy ich w popularnym obiegu tylko kilkadziesiąt. Ale dobre i to.
 
Istnieje w ogóle coś takiego jak typologia kolęd?
– Owszem, owszem. Ale odejdźmy od naukowych terminów, powiedzmy o tym, co miłe. A miłe jest, że wciąż śpiewamy Anioł pasterzom mówił – pierwszy znany zapis tej kolędy powstał w połowie XVI w., a przechowywany jest w Bibliotece Kórnickiej. To wprawdzie tylko tłumaczenie starej kolędy łacińskiej, ale jak widać,  Anioł… wciąż utrzymuje się na liście naszych narodowych bestsellerów. Natomiast jakiś czas później pojawiły się pastorałki o zupełnie rodzimym stylu. Pierwszy taki zestaw arcypolskich kolęd nazywał się Symfonie Anielskie. Wydał go, a pewnie i napisał, niejaki Jan Żabczyc w roku 1630. Jego piosneczki (tak, piosneczki, bo słowa „kolęda” w dzisiejszym znaczeniu nie znano) wydane zostały bez nut, ale i tak każdy wiedział, jak je śpiewać. Bo każda z tych „symfonii” została skomponowana na melodię jakiejś świeckiej, często rubasznej piosenki, zwykle skocznej i popularnej. Jednak kolędy Żabczyca rychło przyćmiły popularnością swoje pierwowzory. Mówimy tu o takich hitach staropolskich, jak Przybieżeli do Betlejem, A wczora z wieczora czy też o nieco mniej znanej Ach, zła Ewa nabroiła.
 
Podobno prawdziwym kolędowym zagłębiem były niegdyś klasztory?
– Tak, i podobno przede wszystkim żeńskie. To szczególnie dotyczy kolęd, w których mowa jest o lulaniu Dzieciątka:Gdy śliczna Panna syna kołysała, Jezus malusieńki. One dotarły do nas jako anonimowe, a pisywały je panny mniszki na użytek własny, mniszy właśnie. Bo w wielu klasztorach istniał zwyczaj lulania Jezuska laleczki; wtedy się te kolędy nuciło. Mniszki, o których mowa, zadziwiająco swobodnie machały piórem, były naprawdę literacko wyrobione. Ich kolędy są arcydziełkami polskiej liryki wszech czasów. Potem, ale chyba dopiero w XIX w., „lulane” kolędy wyszły poza klasztorne mury, zostały przepisane z dawnych rękopisów i wydane drukiem. Teraz należą do naszych ulubionych. Mają jednak zaledwie po 200, 250 lat – podczas gdy inne liczą sobie już po cztery stulecia…
 
A to „młodzieniaszki”. 
– (śmiech) Tak, to prawdziwe „młodzieniaszki” albo bobasy. Nie mówiąc już o całej armii młodszych kolęd XIX-wiecznych. Też ulubionych – jak Mędrcy świata czy Do szopy.
 
Wiele z tych staropolskich kolęd z powodzeniem odtwarza Pan dziś ze swoim zespołem Monogramista JK.
– Myśl o śpiewaniu, a potem nagraniu dawnych kolęd męczyła mnie od lat. Z tego pragnienia powstała płyta Kolędowanie staropolskie. W kolejce czekają następne kolędy i pewnie za rok, za dwa trzeba będzie nagrać kolejną płytę. Przygotowując materiał, korzystałem m.in. z kompletnego wydania Kantyczek karmelitańskich, takiego rękopisu z wieku XVIII, który pochodzi z klasztoru panien karmelitanek w Krakowie. To istna kopalnia tekstów i melodii. Jedną lubię szczególnie. Kiedy śpiewamy ją w domu, to najmłodsze pociechy szałowo tańczą, ku uciesze reszty. Mowa o Wołkach duchownych. Powstały prawdopodobnie na użytek zakonnych nowicjuszek, tych niewyskakanych jeszcze. Proszę zresztą posłuchać tego fragmentu:
 
„Woły moje, woły moje,
wszystkie wnętrzne siły,
Nie chodźcie tam, nie chodźcie tam,
kędyście błądziły.
Trzeba w insze lasy,
z naturą w zapasy”.
 
Mowa o walce z naturą ludzką, którą trzeba okiełznać; że trzeba trzymać na wodzy zmysły – nie chodzić ani „do kuchnie, gdzie cuchnie”, ani „do dworu” gdzie pełno „pysznego humoru”. Temat bardzo poważny, ale że te wołki są nieusłuchane i cały czas skaczą, to i melodia jest niesłychanie hasająca, by nie rzec rozpasana. Nic, tylko tańczyć. Niesamowita kolęda, choć nie mówi wprost o Narodzeniu Pańskim. Jedynie na końcu jest zawołanie: „Woły moje, woły moje, pójdźcie do stajenki!” To właśnie taki barokowy pomysł, żeby opisać tego wołka barwnie, niech sobie hasa, a na końcu wszystko i tak będzie miało bardzo pobożny refren i bardzo pobożną konkluzję. A ileż w tym życia i koloru!
 
Podobnie jest ze staropolską kuchnią… No dobrze, przyznaję się: mam zamiar wyciągnąć od Pana jeden z Pańskich słynnych sarmackich świątecznych przepisów kulinarnych.
– Dobrze, niech będzie. Muszę za to wziąć odpowiedzialność, bo chociaż staram się nie kucharzyć, to jednak przepisy zbieram i redaguję. I jakoś co zjadam, to przeżyję. Więc proszę bardzo, przepis na bigosik, niby przeciętny, ale zakonny, bo tak go robią cystersi w Szczyrzycu (osobiście, własnoręcznie i własnonożnie, jako że sami udeptują kapustę):
 
BIGOSIK SZCZYRZYCKI
A jeżeli na bigos klasztorny masz chęć,
Weź kapusty, skwaszonej świeżo, kilo pięć;
Posiekaj ją starannie na drobniutkie pasy
I wypraż.
                 Potem dodaj szczyrzyckiej kiełbasy,
Wieprzowinki – i wołowinki co niemiara,
Wrzuć cebulkę smażoną w smalcowym ukropie
I śliwki uważone w cukrowym syropie
(Wrzucisz je, kiedy bigos będzie mrugał z gara).
Lecz przed śliwkami, grzybków suszonych do woli
Oraz, rzecz nieodzowna, pieprzu tudzież soli.
 
Możesz też, w kompromisie z zeświecczonym światem,
Polać trochę pomidorowym koncentratem.
 
Kiedy już bigos wszystko to w sobie pomieści,
Niech szklanka wytrawnego wina go dopieści.
Potem gotuj, mieszając minut ze czterdzieści,
Odstaw, odgrzej trzy razy. Za trzecim odgrzaniem
Bigos taki stanie się iście świętym daniem!
 
 
 

Jacek Kowalski – adiunkt w Instytucie Historii Sztuki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, tłumacz i popularyzator  poezji starofrancuskiej, Sarmata, pieśniarz i poeta, występuje z zespołami Monogramista JK i Klub Świętego Ludwika. Autor książek i płyt m.in. Niezbędnik konfederata barskiego, Niezbędnik Sarmaty, Otruta markiza. Stare ballady francuskie, Wojna i miłość, O rycerzu Persewalu i Świętym Kielichu Graalu. Pomysłodawca cyklu kulinarnego „Receptury klasztorne” emitowanego w TVP.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki