Adwentowe pokusy i pułapki (4)
Do Wigilii zostało już tylko parę dni. Choinka kupiona, a może nawet ubrana; prezenty dla najbliższych schowane przed ciekawskimi spojrzeniami dzieci głęboko w tapczanie lub za szafą; na adwentowym wieńcu w kościele płoną już wszystkie świece, a pierwsza niemal się dopala; dzieci mają uzbierane całe pliki roratnich obrazków i są już nawet jakby trochę znużone codziennym chodzeniem do kościoła… Święta za pasem, zastanawiamy się tylko, czy na Pasterkę pójdziemy w śniegu czy w deszczu.
Ostatnie metry
Zostało zatem jeszcze kilka dni, ale dni najważniejszych. Jest to jak finisz wyścigu na stadionie. To prawda, że ważne jest tempo na całym dystansie i ono zadecyduje o ostatecznym czasie i wyniku. Ale indywidualne zwycięstwo w biegu zależy właśnie od tych ostatnich metrów. Kto dostanie zadyszki – przegra, nawet jeśli od startu radził sobie bardzo dobrze. To porównanie Adwentu z zawodami nie jest może najszczęśliwsze, ale oddaje sens i wagę tych ostatnich, przedświątecznych dni. Jeśli ich dobrze nie wykorzystamy, w czasie świąt nie przeżyjemy spotkania z Jezusem. Cały Adwent nie przyniesie wtedy spodziewanego owocu i właściwie pójdzie na marne.
A trzeba przyznać, że te ostatnie dni są najbardziej zabiegane i nerwowe. Tyle rzeczy pozostaje jeszcze do zrobienia: ostatnie porządki, kompletowanie prezentów, pieczenie makowców i serników, uszka do barszczu. A i karpia trzeba wszak kupić i oprawić w ostatnim dniu, żeby ryba była świeża. Wszystko to tworzy wyjątkowy przedwigilijny nastrój, niepowtarzalną mieszaninę zapachów, smaków, kuchennej krzątaniny, rozkładania świątecznego stołu i wyciągania najlepszej zastawy. To są wszystko ważne rzeczy, głęboko zakorzenione w
naszej rodzinnej i polskiej tradycji.
Poza podejrzeniami
Dlatego też nie mamy w tej dziedzinie żadnych skrupułów. Wigilijne przygotowania to wręcz święty rytuał, poza wszelkim podejrzeniem. I źle by było, gdyby miał się nam gdzieś zatracić. A w pewnej mierze obserwujemy stopniowe odchodzenie od niektórych uświęconych gestów i zwyczajów. Opłatki coraz częściej kupujemy w sklepie, a nie w kościele czy od organisty. Rezygnujemy z choinki na rzecz dyskretnych stroików. I na Pasterkę, która kiedyś była najliczniej „obsadzoną” Mszą św. w całym roku, przychodzi coraz mniej ludzi, nie mówiąc już o tym, że księża pod presją argumentów o większej „praktyczności”, zaczynają odprawiać „zastępcze” Pasterki o godz. 22.00 czy nawet o 20.00
Na Zachodzie zresztą te niekorzystne zmiany posunęły się jeszcze dużo dalej. W wielu krajach nie używa się już określenia „Boże Narodzenie” (Christmas), lecz wprowadzono w to miejsce beznamiętny i wyjałowiony z wszelkiej religijnej treści termin „święta”. Istotą owych „świąt” są zresztą głównie zakupy, promocje, istne handlowe szaleństwo i żniwa. A ponieważ wszystkie te europejskie nowinki prędzej czy później przywozimy do Polski, więc można się obawiać, że powoli i niepostrzeżenie również u nas przyniosą one swe zatrute owoce.
Nie zgubić Najważniejszego
Jest to spore niebezpieczeństwo, ale ma ono swoje głębsze i bardziej skryte podłoże. Otóż tym podłożem jest słaba albo zupełnie już pusta wiara. Wiara pozorna, sprowadzona do zewnętrznych gestów, haseł i zwyczajów, ale całkowicie wyzuta z obecności i miłości Boga. Po czym taką pustą wiarę poznać? Po tym, że się nie modlimy, że nie mamy czasu na rozmowę z Bogiem, na spowiedź, rekolekcje czy niedzielną Mszę św. Nawet jeśli pretekstem i wymówką są świąteczne przygotowania – uświęcone i potrzebne – i spowodowany nimi tzw. brak czasu, to jednak, jeśli pod ich presją zwalniamy się z modlitwy i Mszy św., przynoszą one więcej szkody niż pożytku.
I to jest ostatnia pokusa i pułapka Adwentu: że w nawale świątecznych przygotowań zagubimy i stracimy z oczu Tego, dla którego te przygotowania i zabiegi podejmujemy. W tę samą pułapkę wpadli przed dwoma tysiącami lat mieszkańcy Betlejem, ale i Jerozolimy. Nikt nie ustąpił miejsca w gospodzie, nikt z wielkich tego świata nie pośpieszył z powitaniem. Chlubnym i pouczającym wyjątkiem byli tylko pasterze i mędrcy ze Wschodu. Ci pierwsi w swojej prostocie i pokorze uwierzyli anielskiemu orędziu; ci ostatni znaleźli czas i odwagę, by odczytać, zrozumieć i posłuchać przesłania gwiazd i wskazówek Heroda. I dlatego są dla nas wzorem, jak przeżywać Adwent, by nie przegapić jego kulminacyjnego momentu.
A chyba niestety często nam się to zdarza. Pewnie wielokrotnie tego doświadczyliśmy: niedosytu świąt. Tak się na ich myśl cieszyliśmy, tyle przygotowań – nie tylko kulinarnych, ale także duchowych: codzienne Roraty, rekolekcje, spowiedź, Pasterka, kolędy… – ale czegoś jednak w ostatniej chwili zabrakło. Przemęczenie, nerwowa atmosfera, niepotrzebna kłótnia, wyjazd na zakupy do hipermarketu, który przeciągnął się ponad miarę, dzieci niezadowolone z ostatnich Rorat, bo nie wylosowały figurki. I ostatecznie do wieczerzy wigilijnej wszyscy zasiedli naburmuszeni. W czasie łamania opłatkiem zgoda wróciła, ale czuliśmy się jakoś nieswojo. Wieczorem po wigilii zamiast śpiewać razem kolędy, jak sobie wspólnie obiecywaliśmy, usiedliśmy przed telewizorem i ledwo zdążyliśmy na Pasterkę. A następnego dnia pojawił się problem z pójściem dzieci do kościoła, bo cały czas było coś w telewizji. I ani się spostrzegliśmy, jak święta przeminęły i znów trzeba było iść do pracy. A przecież inaczej to sobie wcześniej wyobrażaliśmy.
*
Do świąt zostało jeszcze parę dni. Wszystko przed nami. Czy będą to dla nas tylko owe wspomniane wyżej „święta”, czy też Boże Narodzenie – to zależy od nas samych. Zróbmy wszystko, by uniknąć błędu, by nie zmarnować tej niepowtarzalnej szansy. Nic się ostatecznie nie stanie, gdy czegoś nie kupimy lub zrezygnujemy z oglądania świątecznego wieczoru w telewizji. Odczujemy zaś dojmującą pustkę, gdy Bóg się nie narodzi w naszych sercach, bo znów zabrakło czasu na modlitwę, spowiedź i Komunię św.