Logo Przewdonik Katolicki

Wolność słowa na zakręcie

Jan Pospieszalski
Fot.

Społeczeństwo nie dorosło do demokracji tak na początku lat 90. Bronisław Geremek zareagował na przegraną Tadeusza Mazowieckiego ze Stanem Tymińskim. Mimo sprzeciwu, jaki budzi tak buńczucznie artykułowana pogarda dla współobywateli, czy nie kusi nas, by właśnie teraz, po wyborach salonowi przyznać rację?

 „Społeczeństwo nie dorosło do demokracji” – tak na początku lat 90. Bronisław Geremek zareagował na przegraną Tadeusza Mazowieckiego ze Stanem Tymińskim. Mimo sprzeciwu, jaki budzi tak buńczucznie artykułowana pogarda dla współobywateli, czy nie kusi nas, by właśnie teraz, po wyborach „salonowi” przyznać rację?

 

Podobnie można przecież skwitować wejście do sejmu kiedyś Samoobrony, a dziś Janusza Palikota.
Nie chodzi mi tutaj o to, by unieważnić tezę, według której wszystkie trzy przypadki – Tymiński, Samoobrona i teraz Ruch Poparcia Palikota – to operacje służb, które do wyścigu wyborczego wprowadzały swoje produkty, by przy wsparciu własnych i „zaprzyjaźnionych” mediów osadzić je w sejmowych ławach. Bez względu na aktywność wojskówki i służb cywilnych, znalazła się jednak spora grupa obywateli, którzy tak zagłosowali (twardych dowodów na cuda przy urnie na taką skalę nie ma).
 
 „W tym kraju” czyli nie u siebie
Proponuje więc odwrócić to twierdzenie: „Demokracja nie dorosła do społeczeństwa”. To znaczy – model demokracji zafundowanej nam po 89 r. jest karłowaty, utkwił w jakiejś fazie patologicznego niedorozwoju. Największym objawem tej choroby jest poczucie podzielane przez wielką grupę mieszkańców „tego kraju”, że nie są suwerenem. Nawet jeśli w uczonych badaniach, ankietach czy sondażach wyraźnie tego nie widać, ci ludzie nie czują się u siebie. Potwierdza to nie tylko niska frekwencja wyborcza, ale dostrzegalny w rozmowach, nawet u głosujących, brak wiary w to, że głosowaniema wpływ na własny los. Towarzyszy temu przeświadczenie, że polityka to sfera brudna – świat awantur, cynizmu i korupcji, no ale trzeba iść, bo mówili że należy głosować. Ale czy coś to zmieni? Czy w związku z tym będzie nam się „lepiej żyło” ? 
Wcale nie. Ktoś bowiem, kto w 2007 r. uległ temu hasłu i konfrontuje je z realiami po czterech latach, nie może nie dostrzec, że lepiej nie jest.
 
Jeśli fakty są inne – tym gorzej dla faktów 
Miało być zmniejszenie podatków – jest wzrost.
Obiecywano walkę z biurokracją – nastąpiło gwałtowne (o kilkadziesiąt tysięcy etatów) zwiększenie liczby urzędników. Zapowiadano odpolitycznienie państwa, mamy radykalne upartyjnienie – obsadzanie ludźmi obozu władzy wszystkich obszarów: administracji, gospodarki, instytucji publicznych (kultura, media, szkolnictwo). Deklarowano kontynuację walki z korupcją, znaleziono dorsza za osiem złotych, który miał przykryć aferę hazardową. Miało być tanie państwo – a budujemy najdroższe (!!!) stadiony.
Można by wyliczać jeszcze długo „polepszenie” np: w PKP, opiece zdrowotnej, na poczcie, w policji.... Przeciętny Polak nie musi wiedzieć, że gwałtownie wzrosła liczba zakładanych podsłuchów (jesteśmy liderem w Europie – na jednego obywatela przypada ich dwudziestokrotnie więcej niż w Niemczech), ale wie, że płaci coraz wyższe rachunki za gaz (tu też jesteśmy liderem – płacimy o 25 proc. drożej niż Niemcy). Zwycięstwo obozu władzy – ludzi odpowiedzialnych za wymienione obszary, pokazuje że wyborcy albo nie zdają sobie sprawy ze stanu państwa, albo nie widzą związku decyzji przy urnie z własnym losem. A przecież wybory to właśnie moment, gdy my, obywatele, mamy realną władzę. Jednak z tego uprawnienia możemy skorzystać w sposób odpowiedzialny tylko wtedy, gdy zostaną spełnione pewne warunki. Demokracja nie funkcjonuje bez dostępu obywateli do informacji, jej brak, propaganda i manipulacje, nie mówiąc już o kłamstwach, ograniczają naszą wolność, także wolność wyboru.
 
Wolność powstaje w głowie
W cyklu wywiadów, które przeprowadziłem wraz z Ewą Stankiewicz z bohaterami Solidarności wszyscy mówili, że jednym z głównych haseł tamtego czasu było zawołanie „precz z cenzurą!”. W sierpniu 1980 r., na samym początku rozmów z komunistami w stoczni, strajkujący wymusili, aby wszystkie negocjacje w sali BHP były transmitowane przez radiowęzeł. Tym samym kilkanaście tysięcy pracowników stoczni oraz ludzi za bramą stało się uczestnikami, a de facto partnerami, tych negocjacji. Prowadzący je Andrzej Gwiazda i Lech Wałęsa nie tylko czerpali z tego siłę, ale mieli też poczucie społecznej kontroli swoich poczynań. Jawność rozmów była pierwszym warunkiem uzyskiwania podmiotowości rodzącej się Solidarności. Później, w stanie wojennym postulat jawności w życiu publicznym, przeciwstawienie się propagandzie, kłamstwom i cenzurze zaowocowały spontanicznie rodzącym się podziemnym ruchem wydawniczym. Nie muszę chyba przekonywać, że do dziś w Polsce –  31 lat po tamtych wydarzeniach –postulaty walczących o wolność, w tym wolność słowa, nie doczekały się realizacji. Rażąca asymetria w mediach, usunięcie niezależnych dziennikarzy z TVP i z Polskiego Radia, propagandowe zaangażowanie na rzecz obozu władzy wielu laureatów dziennikarskich nagród (polecam choćby dostępne w internecie ostatnie przykłady rozmów red. Lisa i red. Gugały z przedstawicielami opozycji) dowodzą, że nie istnieje w Polsce wolna debata publiczna.
 
 W służbie cenzury
Ostatnie przykłady dyskryminacji w dostępie do rynku reklam mediów uznanych za sprzyjające opozycji („Uważam Rze”, „Gazeta Polska”), zablokowanie emisji telewizyjnych spotów nowego dziennika – „Gazety Polskiej Codziennie”, na pewno nic wspólnego z wolnością słowa, tym bardziej wolnością gospodarczą, nie mają. Na dodatek wydawca „Gazety Wyborczej” i sam red. Adam Michnik wytaczają procesy o zniesławienie już nie tylko dziennikarzom, ale i poetom. Kuriozalny wyrok i uzasadnienie sądu w sprawie: Adam Michnik przeciw Jarosławowi M. Rymkiewiczowi, zapisze się w dziejach hańby polskiego sądownictwa. Przykładów ograniczenia wolności słowa mógłbym podać wiele, ale sądzę, że najbarwniejszy jest przykład Anity Gargas i jej programu „Misja specjalna”. Dziennikarze tego programu jako jedyni odkryli i ujawnili w TVP1 niezmiernie ważne, biorąc pod uwagę interes państwa, zdjęcia. Widać na nich, jak Rosjanie kilka dni po katastrofie smoleńskiej niszczą najważniejszy dowód w śledztwie, wrak polskiego, rządowego samolotu. Tną piłą łańcuchową kadłub, rwą przewody, wybijają okna. Nie spowodowało to natychmiastowej reakcji polskiego rządu, noty dyplomatycznej czy interwencji MSZ. Nie było żadnych konsekwencji tego skandalicznego czynu. Ukarana została dziennikarka – tracąc program w TVP. 
Czy w normalnym państwie prawa byłoby to możliwe? Czy potrzebny jest lepszy przykład na patologię polskich mediów? Bez wolności słowa nie ma przecież kontroli władzy.
 
Zarządzenie lękiem
Wpływ na ten proces ma mechanizm zarządzania emocjami stosowany przez media masowe w naszym kraju. Grając na emocjach, można tak rozhuśtać nastroje społeczne, że nieważne staje się logiczne myślenie, wyciąganie wniosków czy rzetelna analiza sytuacji. A rola telewizji w tej dziedzinie jest dominująca. Rodowód ludzi, którzy tworzyli media w III RP, opisany m.in. w raporcie o likwidacji WSI, każe mi inaczej spojrzeć na zaangażowanie tychże mediów w proces dezinformacji i dezintegracji społeczeństwa. Taka rola mediów czyni demokrację patologicznie niedorozwiniętą. Twierdzenie  „żyjemy w kraju demokratycznym i wyniki wyborów są (...) odzwierciedleniem demokratycznego głosowania” wymagałoby więc, moim zdaniem, następującej korekty: żyjemy w kraju chorej demokracji, w której wyniki wyborów są odzwierciedleniem nie tylko głosowania, ale także manipulacji i dezinformacji społeczeństwa. 
 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki